Za życia mieszkający w Iskrze chłopi zajmowali się obróbką drewna ścinanego w okolicy w dużej ilości i spławianiem drogą wodną sążnych, drewnianych bali. Tartak, niezbędny w takim wypadku usytuowany był zatem nad rzeką, w niewielkiej odległości od większości domostw i głównego placu, który stał się później ponurym świadectwem grozy, jaka się wokół rozpleniła. Główny jego budynek stał na tyle blisko, by po odprawieniu modlitw i rytuału odpędzenia duchów przeklętego talizmanu trójka znękanych ludzi mogła znaleźć w nim schronienie i jednocześnie na tyle daleko, by widok studni i ciał nie zakłócał im odpoczynku. Zaszyli się więc umęczeni wśród zalegających na podłodze trocin, moszcząc się w ciszy i ciemnościach rozpraszanych jedynie cienkim blaskiem pojedynczej świecy, wyciągniętej z podróżnego worka. Zielarką, podobnie jak Czarnym Rycerzem wstrząsały dreszcze, pot skraplał im się na czołach, a twarze, szyje i ręce pokryte mieli okropnymi, szarymi wrzodami wypełnionymi śmierdzącą, zieloną ropą. Einhard, szczęśliwiec cudem jakimś wywinąwszy się spod ciężkiej ręki choroby, która w ciągu zaledwie kilku strasznych chwil objęła w posiadanie ciała pozostałej dwójki, zatroszczył się jeszcze o podanie im medykamentów, a przekonawszy się, że zapadli w sen, oddalił się za owo niebywałe szczęście podziękować.
Rankiem zastali go w podejrzanie dobrym humorze. Lewą dłoń omotaną miał opatrunkiem, przez który prześwitywały ślady krwi, a samo płótno układało się w kształt znamionujący brak wskazującego palca. Młodzieniec jednak obnosił uśmiech na twarzy i jedynie momentami uważne oko mogło wypatrzeć maskowane tym grymasy bólu. Na delikatne pytanie Tamsin odpowiedział wymijająco coś o ofierze dla Ranalda i dziewczyna nie drążyła więcej tematu. Raz, że brakowało jej sił, była osłabiona utratą znacznej ilości krwi i zmaganiem się z drugim już w jej wypadku nawrotem zielonej ospy, przy tym ostrzejszym znacznie i złośliwszym niż wcześniej. Dwa, że więź jaka się między nimi zrodziła w skutek ostatnich wydarzeń objawiała się między innymi wzajemnym poszanowaniem osobistych tajemnic i nie chciała jej wcale naruszać wypytując o rzeczy, z których nie chciał się zwierzać.

Poświęcili jeden dzień na odpoczynek i odzyskanie choć części sił niezbędnych do drogi powrotnej. Jasne, słoneczne światło przepędzało z ich serc wszelkie troski, a kiedy na pobliskich gałęziach zaćwierkało ptactwo, dźwięk nieobecny tu od ponad miesiąca, na ich zmęczonych twarzach pojawiły się prawdziwe uśmiechy. Może za wyjątkiem Czarnego Rycerza, jego oblicze bowiem dokładnie jak zawsze odciśnięte miało wyraz surowości i powagi. O tym, że i on rozluźnił się choć odrobinę mógł świadczyć jedynie fakt, że siedział – w swoim mniemaniu swobodnie – na brzegu rzeki z kijem wędki w zaciśniętej mocno garści. Towarzyszył mu Einhard, ze znacznie większym zapałem wypatrujący najmniejszych poruszeń drgającego końca żyłki, Tamsin zaś drzemała oddalona o kilka zaledwie kroków, oparta o stertę chropowatych bali piętrzących się wysoko i czekających na spław, który miał już nie nadejść. Ten jeden, ciepły dzień spędzili w dziwnym zawieszeniu, przypominającym rozleniwienie, jakie ogarnąć może człowieka po ciężkich godzinach pracy zakończonych sutym posiłkiem i odpoczynkiem pod ciepłym blaskiem zachodzącego słońca. Przez krótki moment wolni od zmartwień i wyrzutów, jakby byli trójką przyjaciół rozsiadłych swobodnie nad chłodną wodą, a nie ludźmi złączonymi przypadkiem przez niespokojny los.

