Obrali kierunek na Rottfurt, odległy od Aver o cztery dni drogi. Trakt biegł blisko rzeki, co sprawiało, że każdego dnia mogli pokusić się o łowienie ryb. Ich liche zapasy pozostawiały przecież wiele do życzenia. Tamsin po cichu planowała zmniejszać własne porcje w obawie, że przed końcem podróży mogłoby zabraknąć jedzenia, a wycieńczona Adelinde w jej oczach potrzebowała go znacznie bardziej. Szczęśliwie mężczyznom połów udał się kilkakrotnie, dzięki czemu wieczorne ogniska skwierczały od rybiego tłuszczu, a zapach opiekanego mięsa rozchodził wraz z dymem daleko w las. Nie przejmowali się tym zbytnio. Ich myśli do tego stopnia zaprzątnięte były zagadkami z Aver, że zwyczajnie zapominali o większej przezorności, nocami nie wystawiali nawet żadnych wart. W tych warunkach być może na prawdziwy cud zakrawało, że podczas pierwszych dni podróży nie napotkali żadnych niebezpieczeństw.
Trzeciego dnia natomiast, gdy słońce stało wysoko w zenicie natknęli się na podróżnego. Mężczyzna nadjechał z naprzeciwka, z daleka już skrzypieniem kół wózka ogłaszając swoją obecność. To właśnie ten dźwięk wywołał wśród nich poruszenie, von Salza momentalnie sięgnął po broń i wystąpił przed pozostałych. W czasach zarazy od podróżujących traktem innych ludzi mogli spodziewać się właściwie tylko najgorszych rzeczy. Podróżny jaki ukazał się w końcu ich oczom nie wyglądał jednak, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jakby mógł przysporzyć im problemów. Własnoręcznie ciągnął wypełniony towarami po brzegi wózek, a jako że zajęcie to nie należało do najłatwiejszych wyglądał na strudzonego. Zdawał się być w podobnym, co rycerz wieku, posturą jednak nie mógł się z nim równać. Miał ciemne włosy i twarz upstrzoną niewielkimi plamkami, które oglądane z odległości mogły być równie dobrze kropkami kurzu, piegami jak i śladami po przebytej ospie. Jego podróżne odzienie było bardzo dobrej jakości, a całą swoją aparycją raczej przyciągał niż odpychał. Obrzucił ich uważnym spojrzeniem, skupiając się przy tym głównie na wypełniającym środek drogi Czarnym Rycerzu i zmrużywszy oczy odezwał z nutą zaskoczenia w głosie.
Biały?
To jednak nie pytanie obcego bardziej zadziwiło stojących za rycerzem młodych ludzi, ale odpowiedź zagadniętego.
Franz?
Okazało się, że ta dwójka nie tylko zna się od bardzo dawna, ale jeszcze von Salza był w trakcie poszukiwań swojego druha z czasów dzieciństwa. Wzajemne powitania, wyjaśnienia i rozmowy przeciągnęły się do tego stopnia, że postanowili zarzucić tego dnia dalszą podróż. Zamiast tego znaleźli odpowiednie miejsce, niezbyt oddalone od traktu, gdzie rozbili obóz, by pośród popijania wina, jakie Franz wiózł w sakwach wymienić się informacjami o przebytej drodze i ostatnich doświadczeniach.

Franz okazał się bardzo miłym, młodym człowiekiem. Przedstawił się jako kupiec, ale jego śmiejące się oczy zdradzały, że za przykładną fasadą kryło się coś więcej. Podczas rozmów Rycerz niejednokrotnie nie szczędził mu przygany, ale jasnym też było, że brała się ona ze wspólnych historii. Tamsin, nauczona już trochę przykładem jednego szelmy, włożyła między bajki część opowieści nowopoznanego. Wypadał wprawdzie dość przekonywująco, ale może właśnie przez ten radosny błysk widziała w nim raczej kamrata Einharda niż przedstawiciela szanowanego zawodu. Tym lepiej, rozumowała. Łatwiej mu przyjdzie odnaleźć się w ich kompanii, skoro stało się już jasne, że w dalszą drogę wyruszą razem. Sama cieszyła się z tego spotkania. Podobała jej się swoboda i radosne, przynajmniej tego wieczoru, usposobienie Franza, dodatkowo widziała też, że Czarnemu Rycerzowi zdjęto dzięki temu niezauważalny ciężar z piersi. Wyjawił im przecież, że z uwagi na wspólne wychowanie i jeszcze prośbę zmarłego opiekuna poszukiwał chłopaka i chociaż w jego jednostajnym głosie próżno by doszukiwać się tonów troski, przeniosła te emocje na siebie i radowała się za niego.

Tej nocy po raz pierwszy od czasów, kiedy podróżowali pod czujnym okiem Heinza, podzielili między siebie warty. Może sprawił to Franz, obawiający się o swój towar, a może widok wschodzącego dumnie Morrslieba przywołał u wszystkich nieprzyjemne przeczucia. Okazało się to właściwym posunięciem, bo w środku nocy siedzący przy dogasającym ognisku Einhard usłyszał niepokojący szelest i ściszone głosy kilku osób. Od strony traktu skradała się ku nim grupa rzezimieszków. Pospiesznie obudzony von Salza wystąpił do przodu i zakrzyknął na obcych gromko. Tej bandy jednak, choć mieli już pewne doświadczenie w odstraszaniu podobnych typów nie udało im się odegnać jedynie słowem. Wywiązała się walka. W ciągu pierwszych chwil Franz, który odważnie i nierozważnie zarazem zaatakował przywódcę banitów został raniony tak mocno, że padł na ziemię i tylko szybkiej reakcji Adelinde i Einharda zawdzięczał fakt, iż nie pożegnał się z życiem. Posypały się strzały, błysnęły ostrza, rozgorzały wiedźmie płomienie. Morrslieb świecił jasno podsycając złość zagniewanych dusz. Nie było udawania, markowanych ciosów ani litości. Była tylko krew płynąca z ran i śmierć po kolei zabierająca napastników. Nawet wiedźma, odurzona mocą pulsującą pod zawieszonym wysoko na niebie dyskiem nie oglądała się na nic. Raz draśnięta i dwukrotnie trafiona strzałą nie zważała na ból własnych ran, prowadzona przemożnym pragnieniem, by odpowiadać jedynie pięknym za nadobne. Nawet gdy ostatni z bandytów został zabity, wciąż jeszcze drżała niespokojnie czując krew szumiącą w żyłach i trudno, dużo ciężej niż zwykle przyszło jej zgasić w sobie chęć wyzwalania mocy. Ostatni upust rozjuszonej złości mogła jeszcze skierować ku duchom, bowiem bandyci prowadzili ze sobą dziesięcioletniego zaledwie, toczonego zarazą chłopca. Wykorzystywali go, by groźbą zarażenia ospą gnębić napotkanych ludzi. Leżał teraz, ledwie żywy u stóp martwych napastników. Nieprzytomny i wyniszczony zieloną ospą. Wypędzenie z niego ducha choroby pozwoliło jej wyrzucić z siebie pozostałości gniewu i mściwości, a widok znikających z chłopięcej buzi wrzodów i krost uszczęśliwił ją do tego stopnia, że zapomniała o niedawnym, morderczym nastroju.
Każde z nich przedstawiało sobą nędzny widok. Poza Adelinde, która ukryta pod wozem nie brała udziału w potyczce wszyscy zostali ranni, niektórzy ciężko. Dodatkowo u Hermana trafionego zatrutą strzałą pojawiły się pierwsze oznaki ospy. Zagnieżdżony w nim duch oparł się mocy Tamsin i pozostało im jedynie podać Rycerzowi ostatnią porcję leku, jaka była w ich posiadaniu, z nadzieją że pomoże równie skutecznie, co wcześniej. Sam Rycerz zdawał się tym w ogóle nie przejmować, ale dla zielarki tłumaczenia o bogach, którzy mają go w opiece miało takie samo znaczenie jak każde inne wymówki opornych pacjentów.
Opatrzony Herman z pomocą swojego przyjaciela pochował ciała bandytów, nie zaniedbując swoich obowiązków. Reszta zaś zwinęła obóz i po krótkim odpoczynku ruszyli dalej. Ta noc nie była dobra na sen.

