Dziecko nie chciało iść za opiekunem i okazywało to całym swoim jestestwem. Chłopiec szarpał trzymającą go mocno rękę i zapierało się na chudych nogach obutych w surowe, skórzane ciżmy. Gęsty śnieg osadzał się na jego jasnych włosach i płaszczu z szorstkiej, niebarwionej wełny. Dorosły był jednak nieugięty. Wiódł malca stanowczo, ale z pewną dozą delikatności w stronę ponurego przybytku górującego nad ciasną alejką. Kocie łby były śliskie od topniejącego śniegu toteż szczupły chłopiec raz po raz tracił równowagę i lądował zadkiem na mokrym bruku. Zimowy zmrok nadciągał szybko i cienie rzucane przez wysokie i strome dachy domostw wydłużyły otulając przechodniów ciemnym woalem. Resztki słonecznego blasku niebawem zniknęły i niebo zasnuł atramentowo-czarny kir nocy. Kiedy wreszcie dotarli do celu podróży rozpalano właśnie solidne, żeliwne koksowniki ustawione po obu stronach wiecznie otwartej bramy.
-Jesteśmy na miejscu. – oznajmił dorosły.
-I cóż z tego!? – fuknął malec nieprzyjemnie. Jego głos przypominał zgrzyt zsuwającego się z dachu zmarzniętego śniegu.
-Musisz tam iść. – opiekun nie dał wyprowadzić się z równowagi. –Tak rozkazał twój Pan Ojciec. – lekko popchnął chłopczyka w stronę portalu. Malec zadarł głowę i spojrzał uważnie na przytłaczającą, granitową bryłę budynku. Front gmachu był pozbawiony jakichkolwiek zdobień, o ile nie liczyć rzeźbionych w kształt płonących świec kolumn wspierających surowy portal. Wyryto na nim jakąś maksymę, której chłopiec nie był w stanie odcyfrować. Słudzy krzątali się nieopodal dokładając kolejne bryłki do dymiących się koszy. Dopiero w pulsującym świetle rozpalających się węgielków dzieciak dostrzegł dwie czarne sylwetki posągów stojących po bokach bramy. Wykonano je najprawdopodobniej z obsydianu, gdyż błyszczały w mroku czernią najgłębszej nocy. Kształt jaki im nadano zbliżony był do ludzkich sylwetek odzianych w pełne płyty. Były jednak roślejsze od zwykłego mężczyzny i niezwykle wyniosłe. Ich głowy wieńczyły krucze skrzydła postawione na sztorc. Dorosły niezauważalnie zadrżał, gdy jego spojrzenie omiotło mroczne figury. Zerknął kontem oka na swego podopiecznego i nie dostrzegł na jego bladej twarzy najmniejszej nawet oznaki lęku.
-Idź. – wyszeptał przez zaciśnięte gardło.
Młodzieniec bez słowa uwolnił swoją chudą rękę z jego uścisku i ruszył przed siebie. Nie pożegnał się ani słowem z mężczyzną, który piastował go i chronił przez całe życie. Nie obrócił się nawet i nie wstrzymał kroku. Kiedy mijał czarne posągi do jego uszu dotarł ledwie słyszalny świst oddechu człowieka, którego twarz skryta jest pod stalową przyłbicą. Na obszernym dziedzińcu panował jeszcze bardziej przejmujący mrok niż w ciasnej alejce. Malec zaś szedł raźno przed siebie.
***
-Mors est quies viatoris, finis est omnis laboris. – powtarzało chóralnie kilkanaście cienkich, dziecięcych głosów.
-Jeszcze raz. – głos preceptora był niski i głuchy jak dźwięk zasuwanej płyty nagrobnej.
– Mors est quies viatoris, finis est omnis laboris. – kamienne, łukowe sklepienie wypełniło się po raz kolejny recytowaną regułką.