Droga wzdłuż brzegu rzeki była Tamsin i Einhardowi na tyle znana, że nawet nie posiadając sztuki tropienia potrafili rozpoznać wydeptane przez siebie ścieżki wśród wysokich traw, piaszczystych odcinków nadrzecznej gleby i wreszcie rzadko rozmieszczonych drzew, gdy bardziej muliste podłoże i ostre trzciny rosnące jedna przy drugiej spychały ich głębiej ku leśnemu poszyciu. Mimo tego podróż mijała im w nieprzyjemnym milczeniu, posuwali się naprzód wolno, jak skazańcy, których na końcu przeprawy nie może czekać nic dobrego. Kilka spędzonych w beztrosce godzin minęło bezpowrotnie i szli zatopieni w posępnych rozmyślaniach, choć żadne nie dzieliło się nimi z towarzyszami. Jedynym pocieszeniem był fakt, że nawet podczas powolnej podróży nabierali sił, a objawy zielonej ospy u Tamsin i Hermana ustępowały pod przyjmowanymi codziennie lekami. Zdrowieli, ale wyglądało na to, że część śladów miała im pozostać. U Hermana prawą rękę od nasady ramienia, aż po wierzch dłoni znaczyły szarozielone wklęsłe nieco zbliznowacenia, dziewczyna zaś posiadała niemal bliźniacze, jak w lustrzanym odbiciu na lewej ręce. Nie na tym jednak skupiały się ich myśli. Im bliżej znajdowali się Aver, tym bardziej widoczne były ciemne kłęby rozciągnięte niczym burzowe chmury ponad koronami drzew i tym mocniejszy zapach do nich docierał. Pierwszy wyczuł go Von Salze, rankiem ostatniego dnia podróży, przywiany odległym wiatrem i nie dający się pomylić z niczym zapach dymu z całopalnych stosów. Nie zdradził się jednak z niczym, wiedząc że bardziej to tylko pognębi towarzyszy i pozwolił im kilka godzin później odkryć, co sam już wiedział.

Spodziewali się tego. Inna jednak rzecz mieć odległe pojęcie, a inna jeszcze na własne, strwożone oczy oglądać konsekwencje działań, nawet jeśli czynionych w dobrej wierze. Równe stosy drewna przygotowane wokół miasteczka na pierwsze wieści o zarazie, nie użyte wcześniej ni razu, teraz płonęły unosząc wysoko w górę kłęby czarnego, oleistego dymu. Brama Aver stała otworem, a drogą przez pole, pobrużdżoną coraz głębszymi koleinami kilku mężczyzn w posępnym milczeniu pchało okryte ciemnym płótnem taczki. Na widok wędrowców nie podnieśli głów, przygnieceni nie tyle swoim ładunkiem, co rozpaczą. Jej gorzki smak osiadał na języku przybyszów, siłą wdzierał się do odwracanych od wszechobecnego nieszczęścia oczu, wgryzał się w przysłonięte chustami nozdrza. Minąwszy palisadę i posuwając się powoli w stronę gospody pomiędzy zamkniętymi głucho domostwami Tamsin czuła jakby każdy z kroków dokładał jej lat pełnych smutku, każde zawieszone na rzadkich mieszkańcach spojrzenie przyprawiało ją o ciężar dociskający jej bezsilną postać do chorej ziemi. Nikt ich nie zaczepił. Nikt nie stanął im na drodze. Nie było komu wyjaśniać, że z trudem, stawiając na szali własne żywota zniszczyli siedlisko zarazy i choroba, gdy raz minie, nie będzie już więcej nawracać. Aver tonęło od grozy pierwszego zderzenia ze straszliwym żniwem zielonej ospy i rozumiała, że dla tych ludzi nie istniały jeszcze słowa pocieszenia. Podobnie jak nie było ich dla niej. Cichy szelest płaczu dobiegający gdzieniegdzie zza oznaczonych białymi znakami drzwi sprawiał jej niemal fizyczny ból. W duszy słyszała echo tej jękliwej melodii, zawodzących udręką nut, dźwięczących coraz szybciej i głośniej w miarę pokonywanej przez nią ścieżki, a potem schodów wewnątrz karczmy, a mających swój finał w ogłuszającej ciszy nagle urwanych tonów zamarłego serca, gdy szaroniebieskie oczy ogarniały wzrokiem cuchnący chorobą pokój, drewniany stolik z błękitną misą, dzbanem wody i czystymi szarpiami i wreszcie leżącą na łóżku postać jasnowłosej dziewczynki. Pogrążoną w bolesnej maglinie, wychudłą, ze śliczną, delikatną buzią poznaczoną wielkimi, napuchłymi ropniami, rozpanoszonymi zresztą na całą resztę ciała i wreszcie z drobnymi piąstkami zaciśniętych lekko, poczerniałych i gnijących już palców. Tamsin zadrżała się na ten widok, zachwiała się biorąc framugę drzwi za oparcie, ale postąpiła do przodu robiąc miejsce dla spieszącego za nią Einharda. Stali tak obydwoje, nie wymawiając słowa. Oceniając stan podopiecznej i postęp choroby ważyli każdy jeden szczegół, każdy symptom jaki dostrzec mogło ich medyczne wyszkolenie, jednocześnie zaś odrzucając, odpychając od siebie ze wszystkich sił wnioski, jakie musiało im podpowiedzieć. Szukali nadziei, ale ta ukryta była głęboko nie w zielarskim tobołku, ani w maleńkiej już paczuszce medykamentów, jaka im się ostała, ale za zasłoną duchów, którą tylko wiedźmie oczy mogły dojrzeć. Dlatego to w końcu Tamsin się odezwała.