Rottfurt nie przywitał ich gościnnie. Wyglądał ponuro i niebezpiecznie. Ulice miasta były puste, wszystkie co do jednego okna mijanych kamienic i domów zamknięte były na głucho. W powietrzu unosił się smród zgnilizny, nie dostrzegali nawet śladów obecności zaraźników, którzy odziani w długie czarne szaty i maski powinni zliczać żyjących jeszcze mieszkańców, a martwych zwozić do masowych grobów. Część ulic miasta była zabarykadowana, jak wyjaśnił im Franz, im głębiej zapuścili by się w plątaniny uliczek, tym większa była szansa, że stanęła by im na drodze jedna z grup, które walczyły o panowanie nad resztkami miejskich zapasów. Okrutne czasy wniosły jeszcze więcej podziałów między ludzi i teraz liczyła się tylko siła tych, którzy za wszelką cenę pragnęli przeżyć. Rottfurt zmagał się z nawrotami zielonej ospy od tygodni i ujrzeli wyraźnie jak może wyglądać miasto pozbawione silnej, praworządnej ręki. Franz poprowadził ich ku jednej z gospód, blisko miejsca w którym weszli do miasta. Trzeba było jednak sporej dozy przekonywania ze strony Czarnego Rycerza i obietnicy udzielenia pomocy medycznej, by panująca w gospodzie grupka rozsunęła barykady i wpuściła ich do środka. W ciągu spędzonego tam dnia zdążyli nawiązać przyjazne stosunki z mieszkającymi tam ludźmi, większość z nich okazała się zresztą bardzo młoda. Na tyle, na ile mogli Einhard i Tamsin opatrzyli rannych, odpoczęli, a kolejnego dnia obdarowani zapasami żywności ruszyli w dalszą drogę, zostawiając uratowanego z rąk bandytów chłopca wśród rówieśników.

Grunburg był kolejnym miastem na ich drodze. Przedstawiał jednak zgoła odmienny widok niż Rottfurt. Bramy zamknięte miał na głucho, a mury miejskie, co widać było nawet z daleka, obsadzone były strażą. Czekali dość długo zanim wpuszczono ich do środka, a i to dzięki papierom von Salza, bowiem osobą która pojawiła się w końcu na blankach, by ich powitać był nieco leciwy i surowszy nawet z wyglądu niż Herman, kapłan Morra.

***

Przekroczenie Reiku było niczym zrzucenie balastu. Po drugiej stronie, na ziemiach prowincji Talabeklandu czekał na nich niedostępny las i miejscowy leśnik, którego zadaniem  było poprowadzenie ich ku głównej drodze. Zostawili za sobą wyludnione wioski, pola zryte głębokimi jak śmierć rowami, stosy i kłęby dymów ulatujących wraz z ludzkim życiem. Ból, rozpacz i wszechobecny brak nadziei. Wszystko to zostało w Reiklandzie.

Przewodnik pod wieloma względami przypominał jej Heinza. Przemierzał niedostępne dla nich gęstwiny z łatwością równą tamtemu, był też równie milczący bądź burkliwy ilekroć niechcący wyłamywali się spod jego wskazówek. Czasem próbowała sobie przypomnieć tamte pierwsze dni, pierwsze wędrówki pod okiem Leśnika sprzed niemal dwóch lat, ale ten las był inny, podobnie jak człowiek przed nią. Za każdym razem rzeczywistość cieniem kładła się na wspomnienia. Była w tym podobieństwie jednak jakaś dziwna słodycz, na równi niemal przemieszana z bolesnym ukłuciem. Nie było go z nimi i czasem łapała się, że pośród nieuchwytnych cieni zza zasłony życia wypatruje tego jednego, by zaraz potem przypomnieć sobie, że nie umarł przecież. Jedynie dla nich był stracony.

Podczas postojów zielarka ostrożnie dotykała drzew, bosymi stopami brodziła w trawie palcami szukając ciemnej, wilgotnej ziemi. Mniejszą przy tym niż zwykle uwagę poświęcała towarzyszom podróży. Dzień za dniem zgromadzone wewnątrz niej cienie ulatywały między groźnie wyglądające drzewa, między ciemne parowy, których unikał przewodnik i zmurszałe, pokryte ciężkim mchem pnie zdobiące puszczę. Jakby musiała sobie przypomnieć, źdźbło po źdźble, że istnieje jeszcze świat wypełniony czymś więcej niż chorobą.

***

Krzywe deski podłogi jeszcze nigdy nie napawały go takim lękiem. Z drżeniem ramion poderwał twarz przyklejoną do nieheblowanego blatu i rozejrzał się wokół. Słońce wpadające przez okopcone gomółki okien raniło opuchnięte oczy. Wyostrzony do granic bólu słuch rejestrował harmider na zewnątrz. ,,Na grube pióra Pana! Boję się…” jęknął wysoki młodzieniec i stanął na niepewnych nogach. Zbawczy siennik w wynajętej izbie znajdował się za nieosiągalnymi w tym stanie schodami. ,,Trudno, spróbujmy ławeczki na zewnątrz”. Ostrożnie, krok za krokiem, dumny Herman von Salza poczłapał w stronę wyjścia. Niby czapla brodząca w płytkim bajorze wyciągał długie nogi i z nieufnością badał grunt. Drzwi były coraz bliżej.

Gwar tętniącej życiem przystani ogłuszył go z siłą obucha. Przytrzymał się niskiej powały i zmrużył oczy. Ostre, letnie słońce nie dawało dzisiaj pardonu pijakom. ,,Vanitas vanitatum et omnia vanitas” mruknął i opierając się o ścianę ruszył ku niewielkiej ławeczce przy majdanie. Nie zauważył jednak młodej dziewczyny siedzącej na skraju. Mrużyła w promieniach oczy niby szczęśliwy kot i zdawała rozkoszować się pięknym porankiem.

-Uch. Wybaczcie pani, nie zauważyłem was. –wydukał zmieszany. –Zamyśliłem się…Wysoka sylwetka przesłoniła na moment słońce i dziewczyna oderwała się od własnych rozmyślań. Nie brała udziału w nocnym degustowaniu karczemnych trunków, więc wczesnym rankiem wypoczęta wymknęła się z pokoju, by swobodnie rozejrzeć się po najbliższej okolicy. Obserwowanie budzącej się do życia portowej dzielnicy sprawiło jej ogromną przyjemność. Przycupnięta na ławeczce rozkoszowała się nie tylko ciepłem letniego dnia, ale także każdym hałaśliwym odgłosem, jaki do niej docierał, każdym okrzykiem wyciśniętym gdzieś z zapracowanych płuc, rubasznym zaśmiechem robotników uwijających się przy brzegach i wreszcie szumem zwyczajnych rozmów dobiegających z pobliskich budynków. Chłonęła to wszystko z rozkwitającym uśmiechem, jakby każdy z przejawów toczącego się obok szumnie życia mógł przepędzić cienie zalęgłe na dnie szarych tęczówek. Widok rycerza nie budził już w niej lęku, uśmiech ten nie zgasł więc wcale, przeciwnie, spojrzała na przybyłego ciepło i rozjaśniła się życzliwie. Pokręciła przy tym głową delikatnie wskazując miejsce obok siebie.

– Nie przeszkodziłeś mi Panie. Usiądź proszę, nie spodziewałam się że którykolwiek z was pojawi tak wcześnie.

-Prawdę powiedziawszy nie do mnie należał wybór. – próbował się ukłonić, ale gwałtowny ruch zachwiał nim i zmusił do kurczowego trzymania się jednej z okiennic. –Prawdę powiedziawszy… – dodał, gdy już doszedł nieco do siebie. –Prawdę powiedziawszy to wnętrze i wspomnienie moich wczorajszych… ekscesów… – twardo zaakcentował to słowo.  –To wszystko wydało mi się tak obmierzłym, że musiałem wyjść. Pani zaś, jak widzę, nie marnuje czasu na sen. To się chwali. Czas naszego Pana wszak ściśle reguluje oblubieniec Manana i Słońce. Pora najodpowiedniejsza… -zdał sobie sprawę, że kobieta go nie słucha. Wziął głęboki oddech i powoli usiadł obok niej. –Ciepło dzisiaj.

Zaśmiała się cicho, gardłowo. Nie musiała patrzeć, by odgadnąć w jakim znajdował się stanie. Cień współczucia przemknął przez zarumienione od słońca policzki. Bez słowa podniosła się z miejsca i w kilkunastu krokach pokonała odległość dzielącą ich od studni. Ciężko zakręciła kołowrotem, spod lekko postrzępionych brzegów spódnicy wyłoniły się bose stopy, gdy dziewczyna wspięła się na palce, by pochylić się nad wiadrem wyłonionym ponad cembrowinę. Zaraz też wróciła na miejsce, wyciągając ku rycerzowi obie ręce. W jednej dzierżyła pełną teraz manierkę, w drugiej zaś mokrą, białą chustkę, krople zimnej wody skapywały jej jeszcze spomiędzy palców.

– Wybacz Panie śmiałość, ale zgaduję że możesz tego potrzebować.

Uniósł ciężkie jak ołów powieki w górę i dojrzał opromienioną nimbem światła istotę. ,,Lux perpetua” przemknęło mu przez myśl, ale szybko skarcił się za to bluźnierstwo. Nie tak wyobrażał sobie wstąpienie w dziedzinę Czarnego Pana. Nie o tym mówiły pisma i doktorzy kościoła.
-Ach. Dziękuję. – odparł ostrożnie. Wypukła grdyka przesunęła się wzdłuż ptasiej szyi. –Nie jestem pewien czy powinienem… Sam wprowadziłem się w taki stan… Pokuta… Credo nakazuje… – szare jak zmurszałe nagrobki źrenice śledziły ruchy dłoni uzbrojonej w manierkę, a uszy strzygły za upragnionym chlupotem zimnej wody.
-Jestem niewymownie wdzięczny, Pani. – skłonił głowę i przyjął dar z jej rąk. Było w tym coś alegorycznego. Opromieniona i rozjaśniona słońcem niewiasta, stojąca i obdarowująca, a przed nią zgarbiony, w czerń odziany mąż zdany na jej łaskę. Zaiste, shalyiańska pieta dłuta najlepszych, tileańskich mistrzów.