-I dalej. Biały sam. – niski mężczyzna w czarnym habicie stanął nad ławą z ciemnego drewna i siedzącym za nią tyczkowatym młodzikiem odzianym w podobną do dorosłego szatę.
– Mors malum non est, sola ius aequum generis humani. Mors meta malorum. – głos chłopca wybrzmiał nieprzyjemnie w niskiej sali i poniósł się echem po skrytych w nieprzeniknionych cieniach kątach.
-Teraz Długi. – nauczyciel zwrócił się do kolejnego z uczniów i kontynuował przepytywanie. Oddechy dzieci parowały, a chłopcy ukradkiem przecierali zmarznięte do szpiku kości dłonie. Tylko wysoki, niemal białowłosy chudzielec o chrapliwym głosie trzymał nieruchome ręce na blacie swej ławki. Palce zsiniały z zimna, a dłonie znaczyły jeszcze czerwone blizny po wcześniejszych odmrożeniach. Chłopcy recytowali dalej. Mors vincit omnia.
***
Długi odszedł pod koniec drugiej zimy kiedy to wróciły ostatnie, srogie mrozy. Pochowano go drugiego dnia, tuż po zmroku. Cały obrzęd przebiegał w absolutnej ciszy. Akolita szeptał bezgłośnie modlitwy, a odziani na czarno młodzieńcy złożyli swojego towarzysza w jednej z przeznaczonych dla młodych nowicjuszy krypt. Białemu bardzo podobały się roślinne emblematy wyrzeźbione starannie na okalających sarkofagi płytkach. Wiosenne ogródki, mawiali o tym miejscu starsi. Tutaj miały spoczywać dzieci. Brat Maulus nauczał, że takie pogrzeby to najradośniejsze wydarzenia w całym konwencie i wszyscy powinni się cieszyć, że Morr przyjął wybrane dziatki tak szybko pod swe skrzydła. Oszczędzając im tym samym znoju obmierzłej doczesności. Nowicjusze słuchali i uczyli się. Kiedy uroczystości dobiegły końca i wszyscy opuścili kryptę Biały wśliznął się niepostrzeżenie do pomieszczenia i przypadł do świeżo zapieczętowanego sarkofagu. Przysunął spękane usta do szczeliny i gładząc czule kamienną płytę wyszeptał:
-Zazdroszczę ci Długi. Wiesz o tym?
***
Śnieg ani trochę nie przypominał białego puchu, który wygląda bajecznie zza grubych szyb mieszczańskich wyszynków. Rozdeptany przez dziesiątki stóp i rzucanych gwałtownie o ziemię grzbietów zamienił się w brunatną i lodowatą breję. Jeden z młodzieńców dźwignął się ciężko z kolan i podniósł leżący obok niego kostur. Drewno ociekało zimną wodą i ślizgało się zdradziecko w opuchniętej dłoni. Palce lekko dygotały, a opuchnięte stawy zdradzały wielokrotne złamania i wybicia. Stróżka krwi spływała po mlecznobiałej brwi i zalewała podbite oko. Druga ze źrenic, zdrowa i zimna niczym północne morze, łypała przenikliwie w stronę rosłego mężczyzny stojącego po drugiej stronie dziedzińca.
-Chcesz spróbować jeszcze raz, Biały? – zapytał chłodno odziany na czarno mąż rozmasowując sobie jednocześnie owinięte rzemieniami kłykcie. Wysoki i barczysty młodzian kiwnął tylko głową i otarł wierzchem dłoni krogulczy nos. Na jego policzki sypał się pierwszy zarost, na którym osadziły się gęste płatki śniegu spadające z stalowoszarego nieboskłonu.
-Chodź zatem. – kiwnął zachęcająco dłonią w stronę podrostka.