Jeśli podamy jej lekarstwa może przeżyje, ale na pewno straci dłoń, albo nawet obie. Zostaną ślady…Ona tego nie zniesie, jest przecież taka młodziutka i tyle złego już przeszła…
Mogę spróbować odegnać ducha, który ją dręczy, ale tutaj też są dwie drogi i ciężko będzie wybrać właściwą. Duch jest silny, złośliwy. Jeśli przeprowadzę rytuał dzisiaj, ale mi się nie powiedzie, leki już nie pomogą i Aime umrze. Jeśli podamy leki, by go osłabić i zaczekamy z tym do jutra, będzie mi łatwiej, ale Aime i tak straci rękę. Pojutrze straci obie.
Einhard namyślał się chwilę, rzutki umysł ważył słowa zielarki.
Mówiłaś wcześniej, że wieża broniła dostępu wszelkim złym siłom. Chodźmy zatem sprawdzić czy wciąż znajduje się tam coś, co by ci pomogło. Stary Quintus mógł być magiem. Przenieślibyśmy ją tam, gdyby było ci łatwiej niż tu odprawić ten rytuał.

W starej, teraz jakby bardziej nawet chylącej się ku upadkowi wieży nie znaleźli odpowiedzi na dręczące ich rozterki. Pośród kamiennych ścian dolnych pięter nie było niczego, co mogłoby rzeczywiście pomóc wiedźmie w odpędzaniu złośliwych duchów. Nie wyczuwała już żadnej siły chroniącej przed złą wolą, ani żadnych zawirowań mocy. Zrezygnowana raz po raz zadawała Einhardowi pytanie co robić, głośno rozważając wszelkie za i przeciw, aż wreszcie młodzieniec wyciągnął z kieszeni monetę.
W jeden tylko sposób mogę ci pomóc wybrać. – powiedział poważnie, a dziewczyna skinęła głową. – Orzeł znaczy przeprowadzisz rytuał dzisiaj, reszka damy małej leki i zaczekamy do jutra.
Rzucił wysoko, a moneta długo błyskała złotem obracając się w powietrzu, ale kiedy spadła nie poznali żadnej odpowiedzi. Stanęła równo na cienkiej krawędzi, dokładnie pośrodku i ani myślała przechylić się na którąkolwiek ze stron. Einhardowi zrzedła mina, odczytywał w tym znak, że wcale nie powinni się mieszać. Tamsin zaklęła w myślach obsobaczając wszystkich bogów. Niepotrzebne jej było takie ostrzeżenie, skoro przemożna, płynąca z serca potrzeba sprawiała, że coś uczynić musiała.
Zagrali raz jeszcze, tym razem dziewczyna kryła za plecami zaciśnięte pięści, z których jedna dzierżyła maleńką kość. Einhard wybierał. Może i głupie to było, żaden znak bowiem dwa razy się nie powtarza, ale zrozpaczona zielarka zwyczajnie nie potrafiła podjąć samodzielnej decyzji. Nie tym razem, gdy na szali leżało i życie i przyszłe szczęście dziecka.
Będzie lepiej, jeśli zrobię to sama. Ty trzymaj się z daleka. Widzę jak oczy biegają ci tutaj po wszystkich zakamarkach, możesz więc do woli buszować. Bylebyś tylko trzymał się daleko od pokoju w gospodzie. Nie spiesz się, proszę. – mówiła rozprostowując palce, na których leżała ptasia kostka. Padło na przeprowadzany czym prędzej rytuał.