Raz jeszcze łagodnie pokręciła głową.

– Obawiam się, że pokuta i tak was nie minie, nadchodzące godziny pokażą.- zajęła swoje poprzednie miejsce, ale nie wystawiła już oblicza na działanie słońca tak swobodnie jak wcześniej. – Pozostaje wierzyć, że było warto. Wyglądaliście razem na solidnie rozbawionych, gdy was opuszczałam. Mam nadzieję… – zawahała się nieznacznie – …mam nadzieję, że zostawiliście przy tym choć część trosk. – spojrzała przed siebie dodając ciszej – Jak ja dzisiaj.

-Nie wiem Pani jakie troski ze sobą nosisz. –spojrzał na nią kątem oka. Jest smutna? –Masz nadzieję znaleźć ich rozwiązanie w tym mieście? Chodzi o te dzieweczkę? – zastanawiał się chwilę. –Wydajecie się być blisko. –wśród gwaru i morza głosów wyłowił nagle przenikliwy pisk i poderwał głowę. Szukał wzrokiem czas jakiś, aż w końcu lekko się uśmiechnął. –Widzicie? Tam w górze, to krogulec. –zmienił nieoczekiwanie temat. –Poluje. Musi tutaj mieć używanie. Przy ludzkich siedzibach lęgną się gryzonie i małe ptaszki. Jeśli tylko ludzie go nie spłoszą, rzecz jasna. Nieduży. –jakby znów zaczął mówić sam do siebie. –Pewnikiem samiec. Z lotu ptaków, ich mowy, zachowań wiele płynie dla nas nauki. –zerknął ukradkiem w jej stronę. –Nasi kapłani potrafią wróżyć z ich lotu, nawet w snach. Każdy co innego symbolizuje. Znów jednak nie o tym. –podrapał się po głowie. –Taka nauka, dajmy na to,  z tego tu krogulca płynąć może, że człowiekowi łatwiej się żyje przy źródle zagrożenia, albo i cierpienia. –spojrzał na nią otwarcie, ciekaw czy go rozumie. – O zdobycz mu łatwiej, gniazdować za to trudniej. Boi się. Stąd to jego keee –keeeee. Myślę, że z tą dzieweczką może być podobniej. Lżej niektórym ludziom kiedy mają się o kogo troszczyć. Nawet jeśli to w troskę ich wpędza. Boją się bowiem życia w samotności, dla siebie samego. Boją się, że może im celu braknąć.

Powiodła wzrokiem za jego palcem, przyglądając się krążącemu wysoko punktowi dopóki nie zniknął.

– Myślę, że nie braku celu się boją. Wszak znaleźć go można niemal na każdym kroku. Zawsze jest ktoś potrzebujący troski, minęliśmy ich już tyle…Samotność – przez głowę przemknęło jej wspomnienie pierwszych dni po uwięzieniu Eckharda, strachu i zagubienia jakie wtedy czuła, tak odległych teraz – Samotność też nie jest już im straszna. Podobne lęki zdają się teraz dziecinne. – spojrzała na niego, ale wzrok miała odległy. Odetchnęła lekko, prawie jakby zrzucała niewidzialny ciężar z piersi i powiodła ręką dookoła – Siedziałam tu od rana ciesząc oczy. Wszyscy dookoła zdają się okropnie zajęci swoimi sprawami. Zwykłe, ludzkie troski. Praca, chleb, odpoczynek. Nie wiedzą nawet jakie mają szczęście, ale ja wiem, a teraz dzięki nim mogę sobie znowu przypomnieć. Rozumiesz mnie Panie? Nie, nie o Aime się martwię. Przynajmniej nie teraz, kiedy jesteśmy prawie u celu.

-Patrzy zatem Pani na tych prostaczków i raduje się ich szczęściem w doczesności. –zamyślił się. –Cały czas utwierdza mnie Pani w przekonaniu o szlachetności Waszego serca. Zaczynam się jednak domyślać skąd te przemyślenia do Was przybyły. –wstał z lekkim wahaniem i postąpił do studni. Oparł się o cembrowinę i zmierzył ją wzrokiem. –Ciemną doliną zdawał się Pani Reikland. Ciężko Was doświadczyły zachodnie gościńce naszego Imperium. Nie dziwota. Ja też ciężko odchorowałem tamtą przygodę. I nie mówię tu tylko o Zielonej Ospie. –odruchowo podrapał się po zabliźnionej ręce. –Możecie widzieć mnie bezdusznym, ale tak nie jest. Droga, którą wybrałem wiedzie innymi torami i ku innej optyce skłania. Pan nasz jednak umiłował swą córkę i nie bez przyczyny zezwolił jej, i jej sługom, sięgać do swej domeny. Ja o tym pamiętam. Znajduje jednak pocieszenie w myśli, że wszyscy ci nieszczęśnicy doświadczają teraz wytchnienia w Czarnych Ogrodach. Bo choć, jak mawia Księga Proroctw Ostatecznych, Dies irae dies illa solvet cosmos in favilla to jednak na końcu cosmos ów ma się kąpać w glorii w lux perpetua i pod bezpiecznymi skrzydłami Pana trwać po wiek wieków. –jego twarz wyrażała pewność i uniesienie, na wpół przymknięte oczy wzniósł ku niebu po czym uśmiechnął się do niej szczerze, z troską. –Tylko wiara w taki porządek rzeczy pozwalała mi iść między stosami trupów. Doczesność, proste życie, to wszystko przeminie. –zatoczył ręką wokół. –W Reiklandzie mieliśmy sprawę o rząd dusz umęczonych, w tym jest nasza victoria, nasz wawrzyn. Panienko Tamsin, jeśli nie zaraza to wojna, głód, albo powódź przerwą sielankę życia poczciwego. Taki już los człowieczy. Prawdziwe szczęście czeka po tamtej stronie.

– Niemal zazdroszczę tej wiary. Miałeś w tym pancerz, który cię chronił Panie. Nie mogłabym też, nie po tym czego byłam świadkiem uznawać cię za bezdusznego. Myślę nawet, że winna ci jestem przeprosiny. – wstała i zbliżyła się do studni. Stając przed nim skłoniła głowę gestem wyrażającym szacunek – Za wszystkie te niemiłe słowa, którymi raczyłam cię Panie na początku. Za gniew i opór. Nie znajduję teraz dla tego usprawiedliwienia.

Szaroniebieskie oczy zamigotały żywo, gdy spojrzała mu prosto w twarz

– A jednak to dzięki tobie się udało.

-Jestem tylko narzędziem Pańskim. Nie dziękujesz, Pani, sierpom, młotom. Nie wychwalasz tarcz, jeno rękę ją dzierżącą. Nie mogłaś mnie też urazić, albowiem pusta skorupa nie ma uczuć, jeno ten kto ją napełnia. –uniósł jej podbródek. –Mnie napełnił Pan wolą swą. Wskazał mi do was drogę. Wspomógł w modlitwie i konsekracji. –głos jego, choć nieco ochrypły, dźwięczał spiżowym tonem pośród odurzającego zapachu przydrożnych bzów. –Ja tylko rad jestem, że mogłem was, ciebie Pani i Panicza Einhard, poznać. Przypomnieliście mi parę rzeczy. Kilka rad mądrego człowieka. –zanurzył się nieco we wspomnieniach. –Lękam się jednak czegoś. Pismo wyraźnie mówi: Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. –wyrecytował. –Pani nie musi się lękać. Wiem to na pewno. Rodzi Pani owoce pełne i słodkie. O inne drzewa się martwię. Uschnięte. Przez złych nadzorców splugawione. –zmierzył ją surowym wzrokiem. –Pani wie o kim mówię, prawda?

Zadrżała pod tym spojrzeniem, pobladła i bardzo niechętnie skinęła głową.

– Tutaj wina leży też po mojej stronie. Może część decyzji, która pchnęła go na tę ścieżkę nie należała do mnie, ale teraz moja obecność tylko przybliża niebezpieczeństwo. Jak choćby pod bramami Aver…- zająknęła się, oczy jej pociemniały od przykrych wspomnień. – Nie mogę zapomnieć – szepnęła dudniącym głucho głosem – tego wściekłego spojrzenia, gdy pozbawiony przeze mnie swojego łupu ten twór, kimkolwiek był…z czystej złośliwości położył rękę na ramieniu Einharda. Nie jeden raz przecież… – umilkła i pokręciła głową. – Wiem, że akurat wtedy należało tak postąpić. Nie zmienia to jednak konsekwencji, prawda? – od niechcenia przesunęła dłonią po chropowatych kamieniach studni bezwiednie zaciskając palce na krawędzi – Dla wszystkich nas to były trudne doświadczenia, co do tego jednego nie mylicie się Panie.