Walka była krótka. Mężczyzna uchylił się przed pierwszymi ciosami lagi, wywinął się bokiem stając za plecami młokosa i zdzielił go nasadą dłoni w potylicę. Jasnowłosy nowicjusz runął na twarz, ale tuż nad topniejącą breją wyrzucił lewą dłoń przed siebie i przetoczywszy się przez bark wylądował w kucki. Momentalnie wywinął się w zamaszystym półobrocie i uderzył krańcem kostura w kostkę nauczyciela. Zaskoczony instruktor zawinął pod siebie drugą z nóg i zamortyzował upadek przewrotem w tył. W tym samym jednak momencie chłopak doskoczył do niego i zamierzył się trzonkiem kija wprost w twarz o wielokrotnie złamanym nosie. Dorosły wojownik odzyskał jednak równowagę i zbił uderzenie wyrywając jednocześnie broń z rąk napastnika. Odskoczyli od siebie, ale nauczyciel już po chwili wybił się z wykrocznej nogi i potężnym pchnięciem w splot słoneczny obalił ucznia w jedną z głębszych kałuży. Próbującego się podnieść przeciwnika unieruchomił zamaszystym ciosem w skroń. Młodzieniec padł na twarz i przestał się ruszać.
-Porozmawiam z twoim preceptorem… – wydyszał instruktor. –Szkoda cię na tonsury. –uśmiechnął się krzywo i paskudnie. –Pójdziesz w gwardzisty. – ruszył następując nad nieruchomym młodzieńcem i w przelocie wymierzył mu solidnego kopniaka w osłonięty bok. –O ile wstaniesz.
Na dziedzińcu zrobiło się pusto. Śnieg padał coraz gęściej i niebawem przykrył leżącego podrostka cienkim, białym kirem. Szczupłe członki zaczęły niemrawo poruszać się i młodzian przyklęknął opierając się dłońmi o mokry bruk. Zwymiotował poranną owsiankę i targany torsjami zaczął pełznąć w stronę zejścia do podziemi. Palce drgały mu spazmatycznie kiedy raz za razem dźwigał się z lodowatej mazi, która pokrywała resztę placu ćwiczeń. Usta poruszały się bezdźwięcznie kiedy dotarł już do ciężkich, dębowych drzwi prowadzących na schody.
-Chyba jeszcze nie czas, Długi, jak myślisz? – wyrzęził, a na jego zasępioną i opuchniętą twarz wpełzł wąski robak nieprzyjemnego uśmiechu.
***
Krętymi i wąskimi uliczkami Remer szedł z pompą orszak margrabiego Cranacha. Efekt psuła nieco późnojesienna ulewa i mgłą ciągnąca od Posępnych Wrzosowisk, ale sam Pan Oswald prezentował się jak zwykle okazale. Potężny niczym kislevski tur, w białym płaszczu, z pawim czubem na głowie dosiadł potężnego fryza o brunatno-krwistym umaszczeniu. Gęstą, jasną brodą co i rusz wstrząsał tubalny śmiech, ale szare oczy pozostawały zimne i czujne. Taksowały tłum walczący o rozrzucane przez margrabiowską świtę szylingi. Zatrzymały się chwilę dłużej na posępnym obliczu młodzieńca stojącego w podcieniach jednego ze sklepów na rogu. Źrenice o barwie zimnej stali spotkały się ze sobą i pociągła twarz giermka skurczała się w nieprzyjemnym grymasie. Młodzian jednak skłonił sztywno głowę na znak szacunku, a spojrzenie pana Remer powędrowało dalej.
-A więc tak on wygląda. – głos młodzieńca stwardniał i zmężniał ostatnimi czasy, ale wciąż przywodził na myśl zgrzyt kruczych pazurów obrabiających z resztek mięsa ludzki czerep.
-Ano. – odpowiedział mu odziany na czarno rycerz opierający się o ścianę. –Napatrzyłeś się? – w jego głosie dało się słyszeć twardy, kislevski akcent. –Jeśli tak to ruszamy. – nie czekając na odpowiedź ruszył w stronę zaułka gdzie zostawili konie.