Czarnego rycerza nie było nigdzie widać, gdy wracała pospiesznie do karczmy. Obijała się w jej umyśle nikła świadomość, że zaniepokojony udał się na poszukiwania własnego rumaka. Przy pierwszym bowiem uderzeniu zarazy część ogarniętych paniką mieszkańców uciekła unosząc nie tylko własny dobytek, a zostawiony w należącej do karczmy stajni Agat padł ofiarą prób kradzieży. W innej sytuacji może i ją zmartwiłaby podobna wiadomość, szczególnie że już wcześniej przywiązanie jakim darzył ten sztywny człowiek swojego wierzchowca było jasno zauważalne, teraz jednak nie mogłoby jej to mniej obchodzić. Cieszyła się wręcz, że jego budząca grozę sylwetka nie będzie jej przeszkadzała. Spodziewała się, że zamiast wspomóc ją w walce o życie chorej Aime, rzuciłby tylko, że spotyka ją ogromna łaska i Morr przyjmie jej znękane ciało. Podobne zapewnienia mogłyby wytrącić zielarkę z i tak już nadwyrężonej równowagi. Gdyby nie konieczność poprawienia stanu Aime, sama chętnie zaszyłaby się w głuchym lesie na długie dni, a najlepiej miesiące. Zatkałaby oczy, uszy i wychyliła się dopiero, gdy ucichłby niesiony echem lament tysięcy dręczonych zarazą gardeł. W tych krótkich tchnieniach chwil, kiedy litowała się też nad sobą żałowała, że nie potrafi tak postapić.

Dokładnie zamknęła za sobą drzwi upewniając się, że nikt nie przeszkodzi jej podczas odprawiania czarów. Opróżniła sakiewki u pasa, wytrzepując z nich wonne zioła, w pierwszej chwili chciała z nich usypać okrąg, z cieniem żalu pomyślała przy tym, że nie potrafi powtórzyć skomplikowanych znaków, które Ernko przygotował niegdyś na polanie w bretońskim lesie. Odgadywała wtedy ich sens, ale nie potrafiła ich skopiować. Czuła zresztą, że nie jest to droga dla niej. Ernko był magiem, choć po cichu to jednak szkolonym według kolegialnych prawideł. Jej obcowanie z Wiatrami Magii opierało się natomiast na przeczuciach i cichych podszeptach, wrażeniach ulotnych jak siwy dym kadzidła. Odsłoniła ciało nieprzytomnej Aime i odstąpiła kilka kroków do tyłu przymykając powieki. Powoli, z początku niemal niezauważalnie wprawiła ciało w lekkie kołysanie. Cisza zakłócana chrapliwym oddechem chorej stopniowo przeradzała się w słyszaną tylko dla wiedźmy melodię. Lekkie stąpnięcia, nadgarstek wstrząsający nanizanymi na sznurek paciorkami kościanej bransoletki, wygięta do tyłu szyja, wzburzone tańcem ciemne włosy. Coraz szybsze ruchy pogrążonej w transie dziewczyny skupiały nie tylko jej wolę. W powietrzu wokół niej zawirowały drobinki kurzu formując się w cieniste, rozmyte sylwetki. Czas rozpłynął się w niebyt, zatrzaskując ją w przedłużających się ponad miarę chwilach. Tańczyła ledwie zdając sobie sprawę z obecności otaczających ją zjaw, z wolna zapominając o umierającej, jasnowłosej dziewczynce i słowach mocy, które uciekały z jej nieposłusznego języka i pląsającego coraz swobodniej umysłu. Cienie mamiły, ich lekkie muśnięcia sprawiały wiedźmie przyjemność, pozwalały zanurzyć się w błogim zapomnieniu i tylko nikła część jej istoty czuła, że dzieje się coś niepokojącego. Ten lęk zakłócił płynne ruchy, szarpnęła się kilkukrotnie tracąc rytm. Syknęła ze złości, odstręczająco, ale towarzyszące jej duchy nie dały za wygraną. Z przerażeniem uświadomiła sobie, że powstrzymują ją przed rozpoczęciem rytuału. Ich obecność i zbiorowa wola nie pozwalały jej uchwycić i zgromadzić nici odpowiedniego wiatru. Zatrzęsła się kończąc taniec i zwieszając głowę, ale szeroko rozszerzone tęczówki widziały cztery drgające sylwetki nawet gdy próbowała odwrócić wzrok. Poczuła strach i niepewność rozwiała resztki nieuformowanego zaklęcia. Minęła minuta, może więcej. Niemal słyszała jak duch zarazy tkwiący w dziewczynce urąga jej złośliwie, trwając w zmowie z pozostałymi. Wystarczył jednak rzut oka na poczerniałe palce małej, jeden jeszcze wdech mdląco-słodkiej woni rozkładu, by zielarka przestała się wahać. Po raz kolejny ciszę zamkniętego pokoju rozproszyły wypowiadane naprędce