Widział ból w jej oczach. Żal? Trwogę? Zastanawiał się jak długo jej towarzyszą? Nigdy nie zastanawiał się nad uczuciami bliźnich. Swoimi także nauczył się nie zajmować. Teraz jednak chciał to zrozumieć. Cały czas pamiętał swój sen. Pamiętał huragan emocji jaki nim wówczas targał. Popatrzył jeszcze raz na tę kobietę. Co ona musi czuć balansując na granicy bluźnierstwa? Czy powinien ją jakoś pokrzepić? Wesprzeć? Herman von Salza zdecydowanie nie był człowiekiem pełnym współczucia. Uświadomił sobie jednak, że los lub jak wolał uważać, wyroki Kruczego Boga, połączył go z tymi dziwnymi ludźmi i winien im jest coś więcej niż tylko zbrojną ochronę. ,,Jeśli już zamoczyłeś nogi, przejdź przez te cholerną rzekę” usłyszał w głowie głos Iwana. Franz, Tamsin, Einhard, oni wszyscy stali się mu w pewien sposób bliscy. Opuścił go spokój, który tak długo w sobie hołubił. Miał jednak przeświadczenie, że postępuje słusznie. Morr rozpozna swoich.
-Czarny Kodeks uczy nas niezachwianej wiary w zwycięstwo śmierci, Panno Tamsin. Znajdźcie w tym pociechę. –zakołysał się na piętach. –Wszyscy należymy do Czarnego Pana,  a on dba o swoje dziatki. Najwidoczniej w swej mądrości uznał, że będę potrzebny Paniczowi von Regenwalde. Oto więc jestem, niech się stanie według woli Pana. –wśród gałęzi bzu brzęczały pracowite pszczoły. Herman rozejrzał się zmieszany, ale podwórze jak na złość było całkiem puste.

-Zwycięstwo śmierci – powtórzyła za nim. Oczy, które na niego podniosła rozumiały dobrze te słowa. Patrzyły poprzez niewidzialne zasłony i znały świat obcy żywym ludziom. – Wiem, że mu pan pomoże, panie von Salza. – powoli na twarz dziewczyny wrócił łagodny uśmiech, westchnęła cicho – Proszę mi wybaczyć, takie rozmowy są pewnie ostatnim czego pragnęłaby pańska ciężka głowa. Sama też chciałabym zostawić to za sobą. Nie wiem czemu zaczęłam. Może przez ten wasz nabożny szacunek dla Ogrodów Morra. Twój spokój panie po części i mnie się udziela. Mniej też się obawiam przejścia na drugą stronę.

-Franz zapewne zakpiłby, że każdemu udziela się grobowy spokój kiedy obcuje się z kimś martwym za życia. –potarł ze znużeniem skronie. –Mój godny pożałowania stan nie ma tu nic do rzecz. Człek powinien swą silną wolę hartować. Nie ustawać w przesuwaniu granic. –poruszył ramionami, aż strzeliły zastane kości. Ściągnął przez głowę koszulę i przewiesił ją przez cembrowinę. Zaskrzypiał kołowrotek. Zaterkotał łańcuch i po chwili von Salza dzierżył wiadro zimnej wody. –Panienka się odsunie. –sam też postąpił krok do tyłu i parsknął głośno, gdy lodowata woda przykryła go roziskrzonym całunem. –Uh. Tego mi było trzeba. –wycharczał wydmuchując nos i mierzwiąc swoje przydługie włosy. –Opłakujmy żywych i ich nędzną dolę na tym świecie. Zazdrośćmy zmarłym, albowiem do nich należy spokój ogrodów Pana. –skłonił głowę i chwilę milczał. –Zapomnijmy o moim stanie, Panno Tamsin. Zamierzam się przejść po okolicy zanim reszta naszych kompanów zwlecze się z łoża boleści.

Odstąpiła od studni, ale i tak dosięgła ją część srebrnych kropel. Zaszurała bosą stopą wśród piasku i drobnych kamyków, obracając się z powrotem ku niemu dopiero, gdy skończył swoją ablucję.

– Jeśli to propozycja, chętnie skorzystam z możliwości przechadzki. Sama obawiałam się oddalać. Co do kpin Franza, nie przejmowałabym się nimi. Uwierzyłabym żeście Panie martwi dopiero, kiedy inni przestaną was widzieć. – zerknęła na niego z ukosa i uśmiechnęła się żartobliwie – A porównując do duchów zdajecie się nader żywi.

-Ach tak, propozycja. –rycerz zmieszał się nieco. –Zapomniałem o tym wspomnieć. Wybaczcie. Oczywiście, zapraszam. Chciałbym tylko uprzedzić… -zatrzymał się w miejscu. –Nie znajdzie Pani ze mną takiej rozrywki jak z Paniczem Einhardem czy choćby nieszczęsnym Franzem. –ukłonił się jej  wyuczoną dwornością. –Jakkolwiek postaram się nie uchybić protokołowi. –twarz miał skupioną, a usta zaciśnięte. Ostre rysy jakby się pogłębiły. –Musimy uważać. Na tych ciasnych uliczkach pełno rzezimieszków, którzy za zawartość naszych sakiewek gotowi oskórować własne matki. –mówiąc to poprawił ciężki pas i sprawdził czy mizerykordia gładko daje się wysunąć z pochwy. –Co Panienka powie na przechadzkę nabrzeżem w stronę Małego Kislevu?

Otworzyła szerzej oczy, gdy poprawiał broń, ale jedynie skinęła głową.

– Nie szukam rozrywki, nie musi się Pan obawiać ani wysilać niepotrzebnie. Nie chcę sprawiać kłopotu. – opuściła głowę zerkając na swoje proste odzienie, a gdy ją podniosła patrzyła na niego spokojnie – Zapominacie, przez grzeczność zapewne, że nie mam żadnego wymyślnego przedrostka przed nazwiskiem, ba nie mam nawet tego drugiego, jeśli więc mowa o protokołach i uchybieniu to raczej ja powinnam się starać. – mówiąc to spoglądała już ponad jego ramieniem na ruchliwe nabrzeże, odgarniając na plecy luźno puszczone włosy.

-Wie Pani, prawdę powiedziawszy, jeszcze dwa lata temu nie miałem nawet imienia. –wzruszył ramionami. –Wszystko płynie, jak zapewne powiedziałby nasz umiłowany Einhard. Nie ma się co turbować. Galanteria obowiązuje mnie zawsze. –wskazał ramieniem drogę i puścił Tamsin przodem. Trzymał się pół kroku za kobietą, po jej prawej stronie. Jego buty zachrzęściły na wysypanej żwirem ścieżce wiodącej w dół, ku głównej arterii wybrzeża. Niebawem wmieszali się w pstrokaty i cuchnący tłum. Ciżba, niby wielogłowa bestia sunęła przed siebie, w nieznanym kierunku. Niczym fala nieczystości porywała wszystko co napotkała na swojej drodze. Herman zmarszczył czoło i ściągnął brwi. Nie podobało mu się tu. Śmierdziało rybami, potem i odchodami. Ludzie wokół niego byli obmierźli i do cna przyziemni. Trzymali się swych nikczemnych żywotów kurczowo i bezmyślnie. Ślepi na bogów, na wieczność, na cokolwiek co wykraczało poza wyżerkę, wypitkę i pochędóżkę. Coś jednak ciągnęło młodego rycerza między ludzi. Nie potrafił tego wyjaśnić, ale w jakiś niepojęty sposób czuł, że tym ludziom nie należy się wzgarda, ale pociecha i nauka. Popatrzył kątem oka na swoją towarzyszkę. ,,Ona z pewnością nie raz niosła im pomoc. Bezinteresownie zapewne.” Ocenił jej skromny strój i porównał z dostatkiem w jaki opływali znani mu felczerzy i cyrulicy. ,,Shalyia musiała ją sobie upodobać.” Dumał dalej.
-Masz Pani ochotę na coś do jedzenia? –postanowił przerwać milczenie w obawie, że kobieta odczyta jego myśli. –Może mają tu jakieś lokalne przysmaki, nie wiem, ryby, węgorze?

Idąca obok rycerza Tamsin zdawała się patrzeć na inne niż on uliczki. Nie przeszkadzały jej brud ani nieprzyjemne zapachy. Nie skrzywiła się nawet, gdy mijający ich łachmaniarz brzeg jej spódnicy ochlapał błotem strzelającym spod kół koślawego wózka, uśmiechnęła się za to wdzięcznie w odpowiedzi na wycharczane z bezzębnych ust przeprosiny. W duchu śmiała się tylko, że gdyby nie groźna sylwetka rycerza postępującego za nią zamiast przeprosin usłyszałaby zapewne stek przekleństw. Zachwyciła się niemowlęciem trzymanym w ramionach chudej kobiety sterczącej na schodach jakiegoś przybytku sprawiając że choć na chwilę zniszczona twarz tamtej zalśniła dumą i radością. Rozglądała się wszędzie żywo, jakby wąskie przejścia, niskie domy i byle jak sklecone uliczne stragany warte były każdego zachwytu. Roziskrzone oczy prześlizgiwały się po sylwetkach ludzi chłonąc ich różnorakie ubiory i zajęcia i nikt, nawet najbardziej obszarpany żebrak, ani cuchnący rybami sprzedawca nie był w stanie wywołać skrzywienia odrazy na obliczu zielarki. Na pytanie rycerza prędko pokręciła głową.

