Herman stał oparty o krzywą ścianę chatki i nasłuchiwał odgłosów burzy. Lubił chwile, w których milkł zwyczajny dla ludzkich osiedli jazgot i można było oddać się kontemplacji przyrody. Cenił sobie niezależność pogody od ludzkich działań i dopatrywał się w nich znamion absolutu, z którym przywykł obcować pod postacią misteriów śmierci. Potrzebował chwili wyciszenia. Musiał przetrawić tak długą i głęboką interakcję z innym człowiekiem. Zaskakiwały go jej reakcje, w których próżno doszukiwał się znajomych sobie przyczyn i skutków. Zniechęcony własną niemocą wrócił zrezygnowany do chatki.
Spanikował kiedy ujrzał łkającą kobietę i w pierwszej chwili chciał się wycofać. Zebrał się jednak w sobie i postąpił krok do przodu.
-Co się stało Pani? Uraziłem cię czymś?

Żywy obraz nędzy i rozpaczy podniósł na niego zapłakane oczy i parsknął zgoła nieelegancko.

Potem chlipnął rozpaczliwie kilka razy i dopiero wtedy uspokoił się na tyle, że starczyło i na nabranie oddechu.

– Zdradzić ci sekret? – w pierwszej chwili chciała wysłać go z powrotem za drzwi, ale z ust kiedy już się odezwała popłynęło zgoła co innego – Bałam się chodzić sama do lasu. Ja, zielarka! Czy to nie zabawne? – zamiast jednak zaśmiać się, załkała znowu – I piorunów też się boję. – potrząsnęła mokrymi lokami i spróbowała otrzeć oczy, ale łzy nic sobie nie robiąc z prób opanowania spływały po policzkach dziewczyny jak grochy. – Tak, uraziłeś mnie, ale nie dlatego… – wymamrotała nieskładnie – tylko dlatego, że…że…- tutaj zawiodły ją tłumaczenia, więc podciągnęła kolano pod brodę i unosząc stopę pokazała na niewielki przedmiot wbity w podbicie – Ze wszystkiego to jest najgłupsze.

Kiedy niemal trzy lata temu Herman z Iwanem przyskrzynili jednego z wampirów w pobliżu jednego z większych miast Stirlandu i po ciężkiej walce unieszkodliwili go na dobre młody giermek nie przypuszczał, że nastanie w jego życiu taka chwila, w której wolałby się znaleźć jeszcze raz w towarzystwie ubitego właśnie krwiopijcy. Cóż, człowiek uczy się całe życie. Rycerz przełknął głośno ślinę i zapytał:
-Haczyk w nodze? Proszę się nie ruszać, zaraz go wyciągnę. -postąpił w jej stronę. Zlustrował wzrokiem jej zapłakaną twarz, mokre włosy, brudną suknie i zranioną stopę. -Wybaczcie, ja naprawdę nie rozumiem. Ale jeśli chcecie to mogę chodzić z wami do lasu na przykład. -uśmiechnął się lekko.

Ten nieporadny uśmiech ją rozbroił. Tamsin pochyliła się nad stopą, na wdechu złapała za uwierający ją kawałek metalu i szybkim ruchem wyciągnęła, nie oglądając się na ból. Syknęła tylko widząc maleńkie, czerwone krople na zaostrzonym końcu. – Myślałeś, że sama nie umiem? – wyrzut w głosie szedł w parze z lśniącymi kroplami wiszącymi na końcach rzęs. Ewidentnie nie tam leżał problem. Odetchnęła głęboko. – Nikt mnie nigdy takiej nie widział. Od lat zajmowałam się po wioskach starymi, młodymi i dziećmi. Rozdzielałam leki i porady. Wiele razy nie wierzono mi, ani nie ufano ze względu na mój własny wiek, zwłaszcza odkąd nie stał za mną Eberhard. Nikt więc nie mógł zobaczyć moich głupich problemów. Słabości czy łez. Wy mi mówiliście, żebym stwardniała. Wiesz ile razy zgubiłam się na prostej drodze? Ile razy posiałam prowiant albo zapas zebranych ziół bo ze strachu zabłądziłam wśród drzew? Ile razy schylałam grzecznie głowę przed strażnikami, dla których dobrą rozrywką było droczenie się z wiejską dziewczyną? Wreszcie ilu nie przespałam nocy bojąc się, że popełnię błąd i wyślę pacjenta prosto do Morra? I nikt nigdy nie widział moich łez. Wiele się zmieniło i myślałam już, że tylko prawdziwe rzeczy mogą je sprowadzić. Ale przy was, choć bardzo się staram, jestem widać tak samo nieporadna jak dawniej.