-Ano. – powtórzył za nim młodzieniec wpatrując się wciąż w szerokie plecy ojca znikającego wraz ze swym orszakiem w strugach deszczu.
***
Czarnobrody rycerz umierał. Nie było co do tego żadnych wątpliwości. Przeszyty niezliczonymi strzałami i skłuty bełtami opierał się półleżąc o pień brzozy. Oddychał z trudem, a w kącikach ust pękały mu krwiste bańki.
-Uciekli. – zarzęził. –Możesz… możesz wstać. – nawet teraz młodzieniec nie mógł powstrzymać się od myślenia o jego obcym akcencie. Czarno odziany giermek uniósł się zza końskiego truchła i chwiejnym krokiem przypadł do rannego towarzysza.
-Kurwie syny musiały… musiały wiedzieć… skąd? – urwał i zakrztusił się krwią czarnobrody.
-Ivanie… – kredowo-biała twarz młodzieńca pobladła jeszcze bardziej, a wąskie usta zadrgały. –O czym ty mówisz?
-O zamachowcach… a o kim niby? – zakaszlał i sycząc z bólu podparł się na łokciu.
-A czemuż ktoś miałby chcieć cię zabić? Sylvania daleko.
-Mnie? Myślałem, że więcej cię nauczyli w nowicjacie. – przez usta Ivana przeszedł cień uśmiechu. –Jak byłeś głupi… khe khe… takeś głupi, ot durak. – chciał zapewne popukać się w czoło, jak zazwyczaj kiedy wytykał swemu protegowanemu jakiś błąd, ale teraz tylko jęknął z bólu. –To na ciebie dybali Biały, na nikogo innego.
-Na mnie? – giermek klęczał przy coraz płycej oddychającym rycerzu i starał się zrozumieć całą sytuację.
-Na ciebie, margrabiowskiego bękarta. Wszak zeszłej wiosny… khe… zeszłej wiosny staremu Oswaldowi obumarł pierworodny.
-A cóż ja mam… – zamilkł, a jego twarz skurczyła się w strasznym grymasie zgrozy i zrozumienia.
-Ano masz… – syknął z bólu brodaty rycerz. – Słuchaj mnie teraz, słuchaj uważnie. Weź Agata i pędź do Bechafen.
-Ale… przecież…
-Weź Agata, powiedziałem, daruje ci go. Naści na pożegnanie czy jak tam chcesz. Khe khe… Jest twój. – mężczyzna przymknął oczy i zamilkł, aby po chwili potrząsnąć głową jakby wybudzając się z głębokiego snu. –Jedź do naszej komandorii i zdaj im sprawę. Powiedz, powiedz co zaszło. Powiedz im wszystko. A na koniec przekaż im, żem uznał cię godnym pasowania. – rycerz uśmiechnął się słabo. –Jedź już. Jedź Biały.
Giermek ani drgnął, patrzył z niedowierzaniem na umierającego mistrza i opiekuna próbując poskładać wszystko do kupy. Ze stuporu wyrwał go cichnący głos Ivana.
-Bądź im solą w oku mój synu. Solą rozumiesz? Niech cię nie widzą, ale niech czują ból. Przypominaj im o tym jak drogo płaci się za takie rzeczy. Zrób to dla mnie, dobrze? – głowa rycerza opadła na pierś, którą targnął ostatni, płytki oddech. Mężczyzna trafił właśnie w objęcia Morra. Młodzieniec chciał wstać, ale zorientował się, że wypowiadając ostatnie słowa, Ivan ścisnął jego rękę. Próbował się wyswobodzić, ale nawet po śmierci rycerz miał niedźwiedzi uścisk. Rigor mortis, pomyślał giermek.
***
-Wstań Hermanie von Salza! – powiedział głośno mężczyzna w czarnej zbroi.