– Nie, nie jestem. Dawno już zdążyłam posilić się w karczmie. W przeciwieństwie do ciebie Panie, jak mniemam. – wskazała ręką gdzieś przed siebie – Zdaje się, że stamtąd dochodzi mnie zapach pieczonej ryby, może więc jesteśmy bliżej tych nieznanych, lokalnych przysmaków niż myślimy?

Już miała postąpić krok w tamtą stronę, gdy zawahała się wyrzucając z siebie dyktowane ciekawością pytanie – Czy wolno mi spytać dlaczego Panie nie miałeś imienia?

-Taki bowiem zwyczaj panuje w naszym konwencie. –zatrzymali się przy jednym z zaułków. Herman z ulgą wymknął się temu lewiatanowi, który dusił i tłamsił w sobie jednostkę, połykając ją i trawiąc bez litości. –Imię bowiem osadza nas w doczesności. Tu i teraz. Słudzy Czarnego Pana winni być jak sama śmierć. Niezmienni, bezimienni, milczący i obojętni, choć niektórzy wolą określenie – sprawiedliwi. – zaduma ściągnęła blade oblicze rycerza. Otworzyła na wpół zasypane jamy grobowej czerni jego źrenic. Przez usta przebiegł ulotny cień bolesnych wspomnień. –Dzieciom z nieprawego łoża w Ostermarku nikt też nie nadaje imion. No chyba, że rodzic zechce je uznać. Jeśli nie, samemu musisz sobie zdobyć imię. Wykuć w sobie nowego człowieka. –wzruszył ramionami.  –Hermanem von Salza, jak już mówiłem, jestem od niedawna. Zakony rycerskie potrzebują szlachetnych nazwisk w swych szeregach. Któż bowiem traktowałby nas poważnie bez tych wszystkich vonów, denów i innych, wymyślnych przedrostków? –spojrzenie młodzieńca stwardniało, podobnie jak jego nieprzyjemny głos. –Ja zaś zawsze chciałem mieć imię. Nie chciałem pozostać bezimiennym, anonimowym cieniem. –rozejrzał się i jego uwagę przykuł niewielki ogródek na tyłach jednej z chałup. Niezwykle rozrośnięty krzak róży osłaniał go od strony alejki. Herman podszedł do krzewu i urwał jeden z kwiatów. Przyjrzał się bladym, jakby nieśmiałym jeszcze płatkom. Obrócił kwiat w ręce, po czym wręczył go zielarce. –Stat rosa pristina nomine, nomina nuda tenemus.

Dygnęła lekko w podzięce, odruchowo wciągając słodki zapach zerwanego kwiatu. Rumieniec przemknął przez jej policzki, ale zniknął równie szybko jak się pojawił. Odpowiedź rycerza wywołała bolesny uścisk w sercu dziewczyny, wizja osamotnionego chłopca pozbawionego imienia sprawiła, że oczy zaszły jej mgłą współczucia. Jednak twardy wzrok i ostro brzmiący głos stojącego naprzeciwko mężczyzny jasno mówiły, że nie takiej reakcji pragnął. Zaglądając mu w twarz pomyślała więc nie o dziecku poddanym bezlitośnie surowym regułom, a o Czarnym Rycerzu z dnia ich pierwszego spotkania, posępnym, dostojnym i budzącym grozę.

– Udało ci się Panie. – Nie spytała ile siły, ile samozaparcia musiało od niego wymagać dopięcie swego, ale uśmiech jakim go obdarzyła świadczył, że zdawała się rozumieć też to, czego nie powiedział.

-To się jeszcze okaże. –obrócił się na pięcie i ruszył ku nabrzeżu. Zbyt go bolało współczucie, choćby niewypowiedziane. Nauczył się znosić obojętność i upokorzenia, ale nigdy nie przyszło mu się mierzyć z jakimikolwiek oznakami czułości. Herman von Salza uczył się świata i zamieszkujących go ludzi na nowo. Czasami prędkość nauki nieco go przerażała. Przyspieszył więc kroku i rzucił przez ramię. –Jeśliś nie głodna Pani to darujmy sobie przysmaki i poznajmy trochę okolicę. Może nam się to przydać w poszukiwaniach. –zatrzymał się na skrzyżowaniu, którego północna odnoga prowadziła w stronę nabrzeża. Odór ryb nasilił się jeszcze bardziej. Doszła do niego woń stojącej wody i butwiejącego drewna. Piski mew, odległe pokrzykiwania flisaków i przekleństwa dokerów działały lepiej niźli najwyraźniejszy drogowskaz. –Popraw mnie Pani jeśli się mylę, ale słyszałem kiedyś teorię jakoby zarazy nie brały się li tylko z morowego powietrza i szkodliwych waporów, ale także z warunków w jakich żyje człowiek. Czemuż zatem żyjemy niby larwy na truchle? –rozejrzał się z odrazą. –Czemu dozwalamy, aby nasze własne niechlujstwo i lenistwo trzebiło nas skuteczniej niż zagony zwierzoludzi i zastępy Chaosu? Jest li w tym boski plan czy tylko ułomność naszej natury?

– Kiedy byłam bardzo mała moja matka powtarzała, że biednie nie znaczy brudno. Nie ważne jednak jak często zdzierała ręce szorując paskiem podłogę, mój braciszek i tak zachorował. Rozglądasz się Panie wokół z niesmakiem i widzisz jedynie rozkład. Ja myślę o każdej piędzi ziemi z takim trudem zajętej do życia. O rodzinach skupionych wokół tych mulistych brzegów, zależnych od zarobków często jednej tylko osoby. Porzuconych dzieciach przemykających się po ruderach w poszukiwaniu żywności jak ten krogulec, którego mi dziś pokazywałeś. O tej kobiecie, która własnym ciałem płaci za chleb dla siebie i dziecka, a choroby znajdą na pewnie na długo zanim jej syn dorośnie. Larwy na truchle? Nie zgadzam się na taką ocenę ludzkiego życia. Myślę też, że nie lenistwo, a obojętność albo okrucieństwo trzebią nas skuteczniej. Po to wszak zabrałeś broń Panie, by ochronić nas przed tymi, którzy ocenią naszą wartość nie sercem, a oczami ważącymi zawartość naszych sakiewek.

-Nie zrozumiała mnie Pani. Albo i ja nie wyraziłem się jasno. Nie szukam winy wśród gminu jako takiego. Nie uważam też biedy za wyznacznik zepsucia. Sam tak naprawdę, prócz Agata, nie mam nic na własność. Nawet ta koszula na grzbiecie nie do mnie należy. Ba, nawet mojego nazwiska z tym dumnym VON na przedzie, tyle ile mnie wśród czarnej braci. Nie, Panienko Tamsin, ja nie na biedę kosym okiem spoglądam. Ja na całe nasze plemię, gatunek cały, krzywo patrzę. Na tych tu nędzników, na purpuratów z dziedziny Sigmara, na książąt-elektorów, na wszystkich jednako. Na nas też, na Panią i na mnie samego. Bo w nas wszak taka sama krew płynie. To samo pompuje. –zacisnął usta i uniósł podbródek. –Nie w tym, tak sobie myślę, sztuka by się kim innym urodzić, ale by kimś innym stać się naprawdę. Nie taplać się w gnoju bo tak i dziadowie czynili. Nie żreć łapami brudnymi bo i inni tak czynią. Czegoś więcej chcieć od siebie i od życia niż to co na tacy podano. Bogowie nam rozum i godność dać chcieli, a my to wszystko depczemy w imię… No właśnie, w imię czego? Mówicie o chorym bracie, o matce pracowitej. Ja dramaty dostrzegam. Myślę też, że i pojmuję nieco. Wy jednak nie zgodziliście się na takie życie. Czegoś więcej wam było trzeba. Nie czyni was, ani mnie, determinacja lepszymi. Sąd nas po śmierci czeka. Tam się okaże komu ile, podle zasług. Ja mówię, nie marnujmy tej chwili doczesnej na zwykłe przeżycie. I nie po to puginał przy sobie niosę żeby li tylko życie ratować. Panienki za przeproszeniem czy moje nędzne. Ja nie dam się do poziomu tego błotnistego bruku sprowadzić. Za żadną cenę. Ani siebie, ani Panienki.