Rycerz podwinął rękaw mokrej koszuli. Świeże blizny po ospie pokrywały niemal każdy centymetr jego skóry.
-Myślałem, że mam immunitet na choroby. –podciągnął koszulę na brzuchu ukazując cztery, kilkunastocentymetrowe blizny. –Uwierzyłem w zbawczą moc kolczugi i własną celność. Strzygoń nie chciał się ze mną zgodzić. –wyciągnął w jej stronę lewą dłoń, palce były krzywe, jakby wielokrotnie połamane. Musiały się źle zrastać, albo ktoś nie umiał ich nastawić. –Bardzo długo nie mogłem się nauczyć poprawnie używać tarczy. Panienko Tamsin… -cofnął ze wstydem koślawą dłoń. –Wszyscy nosimy na sobie kronikę naszych błędów i słabości. Na rękach, grzbiecie czy stopach, ale też w duszy, w naszych wspomnieniach. Dopiero łaskawy Morr nas uwalnia od błędów. –jego oczy rozbłysły fanatycznym blaskiem, ale wkrótce zgasły przytłumione smutną konstatacją. –Póki życia, póty błędów Panienko Tamsin. Nie ma ludzi silnych prawdziwie, są tylko bardziej pokiereszowani przez życie.

Nie pozwoliła mu ze wstydem schować pokiereszowanej dłoni. Delikatnie ujęła ją i obróciła tak, by móc obejrzeć. Palce zielarki przesunęły się po  krzywiznach i zgrubieniach, cmoknęła z niezadowolenia. Potem podniosła na niego spojrzenie wolne od łez. Zniknęło pogrążone w żalu stworzenie. Oczy, usta, cała twarz zielarki pojaśniała sympatią.
– Ręce rycerza – powiedziała ciepło, rozumiała przy tym dobrze ile trudu musiał znieść. – Opowiedzcie mi o tym strzygoniu. Nigdy nie słyszałam o podobnym stworzeniu.

-To dziki wampir. Czy raczej zdziczały. Prymitywna bestia. Głodna krwi. Fraszka przy bardziej ,,cywilizowanych” pobratymcach. Niemniej wciąż groźny i niebezpieczny. -odruchowo dotknął brzucha. -Kręci się toto po bezdrożach Sylwanii i czyha na zagubionych wędrowców i nieostrożnych podróżnych. Iwan dowiedział się o nim od wędrownych rzemieślników. Wytropił go w starej krypcie przy zrujnowanym kasztelu. Osaczyliśmy go, gdy wychodził na żer. Byłem młody i nierozważny. Przeszarżowałem. -wyznał zmieszany. -Nauczka na przyszłość.

– Chyba wolałabym stawać naprzeciw takich istot niż ludzi. Tak myślę. Łatwiej uwierzyć, że nie ma ratunku dla nich ani wyjścia dla nas. Na cmentarzu w Grunbergu pochowane są wąmpierze, prawda? Słysząc ich teraz ciężko uwierzyć, że ktoś kto tak cierpi może być zły.

– Swoją drogą panie von Salza – dodała po dłuższej chwili podnosząc brwi w wyrazie powątpiewania – Młody i nierozważny? Gdybym nie miała przed oczami waszej postaci mogłabym pomyśleć, że słowa te padły z ust kogoś znacznie bardziej posuniętego w latach. Może w zbroi raz jeszcze byście mnie zwiedli. – Po całej huśtawce emocji, w końcu poczuła się odprężona, lekka, jakby pozbyła się ciężaru większego niż kilka łez.

-Ano młody. Ledwom od ziemi odrósł, wąs mi się dopiero co zaczął rzucać. -próbował wychwycić w jej słowach ironię. -Co do wampirów… -zawiesił na chwilę głos. -Ciężko jest przede wszystkim przeżyć z nimi starcie. Uwierzcie mi. Nieludzko silne, odporne, przebiegłe. Mógłbym tak jeszcze długo. Czasami, jeśli zechcą, potrafią udawać bezbronnych i zagubionych ludzi. Takich co to zbłądzili gdzieś na drodze życia. To pozór jeno i łeż. -głos mu stwardniał, a rysy twarzy wyostrzyły nadając mu drapieżny wygląd.

Tamsin zamyśliła się, oceniając zmianę w twarzy i głosie rycerza. – Czy do twoich zadań Panie należy szukanie podobnych istot? Wszak zbroja nie jest ci chyba potrzebna do pielęgnowania Ogrodów? Tym się zajmujesz, gdy nie ma zarazy?

-Nie. Jeszcze nie. Tym zajmował się Iwan. Ja się uczyłem. Moim zadaniem jest ochrona świątyń, nekropolii i samych kapłanów. Co do nieumarłych… -zamyślił się chwilę, jakby zastanawiał się jak ubrać swe myśli w słowa. -My przed nimi bronimy. Rycerze Kruka ich tropią. I likwidują.