słowa. Tamsin była jednak sama przeciwko gromadzie istot, boleśnie świadoma nierównych sił i pustka, która ją otaczała odcisnęła już w niej swoje piętno. Nie potrafiła przełożyć jasnego żądania ponad opór tamtych i zaklęcie nie odniosło skutku. Sytuacja ze złej stała się jeszcze gorsza. Zjawy zawyły z radości, jakby swoją porażką dała im więcej niż jedną szansę na rozsiewanie chorób i jeden z duchów skoczył ku dziewczynce. Musnął dłoń leżącej, a ta ściemniała momentalnie, gdy zaczął wnikać przez lekko rozchylone usta. Wiedźma zareagowała odruchowo. Jej dłoń zacisnęła się na niematerialnym ciele i szarpnęła ku piersi zapraszając. Zjawie było wszystko jedno, kto stanie się celem ataku. Żółć podeszła dziewczynie do gardła, kolana stuknęły o podłogę. Na moment oparła głowę o brzeg posłania, czując jak cierpną jej koniuszki palców w prawej ręce. Spróbowała sięgnąć po kij, spowity odpowiednim zaklęciem drewniany kostur mógł stanowić zagrożenie nawet dla cienistych sylwetek, ale nie potrafiła chwycić go odmawiającą współpracy ręką. Szybko ogarniała ją słabość, tkwiący w niej duch choroby jak niestrudzony robak drążył jej żyły w górę i w górę. Myśli mieszały się jak szalone, decyzje wymykały się niepodjęte. Nie potrafiła się skupić, wstać, uczynić choćby jednego ruchu czy wypowiedzieć najprostszego zdania. Trwoga zawładnęła nią i przez kilka długich uderzeń serca jedyne czego pragnęła, to skulić się na podłodze i łkać choćby i parę ostatnich chwil przed śmiercią.
Idź sobie – zajęczała żałośnie piszcząc cichuteńko. Daleko było tym słowom do potężnego rozkazu i zjawy zatańczyły wokół ze złośliwej radości. Sapnęła patrząc na własne martwiejące palce i godząc się, że jakkolwiek poza śmiercią może się ten dzień skończyć, z pewnością straci rękę. Raz jeszcze spróbowała przywołać potrzebną jej do zaklęcia moc, ale wciąż czuła jak duchy przeszkadzają jej, gdy tylko zaczyna. Doskakiwały do niej szturchając i dokuczając. Zawrzała w niej złość. Nareszcie. W jednej sekundzie opadła z niej tkliwa, bezsilna litość, jakby zasłona miłosierdzia powstrzymywała inne, mocno tłumione instynkty. Wiedźma nie powinna bać się duchów i zjaw, obiło się gdzieś z tyłu jej głowy. Uniosła podbródek odsłaniając gorejące zielonym ogniem oczy i wstając. Buchnął płomień rozwiewając w nicość najpierw jeden z otaczających ją kształtów, a chwilę później kolejne zaklęcie usunęło drugi. Dziewczyna złapała się za łokieć, cały już czarny i martwy ignorując szarpiący rękę ból. Zamrugała odpędzając mroczki spod powiek i sięgnęła ku spływającej mocy szarpiąc gwałtownie i mocno. Oczy rozświetliły się raz jeszcze oszalałą zielenią, ale tym razem zanim zniknął ostatni z przeszkadzających jej duchów pokój rozjarzył się nagłym, pulsującym oślepiającą bielą blaskiem. Ledwie zdała sobie sprawę, że blask ten pochodził od niej samej. Wiązki mocy stłoczone brutalnie wiedźmim gniewem rozpleniły się w jej ciele, jakby poza jej wolą, tworząc z niej łakomy kąsek dla wygłodniałych istot. Nie widziała, na szczęście jak powoli, ze wszystkim kątów karczmy ciągną ku niej niewidzialne dla innych zjawy. Obróciła się wreszcie ku Aime skupiając się na tkwiących w jej drobnym ciele mackach choroby. Sprawca nieszczęścia siedział tam mocno zagnieżdżony. Czysty, wiedźmi głos wdarł się pomiędzy wrzody, cuchnącą ropę i gnijące tkanki, sięgnął przez poznaczoną bruzdami skórę, wniknął w młode żyły szukając i rozkazując. Jasne, dźwięczne tony niosły potrzebę silniejszą niż chęć przeżycia. Gniew wcześniej rozdmuchany pragnieniem niszczenia teraz niósł ze sobą prośbę, bo Tamsin gotowa była nawet błagać. Gdyby tylko istniały siły, do których mogłaby się zwrócić, gdyby bogowie patrzyli łaskawymi oczami. Sama jedna wśród gęstego morowego powietrza, postawiła prawdziwe pragnienia duszy naprzeciw paskudnym, rozjątrzonym knowaniom i wygrała. Pozostawiający w spokoju dziewczynkę duch obdarzył ją ostatnim złośliwym wejrzeniem i rozpłynął się pośród ścian.