– Rzeczywiście, nie pojęłam wcześniej dobrze coście mieli na myśli. – nie uszły jej uwagi zaciśnięte usta rycerza, dumnie uniesiona brodza czy lśniące stalą oczy – Nigdy nie spotkałam nikogo, kto mówiłby w ten sposób o bliźnich. – Zmarszczyła czoło i rozejrzała się dookoła starając się choć przez moment ujrzeć to, co i on widział. W gruncie rzeczy zgadzała się z częścią wypowiedzianych przez niego słów, to jednak gdzie się z nimi mijała nie dawało się już tak łatwo wytłumaczyć. – Nie skazywałabym ich tak łatwo na potępienie – odezwała się w końcu cicho – Nawet we własnych oczach. Małe i duże dramaty stanowią ciągłe walki, czasem zwykłe przeżycie jest zaciekłym bojem z losem. Godność daną nam przez bogów tak łatwo podeptać. Ja sama wcale nie chciałam niczego więcej od życia. Nie patrzyłam na nie nigdy w takich kategoriach. To nie determinacja wypchnęła mnie dalej jeno zwykły splot okoliczności. Teraz zaś wiem, że nie wolno mi tego zmarnować. W tym jednym na pewno zgadzamy się ze sobą. Wierzę, że nie należy tylko do mnie życie, które niosę, że nie wolno mi spocząć i myśleć jedynie o sobie. – powoli szaroniebieskie oczy podniosły się na niego – Boli mnie jednak ta wzgarda, którą słyszę w twoim głosie Panie. Nie za siebie, ale za nich. Wszystkich. Choćbyś nawet miał rację.

-Bardzo dobrze poznałem co to wzgarda moja Pani. –odpowiedział zimno. –I mylisz się mówiąc, że łatwo godność ludzką podeptać. Nikt tego za nas nie może zrobić. Człek traci swą godność jeśli sam się jej wyrzeknie. Pobity, opluty, zelżony, nic to. Dumę nosi się w sobie i nikt nie jest cię w stanie z niej odrzeć. Tylko ty sama. Nikt inny. –ostatnie zdanie zgrzytnęło niby nagrobna płyta. Głucho i ostatecznie. Nawet nie zorientował się kiedy dotarli do kei. Zacumowane barki kołysały się na rzece poskrzypując z cicha. Nabrzeże tętniło życiem. Rozładowywano towary. Odszpuntowywano beczki. Wszystkiemu towarzyszyły ludzkie wrzaski i przekleństwa. Herman minął dwójkę pijanych flisaków i przeskoczył nad jednym z chybotliwych trapów. Wyciągnął rękę w stronę zielarki:
-Ostrożnie. Ślisko tu i pełno drzazg.

Ujęła tę dłoń i pozwoliła się poprowadzić po niepewnie wyglądających deskach.

– Jesteś Panie pełen niespodzianek – rzuciła po części do siebie, po części do niego – Przykro mi. Nikt nie powinien spotykać się z taką reakcją, a już na pewno nie będąc dzieckiem. – Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale wbrew wcześniejszym ostrzeżeniom poślizgnęła się nagle i tylko wsparcie mocnego ramienia uchroniło ją przed upadkiem. Wyprostowała się uśmiechając przepraszająco.

-Musisz pomyśleć o jakichś trzewikach Pani. To bose bieganie może się źle skończyć. -rzucił kiedy dźwigała się na nogi. -Możemy zaraz udać się do szewca. Na pewno jest ich tu bez liku. -to mówiąc zaczął się rozglądać.wokół jakby od tego wśród łódek i trapów miał się zaraz, cudownym zrządzeniem losu pojawić warsztat szewski. Po chwili zerknął w jej stronę upewniając się, że stoi już bezpiecznie obok niego i nic jej nie dolega. -Nie żałujcie mnie Pani bo nie ma czego. Wyrosłem już z żalów.

– Ależ ja mam trzewiki! Dostaliśmy przecież po pięknej parze. Tylko żal mi je zniszczyć – rzuciła szczerze –  poza tym… – zająknęła się, ale dokończyła nieznacznie tylko ściszając głos. Głos, w którym pojawiły się inne niż dotychczas nuty – W ten sposób łatwiej mi się skupić. Im mniej mnie krępuje, tym łatwiej mi uchwycić i odsunąć rąbek zasłony. – Wyciągnęła przed siebie dłoń, jakby rzeczywiście usiłowała odepchnąć niewidzialną materię, ale zamiast tego drgnęła, zacisnęła palce w pięść i przyciągnęła je do piersi. Pokręciła głową zerkając na niego z ukosa – I nie żałuję was Panie von Salza. Przez moment myślałam jedynie o pewnym chłopcu i o tym, co znosił.  

-To dobrze. -uciął rycerz i przyjrzał się kobiecie raz jeszcze. -Zapomniałem o naszych reiklandzkich układach. Na butach nie powinno się oszczędzać. Co do innych przeciwwskazań…  tutaj już się nie wypowiem, ale ufam w Pani mądrość.

– Dlaczego nie? Dlaczego nie powinno się oszczędzać? – spytała zaczepnie, chmara ciemnych włosów podniosła się na wietrze – Pomyśleć ile można by obdarować ludzi, gdyby tylko je sprzedać, albo nawet można by wózek kupić i znowu stragan z ziołami otworzyć… – skrzywiła się – Tyle z mojej mądrości. Einhard wyśmiałby mnie zaraz. Czekam tylko, aż jaką kabałę wymyśli, w której trzeba będzie wziąć udział. Zgaduję, że wtedy przyjdzie czas na strojenie się bez żalów, na wszystkie te pozory i małe kłamstewka. Udawanie kogoś, kim się nie jest. Tak pewnie zresztą będzie lepiej. Bezpieczniej.

-Dlatego, że mogą Pani życie uratować. Odmrożenia, zwichnięcia, rany, mam wymieniać dalej? -uniósł pytająco brew. -Przecież jest Pani mądrą kobietą, po cóż te wózki z ziołami i jałmużna? Pani wie, że nie po to Pani na trakt ruszyła by teraz jak pomyleniec kruszec na bruk rozrzucać. -podjął marsz wzdłuż przystani. -Pani o coś innego chodzi, a te buty choćby. Te buty są narzędziem, które Pani w tym pomóc mogą. Dobry rzemieślnik zaś na narzędziach nie oszczędza. To z resztą, jako zawołana zielarka i uzdrowicielka, też Pani zapewne wie. I nikt tu nie mówi o strojeniu. -zatrzymał się i rozłożył ręce. Kiedyś biała koszula luźno wisiała na jego wychudłym ciele. Obcisłe spodnie do jazdy konnej również pamiętały lepsze czasy. -Nie o próżność tu chodzi. To też jest vanitas. Mamy jednak zadanie do zrobienia i coś tak błahego jak chłód, brud i śliskie deski nie powinny nas powstrzymać. -zakończył i ruszył dalej. -Einhardowe bale maskowe i przebieranki również. -dodał znad ramienia.

– Droczę się tylko z Panem. Nie jestem, aż tak niemądra, jak szliśmy w góry nie kręciłam nosem na ciężkie buciory. Teraz odrzucam je świadomie. Może taki mały bunt, może kara dla samej siebie. Inna jeszcze rzecz, że bliżej mi do ziemi, kiedy ją czuję pod bosymi palcami, a jak jeszcze na kamyk nastąpię, to nie muszę zgadywać czy akurat prawdziwe jest to, co mam przed oczami. Potrzebuję tego i myślę, że w przyszłości będę potrzebować nawet bardziej. Żeby nigdy nie zapomnieć, bo odrzuciłam już niektóre z własnych przekonań, dopuściłam się karygodnych uczynków – odwróciła twarz ku nadciągającym powiewom ostrego wiatru, nie gotowa by spojrzeć mu w oczy – Boję się teraz, że mogą być kamykami, które z czasem strącą lawinę pogrążając mnie ze sobą.

-Nie jest też tak, że musi Pani brnąć dalej w to co Panią przeraża. -osłonił dłonią oczy od niesionych wiatrem kropel. -Moja religia nie ingeruje bezpośrednio w człowiecze życie. Tyle tylko, żeby godnie przyjąć swój koniec. I jako członek kruczej kongregacji to mogę Pani polecić. -zamyślił się chwilę. -Jako Biały, radzę Pani czynić tak żeby zawsze wiedziała Pani po czym i dlaczego stąpa. Czasem coś trzeba odrzucić. Innym razem przyjąć. Należy tylko pamiętać dlaczego to się robi. -przeczesał ręką zroszone włosy. Drewniany pomost skrzypiał pod nogami kiedy mijali kolejny łodzie. -Uprzedzałem, że kompan ze mnie do rozmowy żaden. Tyczy się to niestety także żartów.

– Nie szkodzi. Przyjdzie i pora na żarty. Wdzięczna jestem za przechadzkę i za towarzystwo – chwilę szła obok w milczeniu. Podobało jej się lekkie kołysanie pomostu pod nogami, nieustanny plusk wody uderzającej o ukryte niżej bale. Spróbowała odgarnąć nieposłuszne włosy, ale okazało się to zajęciem z góry skazanym na porażkę. – Zwłaszcza, że Pan jeden może zrozumieć, jak to jest stać pomiędzy dwoma światami. Żywych i umarłych. Nawet jeśli cieszą nas zupełnie odmienne rezultaty.