– W miastach ochrona świątyń jest chyba raczej na pokaz? Ludzie przecież zbyt często nie ważą się na atakowanie kapłanów. Chyba że… – zasępiła się – Przed paroma miesiącami oglądałam inny świat. Teraz trolle, zwierzoludzie, demony i zjawy nie należą już tylko do opowieści. Mówisz o wampirach, strzygoniach… Ludzi trzeba chronić przed tyloma dziwnymi rzeczami.- Zmarszczyła czoło zerkając na młodzieńca – Nie będziesz musiał stanąć na straży wrót świątyni kiedy dostaniemy się do miasta?

-Nie wiem. Może. Jest też możliwość, że tutaj skończy się nasza wspólna droga. Jestem zobligowany do absolutnego posłuszeństwa wobec moich przełożonych. -choć mogło się to wydawać zgoła niemożliwe, pociągła twarz rycerza jeszcze bardziej sposępniała. -Wierzę jednak, że Pan nie przemówił do mnie bez przyczyny. Że moja podróż jeszcze się nie skończyła i nie będę musiał wracać do stróżowania.

Nie spodziewała się twierdzącej odpowiedzi na swoje pytanie, ani tym bardziej że wywoła ona dziwny ucisk w piersi.

– Rozumiem – rzuciła głucho. – Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie – otworzyła szerzej oczy, zdumiona własnymi słowami, jakby dopiero wypowiadając je usłyszała zawartą w nich prawdę. – Obiecaliście pomóc Einhardowi. Nie możecie pozwolić, żeby was odesłali. I to gdzie? Żebyście się marnowali pilnując starych nagrobków?

-Moja służba to prawdziwy zaszczyt i powód do dumy. -uciął sucho. -Wiem co i komu obiecałem. Dotrzymuję słowa. Możecie być tego pewni. -z oczu zniknęły resztki ciepła i stały się na powrót zimne jak stary, nagrobny kamień. -Nie słyszę już wichury na zewnątrz. Możemy iść jeśli sobie tego życzysz Pani.

W jednej chwili pojęła, jak wielki błąd popełniła.

– Przepraszam. Nie powinnam mówić w ten sposób. – skruszona spuściła wzrok na kolana – Rozumiem. Wasza służba oczywiście jest powodem do dumy. Nie chciałam wam uchybić. – Podniosła się ostrożnie stawiając zranioną stopę na ziemi i starając się ukryć wywołany tym grymas bólu – Tylko…Widzisz Panie, nawet jeśli nie znamy się wcale zbyt długo ani zbyt dobrze – Tamsin pomyślała przy tym o rzeczach, których zdecydowanie nie chciałaby mu zdradzać – naprawdę nie chciałabym, żeby to był koniec. Wybaczcie mi, proszę.

-Widzę, że stopa wciąż wam dokucza. Nie musimy się śpieszyć jeśli o mnie chodzi. Proszę się nie przemęczać. -dodał dostrzegając wysiłek na twarzy kobiety. -Ja też znajduję wasze towarzystwo ciekawym. Nie wybrałem jednak swojej doli, muszę za to robić to co do mnie należy.

– To głupstwo, nic mi nie będzie – potrząsnęła głową postępując kilka kolejnych kroków w stronę drzwi. – Nikt z nas nie wybierał. Zastanawiałam się czy jest sposób, żebyśmy spletli wzajemne obowiązki. Wy pragniecie służyć swojemu bogu, Einhard swojemu, co jak zrozumiałam łączy się też z chęciami Franza, a gdzieś pośrodku tego jestem jeszcze ja.

-Nie wiem. -wzruszył ramionami z poważną miną. -Naprawdę nie wiem. Ale chyba chciałbym żeby tak było. -popatrzył jej głęboko w oczy. -Powoli się przyzwyczajam do towarzystwa. I chyba zdążyłem nawet kogoś polubić.

Nagrodą za te słowa był wyraz szczęścia na twarzy Tamsin. – Poza Agatem? Niebywałe. – rzuciła lekko, tęczówki rozbłysły jej radośnie.

-Może. -rzucił wychodząc z chatki.

Zawiasy skrzypnęły raz jeszcze i po chwili Tamsin maszerowała u boku rycerza nieznacznie tylko kuśtykając. – Tak sobie myślę, następnym razem jak będziecie wybierać się na strzygonia czy innego wąpierza, weźcie mnie ze sobą. Nadałabym się.

-Wykluczone. Nie wiecie jak się zachować. Musiałbym na was uważać zamiast skupić się na tej bestii. -starał się dopasować tempo do jej możliwości. -Widziałem co potraficie, ale te bestie są inne… -zastanawiał się dłuższą chwilę. -Potrafią być bardzo ludzkie kiedy chcą. Macie dobre serce, Panno Tamsin. One mogą chcieć to wykorzystać.