-Wstań! – powtórzył za nim chór ponurych i surowych głosów.
-Wstań rycerzu z białym krukiem w herbie!
-Wstań! – zawtórował chór.
Odziany w czarną niczym obsydian zbroję mężczyzna powstał z klęczek. Potoczył po sali spojrzeniem zimnych oczu błyszczących groźnym blaskiem zza wizury drapieżnego hełmu. Twarze przyjmujących jego pasowanie rycerzy ginęły w półmroku podziemnej kaplicy. Chybotliwe światło rzucane przez nieliczne świece sprawiało wrażenie jakby kruk wieńczący hełm von Salzy wzbijał się do lotu. Jakby zaczynał polowanie.
***
Jeden z oberwańców wykręcił dziewczynie ręce do tyłu i uwięził w żelaznym uścisku sękatych ramion. Jego towarzysz oblizał spierzchnięte wargi i lubieżnie łypnął na rozerwaną w trakcie szarpaniny koszulę niewiasty.
-Przestań się wiercić suko! – wrzasnął trzymający i zdzielił ją kułakiem w głowę. Kobieta wierzgnęła jednak mocno i uderzyła go potylicą w nos. Krew pociekła po jej kręconych włosach i gęstej szczecinie napastnika.
-Ty kurwo! – syknął jego kamrat i dobył zza paska paskudnie wyglądające ostrze. Dziewczyna wrzeszczała i wiła się w słabnącym uścisku rzezimieszka. Uzbrojony grasant niewiele myśląc pchnął ją w brzuch. Raz, drugi, trzeci. Dźgał dopóki nie przestała się ruszać i bezwładnie nie osunęła się na śnieg zalegający za drewutnią wiejskiej karczmy.
-Karl, coś ty zrobił… – zakrwawiona twarz jednego z napastników wykrzywiła się w grymasie przerażenia i niedowierzania.
-O chuj ci chodzi. – obruszył się Karl. –Bierz ją póki ciepła.
-Nie radzę… – głos który rozdarł ciszę był zimny jak grobowy marmur i ostateczny jak wyroki Czarnego Pana. Zgrzytnęło żelazo i zza węgła wyszła odziana w czarną niby noc zbroję postać.
-Upiór! – wrzasnął towarzysz Karla i rzucił się do bezładnej, panicznej ucieczki.
-Na twoje i moje nieszczęście wciąż jestem żywy. – wycharczał czarny rycerz zza przyłbicy i w ułamku sekundy puścił świszczący bełt tropem oprycha. Odziany w baranicę drab jęknął tylko kiedy czarna brzechwa utknęła nad jego lewą łopatką. Padł w zaspę całym ciężarem swojego cielska i biały całun śniegu zamknął się nad nim niby wieko trumny.
-Czarny Pan nie lubi kiedy ktoś bezcześci jego zdobycz. – metaliczny głos ranił uszy i struchlałe serce Karla. Czarny rycerz opuścił kuszę na pasku i dobył straszliwej broni osadzonej na żelaznym trzonku. Szpikulec wyglądał niczym dziób drapieżnego ptaka. Nie chcę! Zdążył pomyśleć nożownik zanim ostrze nadziaka przekuło jego czaszkę. Zwieracze nie wytrzymały i w ostatnim geście agonii Karl zwany przez miejscowych Majchrem zapaskudził biały śnieg przy którym stał nieruchomo czarny rycerz.
-Przez całe życie trzeba się uczyć umierać, przyjacielu. – rzucił oschle i podniósł bezwładne ciało dziewczyny. –Choć dziecko, zaprowadzę cię do domu Pana mego. – ścięty mrozem śnieg zaskrzypiał pod ciężkimi krokami Hermana von Salzy. Urękawiczoną dłonią odgarnął kosmyk z mokrego policzka dziewczyny i szepnął, dźwięcznie i ciepło:
– Nemo ante mortem beatus.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s