-Zapewne. –odparł. –Nie znam się na tym, ale coś mi mówi, że taki wiatr może zwiastować burzę. Myślę, że powinniśmy powoli zawracać. –zadumał się na chwilę. –Choć z drugiej strony w Małym Kislevie mają dość spore podsienia przed domami. Moglibyśmy tam przeczekać ulewę. Widziała Pani kiedyś kislevskie domostwa? Ich snycerkę? Kolorystykę? Architekturę? –zawiesił głos na moment. –Ktoś bardziej zmysłowy powiedziałby wręcz, że można się zakochać.

Unik, pomyślała, niech i tak będzie. Potrzebę, by wyrzucić z siebie coś jeszcze opanowała jak wszystko inne. Jeden spokojny wdech, jeden cichy puszczony z wiatrem oddech. Wyprostowała się nieznacznie.
– Nie widziałam. Całe życie spędziłam wśród miast i wiosek Wissenlandu. Dopiero niedawno, kiedy zostałam sama opuściłam go na rzecz innych prowincji. Pan byłeś w Kislevie? – obrzuciła go zaciekawionym spojrzeniem. Przypomniało jej się jak wspominał już kiedyś o swoim nauczycielu, Iwanie. – Nie wracajmy jeszcze. – poprosiła z żarliwością, która zaskoczyła ją samą. – Trochę deszczu nam przecież nie zaszkodzi. – Uderzyło ją nagłe pragnienie, by poczuć smagnięcia strug ulewy na twarzy. Uniosła wzrok w stronę napływających z oddali ciemnych chmur czując narastający uścisk w piersi. Wdech, wydech.

-Czy coś ci się stało Pani? Twój oddech… -zaniepokoił się rycerz. Zbliżył się do niej i przyjrzał badawczo. -Mogę ci jakoś pomóc?

– Nie możesz – postąpiła krok w tył nie bacząc, że staje na samej krawędzi trapu. – Nic mi nie jest – skłamała podnosząc pociemniałe od skłębionych emocji spojrzenie  – Zbyt mało jeszcze czasu minęło. Zbyt świeże jest… Wszystko. – Zadrżała chybocząc się lekko. Z piersi wyrwało jej się westchnienie, głos rozbrzmiał głęboką, ciemną tęsknotą  – Część mnie pragnie zerwania kontroli. Odwetu. Chwilami ciężko, ciężej mi z tym walczyć. Heinz radził, żebym utopiła takie momenty w mocnym trunku, albo w czyichś… – potrząsnęła głową urywając.

-Ach tak… -Hermanowi nie uszło kolejne wspomnienie martwego towarzysza. -Wybacz mi moją niemoc. Rzeczywiście, nie umiem nikomu wrócić życia. Nie wiem na kim i za co chciałabyś wziąć odwet. Wybacz. -obserwował badawczo jej reakcje. -Wiem jednak jak ciężka może być strata kogoś bliskiego. Strata wiekuista. Nie będę ci teraz opowiadał o szczęśliwej wieczności w Ogrodach Pana. Kiedyś być może sama to zrozumiesz. Doczesność jednak wyje przez dziurę, którą pozostawiają po sobie nasi bliscy. -przenikliwy wiatr targał coraz mocniej ożaglowaniem cumujacych w pobliżu łodzi, Herman odruchowo skulił się w sobie w poszukiwaniu ciepła. -W moich stronach mówi się, że ci którzy odeszli winni być porządnie opłakani i pożegnani. Ludzie wierzą, że pomaga im to przejść na drugą stronę. Może i wy potrzebujecie takiego pożegnania?

W szaroniebieskiech tęczówkach zielarki odbiła się tkliwość, a potem zgromadzone tam cienie rozlały się pozostawiając jedynie czyste jeziora żalu.

– A co jeśli próbuję pożegnać ich wszystkich? Heinza, Edwina, zarażonych z Auerswaldu, Awer, opuszczonych wiosek i mieszkańców Iskry. Dziewczynkę, która wydała ostatnie tchnienie tak blisko, bo w pokoju tuż obok naszego i chłopca, którego sponiewierane, martwe ciało badaliśmy. Karczmarza, co się powiesił, bandytów zabitych na trakcie, oszalałą karczmarkę, wiecznego starca z podciętym gardłem. Gorzej – krew odpływała jej z twarzy wraz z kolejnymi, wyrzucanymi z siebie słowami – bo przecież niektórych muszę żegnać dwa razy. Zmarłe dusze wyją głośniej niż żywi. A ja… nie potrafię tego zmienić. Chociaż słyszę. – Wyciągnęła rękę i dotknęła grzbietu jego poznaczonej bliznami dłoni. Nie do końca zdając sobie sprawę, z tego co czyni, powolutku powiodła palcami aż do ramienia, nieomylnie zgadując miejsce, w którym zanikały ostatnie ślady po ospie. – Wy mnie przepraszacie za niemoc? Ja przegrałam tę walkę.

Dotyk kobiety był niczym uderzenie pioruna. Herman znieruchomiał wstrząśnięty i mógł tylko słuchać jak zielarka wyrzuca z serca gorycz i żal.
-Pani… -zaczął niepewnie. -Wasz dar… Ja nie do końca pojmuję jego istotę. To jak patrzycie na świat. Mogę wam jednak powiedzieć, choć nie chcę, że ludzie będą ginęli cały czas. Jakkolwiek okrutnie to nie zabrzmi to musicie do tego  przywyknąć. Stwardnieć. Zobojętnieć. -spojrzał na nią, a jego oczy były puste jak świeżo wykopane groby. -Taki niestety jest nasz nienajlepszy ze światów. I inny nie będzie. Ku naszej udręce i zgryzocie.

– Wam się udała ta sztuka? – zapatrzyła się w te puste oczy pojmując od razu, że odpowiedź może być tylko jedna. – Zawsze jedna i ta sama rada. Nie przejmować się tyle, jakby istniała jakaś miara, którą wszyscy dobrze znają. – Cofnęła palce, zdziwiona że jeszcze chwilę wcześniej czuła pod nimi ciepło ludzkiego ciała zamiast zimnego kamienia, którego się spodziewała. Bladą twarz dziewczyny wykrzywił gorzki grymas. – Tylko wiedźma jest za głupia, żeby ją poznać. – Wzdrygnęła się gwałtownie, jednym ruchem ręki strząsając z rzęs srebrzyste krople, a potem wyprostowała z trudem zbierając pokłady wewnętrznej siły i zaciskając drobne pięści w buncie przeciwko całemu światu. – Nie potrafię i ponad wszystko czuję, że mi nie wolno. Bo ten świat jest zły. Spędziłabym życie na klęczkach, gdyby modlitwy do bogów wystarczyły by to zmienić. Ale nie wystarczą. Nie starczy też jednego życia, na naprawę całego cierpienia. Wiem to. Pozostaje mi tylko próbować. – Zwiesiła głowę przesuwając się tak, by móc go wyminąć, głos miała cichutki gdy kończyła -Tylko czasem brak mi sił, by tłamsić to wszystko głęboko w sobie. Dlatego dzisiaj…

-Nie ma wspólnej miary. -rzucił patrząc w pustkę. Nie widział ciemniejącego horyzontu, ani wzburzonej rzeki. -Nie ma też odpowiedzi, Panno Tamsin. Jest tylko pustka i śmierć. Od tego wszystko się zaczyna i na tym się kończy. Ja nie uciekłem w wiarę, nie uciekłem do boga. To on mnie znalazł i usidlił. -nie odwracał się i nie patrzył nawet czy kobieta go słucha. W zasadzie nie wiedział nawet czy wciąż mówi do niej czy już do siebie, a może… -Ja niczego nie wybrałem. Nigdy nie miałem wyboru. Słyszę twój smutek i chciałbym ci współczuć. Jak sama jednak zauważyłaś, jestem bezduszny i nie mam serca. Wiesz co ludzie mawiają? Nie można zranić czegoś czego nie ma. -w tym momencie lunął rzęsisty deszcz. Cały świat pogrążył się w strugach bijących w oszałamiającym tempie do wtóru przeraźliwie jasnych błyskawic. Cała twarz rycerza była mokra, zwłaszcza oczy. Otarł ją wierzchem dłoni i bez słowa zawrócił.

– Biały… – ogarnął ją chłód nie mający nic wspólnego z zimnymi smagnięciami burzy. Wystawiła policzki i czoło ku niebu, odgarniając oblepiające je ciemne loki. Niebo dudniło od grzmotów, trzaskając niemal w rytm jej bijącego serca. Głupia. Tak bardzo skupiła się na sobie. Wysoka, chuda sylwetka oddalała się coraz bardziej. Nie odważyła się zawołać, choć niczego bardziej nie pragnęła niż zapewnić jak bardzo jej przykro. Przemoknięta w jednej chwili spódnica ciasno oblepiła jej nogi i Tamsin przeciwstawiając się silnym podmuchom wiatru z trudem postąpiła do przodu na śliskich deskach trapu.