– Nauczcie mnie zatem jak się zachować. Potrafilibyście przecież. Wiem, że łatwiej mnie zwieść, ale pod tym względem też już wiele się nauczyłam. Na początku podróży nie potrafiłam skrzywdzić nawet zbójców, którzy na nas napadali, żeby nie Heinz i Alesio nie byłoby mnie tutaj. Ale jestem, a ich nie ma i to też nakłada na mnie jakiś obowiązek. – w głosie dziewczyny zabrzmiały twarde, obce nuty, znak że to wiedźma przez nią przemawiała – Poza tym, co najważniejsze, noszę dar albo przekleństwo. Bez względu na to jak na to spoglądać stał się już częścią mnie. Teraz mój powrót do zbierania ziół byłby jak zamykanie wyważonych wrót. Rozumiesz mnie Panie?

-Nie wiem. Ale próbuję. -odparował omijając kałuże. -Wątpię czy nadawałbym się nauczyciela. Niedawno wszak straciłem swojego i mam poczucie, że jeszcze wiele powinienem się nauczyć. -mokry piach zapadał się głęboko pod wpływem ich kroków. -Ja w was nie wątpię Panno Tamsin. Raczej wątpię w samego siebie i cały ten parszywy, materialny świat. Teorię jednak zdradzić Wam mogę. To się zawsze przyda.

– Oczywiście, najpierw teoria, potem praktyka. Nie upierałabym się przy odwrotnej kolejności.

Młody rycerz rozejrzał się wokół. Letni burza, tyleż gwałtowna, co krótkotrwała,  odeszła na południe pozostawiając po sobie czyste i niezwykle błękitne niebo.  Słońce świeciło, a mieszkańcy i pracownicy doków wracali powoli do swoich zajęć.
-Wybaczcie, żaden ze mnie bajarz. A i pora, zdaje się, nienajlepsza na bajędy o duchach i upiorach. –zaczął głucho Herman. –Powiem wam jednak co wiem i czego mnie uczono. Trochę tego jest, zaznaczam. –uniósł do góry krzywy palec. –Historia wampirów jest niezwykle długa i sięga zamierzchłych czasów i dalekich krain. Niewiele o tym wiem. Nigdy mnie to nie interesowało. Zwracałem uwagę na bardziej praktyczne aspekty zagadnienia. –perorował młodzieniec z uczoną miną niezbyt przystającą do jego fizjonomii. –Rzecz jednak w tym, że podobnie jak ludzie, dzielą się na szczepy i plemiona. Te zaś nie są sobie równe. Często też bywają względem siebie wrogie. Uczono mnie o pięciu głównych odnogach tej plugawej nacji. Na pewno żyje ich znacznie więcej, póki co jednak skupmy się na tych, do których nam najbliżej ze względu na nie tak znów odległą Sylwanię. –rycerz wyciągał długie nogi i nauczał jakby był w transie, albo recytował z pamięci. –Primo, Carsteinowie. Wampirza i, o zgrozo, na poły imperialna arystokracja. Secundo, Zakon Krwawego Smoka, bluźniercza imitacja naszych świętych zakonów rycerskich. Tertio, nekrarchowie potworni mistrzowie zakazanej wiedzy. O strzygoniach już Panience coś niecoś wspominałem, więc pozostają jedynie zwodnicze lamie. –zawiesił głos i odwrócił się za siebie, jakby dopiero teraz uświadomił sobie obecność towarzyszki. –Od których zacząć?

– Od lamii – wyrwało się prędko dziewczynie.

-Przyznam się, że przedstawiciele, czy raczej przedstawicielki, tego typu krwiopijców stanowią dla mnie zagadkę. –odchrząknął zmieszany. –Mówi się, że to tyleż piękne, co niebezpieczne kusicielki. –spuścił wzrok na swoje buty. Lewa, prawa. Lewa, prawa. –Iwan opowiadał mi o kilku przypadkach. Strasznie przy tym rechotał i sadził mi sójkę za sójką. Mówił, wybaczcie Pani, że straszne z nich ku… kurtyzany. –dodał po namyśle. –Mają dybać na mężczyzn spragnionych uciech cielesnych i rozpusty. Wspominał coś o czarach jakimi miałyby się parać. Raz osaczaliśmy jedną taką, lamię chyba, ale to komu innego przypadł laur łowcy.

Z lekkim rozbawieniem odnotowała zażenowanie młodego rycerza. Od razu poczuła się pewniej, przewrotny element natury. Sposępniała jednak wyłapując jedno słowo z całej historii.

– Chyba. Mogła więc to być zwykła… – zawahała się nie będąc pewną jakiego słowa użyć – wiedźma. Co znaczy, że ją osaczaliście?

-To na pewno nie była wiedźma. Proszę mi wierzyć. –zapewnił gorliwie szczęśliwy, że może zmienić temat. –Jest pewna grupa ludzi… -zesztywniał, a spojrzenie mu stwardniało. –Tak, grupa ludzi, która weryfikuje takie informacje. Nas nie interesują wiedźmy jeśli nie naruszają granicy między życiem i śmiercią. Proszę się nie lękać. Co do samej obławy, niestety nie mogę zbyt wiele opowiedzieć. Jechałem gdzie kazali. Czekałem póki nie odwołali. Tyle mojego.

Tamsin pomyślała, że jej by to nie wystarczało.

– Ciekawi mnie w jaki sposób została odkryta. Zakładam, że taki sposób życia wiąże się z miastami. W małej wsi byłoby ciężej. Czy zabija swoje ofiary czy tylko otumania? Jak odróżnić taką lamię od zwykłej kurtyzany? Bogowie podpowiadają czy – nie mogła sobie odmówić przyjemności rzucenia mu dwuznacznego uśmiechu – jakiś mężczyzna musi zostać przynętą?

-Chyba nie rozumiem… -albo też nie chciał rozumieć. -Pracą operacyjną zajmuje się pewna… organizacja w ramach naszego Kościoła. Niestety dla Pani dobra nie mogę zbyt wiele o niej mówić. Naprawdę. Dodam tylko, że Panicz von Regenwalde nadałby się im bez dwóch zdań.

– Nie interesuje mnie sama organizacja, za to jej metody jak najbardziej. Ciekawi mnie czego jeszcze musiałabym się nauczyć, żeby podjąć się podobnych poszukiwań. – melodyjny głos tchnął pewnością, jakby dziewczyna podjęła już związaną z tym decyzję – No dobrze, o lamiach już powiedzieliście, a kim są nekrarchowie?

-Jeżeli wyrazisz taką wolę Pani to przedstawię cię moim przełożonym. -Herman dwornie kiwnął głową. -Wracając do twego pytanie. To już zupełnie inna grupa niemartwych. Nekromanci, którzy parają się swą plugawą sztuką nawet po śmierci. -splunął na ziemie za nic mając sobie najwidoczniej dobre maniery. -Ich powierzchowność jest równie potworna co ich powykręcane zakazaną magią dusze. Cholernie niebezpieczni. -niemal wywarczał te słowa. -Polowaliśmy raz na jednego z nich. To było jakieś trzy lata temu niedaleko Leichbergu. Iwan był dowódcą Czarnej Kopii. Oprócz niego podróżowało z nami aż sześciu Rycerzy Kruka. O giermkach i sługach już ja nie wspomnę. Dorwaliśmy go w jego mauzoleum. Za dnia. Wycofał się do krypty na końcu katakumb. -głos rycerza brzmiał nieprzyjemnie. Ostro i gniewnie. -Iwan mi nie pozwolił wejść z nimi do środka! Kazał pilnować wrót razem z innymi giermkami! Ja byłem jednak gotów! Wszytko widziałem.  Walkę, złowrogie zaklęcia, śmierć trzech rycerzy też. Mógłbym im pomóc. To pewne.

Zmierzyła go dziwnym spojrzeniem.

– Nie złamałeś rozkazu. Dlaczego?

-Ślubujemy bezwzględne posłuszeństwo. -w głosie zadźwięczała stal. -Poza tym Iwan… Ja go naprawdę szanowałem. I daną mu obietnicy zawsze dotrzymam.

Twardy, zimny ton rycerza prześlizgnął się po jej skórze przyprawiając o dreszcze. Skinęła głową.

– Rozumiem to przywiązanie i szacunek do opiekuna – wyrzuciła tęsknie, zaraz jednak pokręciła głową przecząco – Nigdy się mu nie sprzeciwiałam. W moim przypadku jednak mogłam ślepo podążać dopóty, dopóki nie dojrzałam i nie otworzyłam oczu. Nie mogłam się zgadzać na…niektóre z rzeczy, jakie ode mnie wymagał. Wy jednak macie kapłaństwo nad sobą, prowadzone przez samego Morra, nie musicie się zastanawiać nad słusznością żądań i nakazów. Wasze śluby… Jednakowo podziwiam Was za nie, jak się obawiam.

-Każdy z nas coś komuś ślubuje, choćby samemu sobie. W coś wierzy i przy tym trwa. -wzruszył ramionami. -Moja służba napawa mnie dumą i sprawia, że każdego dnia jestem w stanie opuszczać dziedzinę Czarnego Pana i wypełniać swoją rolę, aż do słodkiego końca wędrówki po tym nie najlepszym ze światów. -nieświadomie przystanął, aby skończyć swoją tyradę.

– Czy wolno mi spytać czego jeszcze dotyczą wasze śluby Panie? Mam na myśli reguły, którymi się kierujesz.  