– Nie wierzę ci! – rzuciła za nim przekrzykując burzę. – Zamurowałeś je tylko głęboko pod grobową płytą!

Nagły podmuch zachybotał trapem i dziewczyna pisnęła przestraszona.

Usłyszał pisk zanim postawił stopę na twardym gruncie. Wiatr wył potępieńczo, deszcz zacinał coraz mocniej, a on z głupia frant zastanawiał się jak mógł mimo wszystko wyłowić jej okrzyk. Ciało na szczęście zareagowało szybciej niż otumaniona silnymi emocjami świadomość. W kilku długich susach znalazł się tuż obok. Kobieta chwiała się miotana silnym szkwałem, który nadciągał znad wielkiej rzeki. Spòdnica działa jak żagiel i krępowała jej ruchy. Nie myśląc wiele poderwał zielarkę na ręce i ruszył ku niewidocznym w ulewie zabudowaniom. Trap był śliski, a oczy zalewała mu woda. Co krok walczył aby utrzymać równowagę. W pewnym momencie, tuż obok jej głowy przeleciał urwany silnym podmuchem żagiel. Ciężkie płutno obaliło stojącego na pirsie mężczyznę, który machał w ich stronę rękami.
-Musimy się skryć w jakiejś chałupie! -próbował przekrzyczeć nawałę. -Inaczej nas zmiecie albo utopi!

W pierwszej chwili nie zrozumiała słów, które wykrzyczał tuż obok jej ucha. Rozluźnienie ręki kurczowo oplecionej wokół szyi rycerza przyszło jej z niespodziewanie wielkim trudem. Ogromne, czarne źrenice wypełniały całą przestrzeń rozszerzonych strachem oczu. Raz już spienione wody rzeki zamykały się nad jej głową pozbawiając tchu i miażdząc rozpalone płuca. Ożywione wspomnienia przelały się teraz z prędkością równą błyskawicy. Stanięcie na własne nogi zdało jej się przy tym niemożliwością. Zaskakujące, ale bezpieczna czuła się dokładnie tam, gdzie była. Dla pewności tylko przywarła mocniej do twardej piersi. Wyciągnęła rękę wskazując majaczące w zwałach deszczu półotwarte i częściowo puste szopy, w których zimowano łodzie.

 

Podążył wzrokiem za wyciągniętą ręką. Zrozumiał w czym rzecz i rozpoczął mozolny marsz w stronę piaszczystej łachy, na której wzniesiono prowizoryczne chatynki.
Wiele czasu zajęło im przedzieranie się przez strugi deszczu, a dmący ze straszliwą zażartością wiatr co rusz obalał młodzieńca na kolana. Kiedy w końcu dotarł do zbawczego konturu szopy byli mokrzy od stóp do głów i utytłani w nadrzecznym piasku. Herman naparł barkiem na krzywo zbite drzwiczki. Prowizorka ustąpiła po chwili i znaleźli się w ciemnym pomieszczeniu przesyconym wonią ryb i wilgoci. Wszędzie walały się rybackie sieci, więcierze i saki. O ścianę stały oparte wędki i niewielkie wiosła.
-Udało się… -wydyszał rycerz.

– Mówiłam, że trochę deszczu nam nie zaszkodzi – głos dziewczyny drżał jeszcze, ale spróbowała uśmiechnąć się dzielnie, szczękając zębami. Nie ostało się nic z ciepłego, letniego poranka. Zaniedbane wnętrze chaty sprawiało posępne wrażenie, ale przynajmniej chroniło przed żywiołem szalejących na zewnątrz. Delikatnie wysunęła się spod jego oparcia i uklękła na ziemi. Otrzepywanie ubrań nie miało najmniejszego sensu. Dokładne oględziny rycerza mówiły jej, że sama nie może wyglądać lepiej i ramiona zastrzęsły jej się ze śmiechu. Zebrała czarne strąki w posiniałe z chłodu palce w marnej próbie wyciśnięcia z nich wody.
– Przynajmniej nie muszę wytrącać piasku z butów. – zachichotała czując opuszczające napięcie.

 

-Tak. Bez wątpienia. -mruknął Herman żywiąc płonną nadzieję, że wysokie cholewy uchroniły go od pojawienia się małej pustyni w każdym bucie. -Pogoda jest kapryśna jak szlachcianka na wydaniu. Wczesne lato… Dobrze, że na barcie nie złapała nas taka ulewa. -usiadł ciężko na zwiniętej niedbale linie i zzuł jeden z butów i zadumany zerknął do środka. -Kurwa. -wyrwało mu się zanim powściągnął język. -Wybacz Pani. -wybąkał wysypując kilkanaście uncji piachu z wysokiego trepa.

Nie wiedzieć czemu to przekleństwo wywołało kolejny wybuch wesołości dziewczyny. Spróbowała odcisnąć z wody fałdy spódnicy, ale skończyła tylko z mokrymi dłońmi brudnymi od piasku, mułu i fragmentów rzecznych traw. Z pewną dozą bezradności skontastowała przy tym, że po wszystkim nie ma ich gdzie wytrzeć, poza rzecz jasna własnym, sponiewieranym ubraniem.
– Zabawne, że przez ponad tydzień na łodzi nie bałam się ani razu, a wystarczyła odrobina deszczu i większych fal, by przypomniało mi się jak to jest tonąć. – wzdrygnęła się mimowolnie i objęła ramionami. – Wiedziałam, że nie jest tak jak mówisz. Nie musiałeś po mnie wracać, znaczy… Nie musiał Pan.

-Oczywiście, że musiałem. -odpowiedział walcząc z drugim butem. -Bądź co bądź płynie też we mnie rycerska krew. -but z obrzydliwym mlaśnięciem oderwał się od stopy, a ze środka wylała się struga mułu. -Trzeba będzie zamówić w Kocie pranie. Może to dobra okazja na zmianę garderoby. -zastanawiał się Herman.

– Ach tak? Co zatem czynią płoche damy uratowane przez rycerza? Nie mam w tym doświadczenia. W podaniach złym wiedźmom raczej ścinają głowy.

-Ciężko byłoby ściąć głowę mizerykordią. -Herman pozwolił sobie na odrobinę wisielczego humoru.

– Myślę, że jednak wolałabym tego nie sprawdzać.

-Możesz mi więc wierzyć na słowo. -wzruszył ramionami i dodał. -Nie nazwałbym cię też Pani płochą. Z tego co widziałem prowadzisz się obyczajnie i godnie.

W tym momencie Tamsin zarumieniła się po korzonki włosów opuszczając oczy. Zaraz jednak stłumiła ukłucia wstydu, myśląc że właściwie nikogo nie powinno to obchodzić.
– Obawiam się zatem, że któregoś dnia przyjdzie mi Pana rozczarować.

-Prowadzenie się innych osób, nawet moich towarzyszy, nie będzie nigdy dla mnie powodem rozczarowań, Panno Tamsin. -odparł obojętnie. -Zapewniam Panią, że jeśli chodzi o mnie to może rozporządzać Pani swoim ciałem wedle upodobań. Nie moja to rzecz.

Zdecydowanie nie podobał jej się kierunek, w którym poszła rozmowa. Bardziej jednak niż sam temat, nie podobał jej się jego ton. Gładki, doskonale obojętny. Jakby rozprawiał o rzeczach prędzej niż ludziach. Poruszyła się niespokojnie.
– Zgadzam się, nie wasza to rzecz. Ściślej rzecz biorąc, niczyja. – rzuciła z mocą.

-Dokładnie. I na tym poprzestańmy. -zakończył zakładając oczyszczony but. -Pójdę sprawdzić czy ulewa nieco zelżała. Jeśli będziesz mnie Pani potrzebowała będę nieopodal. -rzucił na odchodne i zamknął za sobą nieszczęsne drzwiczki.

Gdy wyszedł wstała rozejrzeć się po pomieszczeniu. Miała nadzieję, że nikt będzie miał im za złe schronienia się tutaj. Oglądając stare sieci i mnóstwo dziwnego drobiazgu, dla którego nie umiała znaleźć nazw czuła jak mija jej wzburzenie. W rzeczywistości czuła się rozczarowana, raz za razem dotykała ją ta obca, wystudiowana obojętność okazywana przez rycerza.  Z iście kobiecym brakiem logiki nie potrafiła tylko dociec dlaczego właściwie ją to obchodzi. Pocierając zmarznięte ramiona porzuciła oglądanie rybackiego sprzętu na rzecz maszerowania wokół całej wolnej przestrzeni. Niby do czego miałabym potrzebować rycerza z wielkopańskimi manierami  – fuknęła nieopatrznie następując przy tym na zagrzebany w klepisku haczyk od wędziska.  Z gardła wyrwał jej się cichy jęk, ostrożnie klapnęła na ziemię. I tego już było dla poważnej, uprzejmej i prowadzącej się godnie Tamsin za wiele. Przeżyła gromy, topienie, duchy, demona, zarazę i bandytów, ale ten maleńki kawałek metalu w stopie sprawił, że rozpłakała się rzewnie jak dziecko.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s