-Składamy trzy główne śluby. -młodzieniec podjął przerwany marsz. Zanim to jednak uczynił, dla podkreślenia swych słów, uniósł trzy palce lewej dłoni. -Ślubujemy więc milczenie, stoicyzm i pełne poświęcenie. Tylko kapłani mogą nas czasem z nich zwolnić. Nie ze wszystkich jednak i nie zawsze.

Brwi dziewczyny uniosły się wysoko.

– Rozumiem, że z jednych zostałeś zwolniony. Mniej mnie teraz dziwi wasze milczenie – parsknęła lekkim śmiechem – Ten spacer musi być dla was wyzwaniem. Wcześniej myślałam, że alkoholu też wam pić nie wolno, odmawialiście za każdym razem Einhardowi. Wczoraj przekonałam się jednak, że byłam w błędzie.

-Zatem widziałaś już dlaczego mu tyle razy odmawiałem. -zerknął na nią z ukosa. -Nie powinienem pić. Silna wola to moja najpotężniejsza broń. Wino zaś czyni mnie bezbronnym. In vino veritas? NIe sądzę. Nawet jeśli to ze szkodą dla wszystkich innych aspektów człowieczych. Jeśli przyjdzie mi wrócić do, jak była to Pani łaskawa ująć, stróżowania, będę musiał ponownie zamilknąć. Tak wygląda reguła.

– Ja nie odmawiałam, a tak bardzo nie zmęczyłam się ani razu – w tej chwili przemknęło jej wspomnienie bretońskiej gospody, śpiewów, tańców, pijącego na umór Heinza i chryi z Sylvainem i poprawiła się – No może z raz. Zapomnieliście, że zamiast siedzieć kołkiem przy stole lepiej jest poruszać się, potańczyć – dla podkreślenia słów zapląsała obok niego całkiem już zapominając o niedawnym bólu stopy. – Może jak przebrniemy przez podstawy alfabetu każę wam to napisać kilkanaście razy dla lepszego utrwalenia. Miałam okazję widzieć jak piją szlachetni i cnotliwi, albo przynajmniej za takich uchodzący, rycerze bretońscy i aż dziw bierze, że wasz kislevski opiekun wam tego nie wyjaśnił. – zamilkła dla nabrania oddechu, zawirowała dookoła własnej osi i zakończyła popis ukłonem godnym tancerki – Przyjemnie jest czasem popuścić sobie cugli. Jedne aspekty cierpią, inne zyskują.

-To nie dla mnie. -pokręcił głową. – Nie umiem tańczyć. Nie znam się na igraszkach. Tutaj musicie polegać na Einhardzie i Franzu. Ja się do tego nie nadaję.

– Skąd możecie wiedzieć, jeśli nie próbowaliście? Ja sądziłam, że nie potrafię walczyć, a idzie mi lepiej niż bym chciała. Lepiej niż waszemu przyjacielowi, jeśli mogę dodać. Swoją drogą pomyślcie może o nauczeniu go machaniem mieczem, bo po tym entuzjazmie z jakim rzucił się ostatnio na przywódcę bandytów poważnie się o niego obawiam.

-Cały Franz. Nie przykładał się do treningów z Iwanem, bimbał sobie na preceptorów, ale z kordzikiem przy boku dumnie jak paw paraduje. -rycerz pokręcił głową. -Mogę spróbować, ale nie wróżę tej operacji sukcesu. Znam go jak zły szeląg.

Westchnęła ubolewając nad niefrasobliwością towarzyszy.

– Nie sądzę, żebyście mieli wyjście w świetle złożonej obietnicy. Bardzo chciałabym myśleć, że zwyczajnie będziemy unikać sytuacji, w których liczą się podobne zdolności, ale wiem że to nieprawda. – zmarszczyła brwi, rzuciła rycerzowi zamyślone spojrzenie, kąciki jej ust uniosły się w kpiącym uśmiechu – Biorąc pod uwagę niektóre wasze opowieści, a na dokładkę aparycję ich obu, nie zdziwi mnie jeśli czekają nas też kłopoty z zazdrosnymi pannami i wkurzonymi konkurentami. – przesunęła dłonią po włosach, próbując uładzić splątane przez wiatr kosmyki – I to nawet jeśli unikniemy wszelkiej maści przestępców, do których Einhard będzie się pewnikiem garnął.

-Tak. Tych dwóch to nic dobrego. Napytają nam i samym sobie kłopotów wcześniej czy później, to pewne. -rycerz podrapał się po głowie. -Nie zmienimy ich jednak. Możemy ich zostawić samym sobie, albo też wziąć na barki ciężar ich towarzystwa. Powiedziałbym, że najważniejszy tak jest tożsamy koniec. Śmierć. Ale ona też ma różne oblicza. -zamilkł na chwilę po czym dodał. -Wezmę się za  nich. Przegonie po majdanie czy na popasie. Godzinę z rana i przed snem. Może plagami uda im się część głupich pomysłów z łba wybić.

– Ich towarzystwo wcale nie jest ciężarem – zaprzeczyła gorąco – Chętnie jednak popatrzę jak bierzecie ich w karby. Uważajcie tylko, na razie to Einhardowi udało się przeciągnąć was na swoją stronę, nie odwrotnie.

-Życie jest ciężarem Panienko Tamsin. Oni zaś chyba najlepiej z naszego grona się na nim wyznają.

– O tak, potrafią prowadzić je dla siebie. Cieszyć się nim w sposób, który innym umyka – odpowiedziała nie kryjąc zazdrości, tęsknota w jej głosie była niemal namacalna.

– Może więc warto się i od nich czegoś nauczyć?

Roześmiała się.

– I tym sposobem wrócimy do igraszek, tańców i swawoli. Może powinnam uczyć się pilnie – potrząsnęła głową, uśmiech zamarł jej na ustach – Na co miałabym się oglądać? Nie czeka mnie dom, ani długie spokojne życie. Tyle mojego zanim znajdzie mnie Czarny Grzbiet, albo inny łowca. – rzuciła to gładko, niemal obojętnie.

-Nie śmiałbym się narzucać, ale myślę, że nie tak łatwo zrobić coś po trupie czarnego strażnika.

– Nie, nie tak łatwo – przyznała patrząc przed siebie. Zostawili już za sobą ruchliwe nabrzeże i na powrót zagłębili się w uliczki prowadzące ich ku karczmie. Tamsin przystanęła nagle i pod wpływem impulsu chwyciła go za rękę tuż powyżej nadgarstka. Szare tęczówki zajrzały w głąb oczu rycerza, gdy dziewczyna obróciła ku niemu twarz. Szukała czegoś, może potwierdzenia następnych słów wypowiedzianych cichym, ale pełnym mocy tonem.  – Nie mogę jednak chować się za plecami towarzyszy. Wynikają z tego tylko nieszczęścia. Nie chcę być też zwierzyną łowną, a skoro już samo moje istnienie wiąże się z łamaniem praw ludzkich, a i niektórych boskich, pragnę przekuć to na coś dobrego. W tym panie von Salza możesz mi pomóc. Bo ja mogę pomóc tobie. Nie pragniesz iść w ślady swojego pryncypała, tropić stworzenia i siły, które plączą się po Imperium siejąc rozkład, zniszczenie i mrok? Nie patrz więc na mnie jak na dziewczynę, która w samotności wylewa łzy nad niepotrzebną śmiercią. Zamiast tego pomyśl czyż nie byłoby łatwiej mieć u boku oczy, które widzą zmarłych? Wiedźmę, która przeciwstawi się zjawom.

-Wstępujesz teraz Pani na ścieżkę, z której może nie być odwrotu. -pouczył ją. Imponowała mu odwaga i zdecydowanie kobiety. -Ludzie o twoich zdolnościach są niezwykle użyteczni i pomocni w naszym zbożnym dziele. Ja zaś… -zawiesił głos i odpowiedział jej spojrzeniem strasznych, niemal wypranych z emocji oczu. -Byłbym niezwykle rad mogąc dzielić z wami trudy służby. Powiedzcie więc tylko słowo, a przedstawię was moim przełożonym, którzy wtajemniczą was w sprawy Całunu.

Spokojnie przyjęła napomnienie. Wolno pokręciła głową.

– Nie cofnę się. – Miała wrażenie, że ten lodowaty wzrok wwiercał się głęboko w jej duszę obnażając sekrety. Z trudem powstrzymała się przed drżeniem. Zdradziły ją palce, rozluźniła nieco chwyt, ale nie zabrała dłoni. – Czy naprawdę konieczne jest prowadzenie mnie przed oblicze kapłanów? Wolno wam przecież korzystać z wszelkich środków do osiągnięcia celu. Nie możecie potraktować mnie po prostu jako jeden z nich?

-Tu o was idzie Pani. Oni nauczą was korzystać z daru. -pokręcił głową. -Ja zaś nie mam do tego ni wiedzy, ni zdolności. -dodał ciszej. – Przydacie im się Pani o wiele bardziej niż ja. O rębajłę nie tak znowu trudno. Za to taki dar jak wasz…

Zmrużyła oczy niezadowolona i cofnęła się o krok.

– Nie. Stanę u boku tylko jednego rębajły, albo znajdę inny sposób. Trudniej więc o niego niż myślisz.

-Wybaczcie, ale nie rozumiem. -przystanął skonfundowany. -Kim ma być ten wojak? Mówicie o mnie czy też kogo innego macie na myśli? Razem przelewaliśmy krew, a nawet więcej. Razem wydarliśmy ludzkie dusze z paszczy Złego. Zawsze możecie być pewni mojej osoby. -skłonił się jej przykładając prawą rękę do piersi. -Wiedzcie jednak, że z dobrej woli płyną moje rady dla was. Kościół Morra to potężna instytucja i może ochronić was tam, gdzie moje ramię nie sięga i nigdy chyba nie sięgnie. Wszyscy ci łowcy czarownic, sigmaryccy inkwizytorzy mogą być wam niestraszni pod skrzydłami Kruczego Boga. Zrobicie jednak jak chcecie. We mnie zawsze będziecie mieć wsparcie. -może to słońce rzuciło przekorny promień na jego twarz, a może naprawdę uśmiechnął się lekko. -A gdybym kiedyś został mistrzem naszego zakonu to może ono całkiem sporo znaczyć.

Dziewczyna westchnęła lekko, ale odpowiedziała zaskoczona, że musi tłumaczyć.

– Oczywiście, że mówię o was. Nie chciałam, żebyście sobie umniejszali. Nic jednak nie poradzę, że urosła we mnie swego rodzaju nieufność i uraza do kapłańskiego stanu. Jeśli jednak zostaniecie mistrzem swojego zakonu chętniej oddam się pod jego skrzydła. Do tego czasu wolę żeby zostało jak jest. – Na poważnej twarzy zamigotało rozbawienie – Nie wiem jak nazwać funkcję, którą chciałabym pełnić. Trudno przecież, żebym została waszym giermkiem. A jednak chcę być blisko kiedy będziecie szukali plugastwa. Więc jak Panie, zgodzicie się?

-Każda pomoc w tępieniu tego nienaturalnego pomiotu będzie nieoceniona. -ukłonił się ponownie, tym razem nieco głębiej. -Będzie ciężko, będzie straszno, będzie głodno i chłodno. -recytował podejmując marsz. -Będziesz się Pani bała i zaczniesz wątpić w słuszność sprawy. Może przyjdzie czas, że znienawidzisz mnie i samą siebie, kto wie. -jego głos był zimny i pozbawiony emocji. -Zapowiada się więc całkiem ciekawe lato, nieprawdaż, Pani konsultantko do spraw eterycznych?

– Wszystkiego się spodziewam, tylko nie nudy szlachetny rycerzu. – odpowiedziała uradowana jakby zgodził się zabrać ją na wystawny bal, a nie na poszukiwanie gwałtownej śmierci. Ostre „Wykluczone” raz jeszcze zadźwięczało jej w głowie, ale była na tyle mądra, by nie przypominać mu tych pierwszych słów. – Straszno, głodno i chłodno… – spoważniała na moment – Najbardziej boję się śmierci przyjaciół. Nie gińcie za mnie, a jest spora szansa że nie znienawidzę ani was, ani siebie.

-Będzie co Czarny Pan uzna za stosowne. -uciął temat mając w pamięci wróżbę swojej śmierci. -Chodźmy do gospody bo te trutnie gotowe rozpocząć nową hulankę.

Nie sprzeczała się. Potargane włosy schnąc skręcały się we wszystkich kierunkach, na dodatek skóra swędziała ją od piasku. Spódnica przy każdym kroku nieprzyjemnie oklejała nogi i dziewczyna ze wszystkich sił starała się nie przyglądać smugom brudu widocznym na jasnym płótnie. Dziękowała w duchu za skórzaną kamizelkę, była bowiem pewna że błękitny materiał koszuli, z którego była tak zadowolona odsłaniałby teraz więcej, niż by sobie życzyła. Idąc czuła na sobie wzrok mijanych ludzi. Fakt, że kroczący obok młodzieniec wyglądał niewiele tylko lepiej nie pocieszał jej wcale, bowiem w jakiś niepojęty, właściwy sobie sposób potrafił przyjąć dumną postawę tak, że nawet teraz ludzie schodzili mu z drogi. Co do niej, to mogła sobie wyobrażać, że w tej chwili wygląda dokładnie na to, kim była. Albo gorzej.

– Mniejsza o hulankę – odezwała się po jakimś czasie z nutą autoironii – Spalę się ze wstydu, jeśli prędko nie doprowadzę się do porządku.

-Nie była to najfortunniejsza z przechadzek. – dodał młody rycerz. -Niemniej cieszę się, że przebiegła nam w miłej atmosferze, choć do aury miałbym parę zastrzeżeń.

– Może zabrzmi to dziwnie, ale wdzięczna jestem za tę burzę. Tylko jej ślady chciałabym już jak najszybciej spłukać – mówiąc to przyspieszyła kroku i ich oczom ukazało się wreszcie podwórze oraz gospoda “Kot o dziesięciu ogonach”.

-Do usług. -skłonił głowę i oddalił się do stajni.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s