Precz! – szepnęła twardo do ślizgającej się już wzdłuż własnego obumarłego ramienia choroby. Nogi zachwiały się pod nią, miękkie kolana z każdą sekundą słabły coraz bardziej. Nie próbowała krzyczeć, zawiłe słowa tajemnego języka zbyt ciężko szło jej nawet szeptać. Głos łamał się, gdy zimno obejmowało drętwiejące gardło, szyję, pierś i wreszcie serce. Lodowate obejmy zwalniały jego rytm, aż biło słabo, wolno jak wyrywane ostatkiem sił głoski. Powieki zamykały się już ciężko, jak kamienne wrota grobowca. Jednak wola wiedźmy to coś więcej niż kruche, ludzkie ciało i dziewczyna wbrew zakusom niszczącej ją zjawy ostatnim niemal tchnieniem dokończyła zaklęcie.
Ostatnim co zapamiętała osuwając się bezwładnie na podłogę, był widok unoszącej się na łokciach dziewczynki i wpatrzonych w nią błękitnych oczu wolnych od wszelkiej gorączki.

***
Taki widok zastał Einhard, gdy zaniepokojony upływem czasu wszedł do pokoju. Na łóżku ułożona na boku spała Adelinde, jej ręka zwisała swobodnie ledwie kilka centymetrów nad rozciągniętą na deskach podłogi nieprzytomną wiedźmą. Młodzieniec upewniwszy się, że jej sen jest widocznym wynikiem wyczerpania, przeniósł ją ostrożnie na drugie posłanie i cicho zamykając za sobą drzwi, zostawił. Tamsin nie poczuła tego. Pośród sennych majaków odnotowała tylko, kiedy przebudzona dziewczynka wślizgnęła się obok niej pod kołdrę. Wtulone w siebie, obie spragnione pocieszenia i ciepła, zasnęły już o wiele spokojniej.

***
W czasie, gdy Tamsin regenerowała siły po zmaganiach z eterycznymi istotami, Einhard poczynił kilka bardzo niepokojących odkryć. Buszując po opuszczonej wieży Quintusa Sędziwego odkrył w pomieszczeniu na jej piętrze ciało młodego ucznia. Chłopiec imieniem Sekstus, którego zresztą mieli okazję już poznać, parokrotnie bowiem prowadził ich do swojego mistrza, leżał na podłodze wznosząc puste, czarne jakby wypalone czymś uciekającym ze środka oczodoły i równie czarne usta. Jakby tego było mało podłoga na najwyższym piętrze pokryta była obcą, smoliście czarną mazią i Einhard przypomniawszy sobie, że trafiony ostrzem demon, z jakim zmagali się pod bramami miasteczka zniknął na mgnienie oka pozostawiając po sobie podobne ślady, gwałtownie stracił ochotę do dalszych eksploracji. Zarejestrował jeszcze brak ksiąg, które stertami zalegały wcześniej na każdym wolnym skrawku siedziby starca i najbardziej oczywistą nieobecność najstarszego z uczniów.

Za namową Czarnego Rycerza zabrali z wieży ciało Sekstusa, ulokowali się z nim w jednym z porzuconych domów, a następnie niczym magistrowie nulnijskich szkół rozcięli je przeprowadzając sekcję, w próbie zrozumienia, co właściwie przydarzyło się temu chłopcu. Stanu zrozumienia nie osiągnęli. Za to przyczyna zgonu stała się jeszcze bardziej zagadkowa i nieoczywista, bowiem w miejscu gdzie powinno się u dziecka znajdować serce odkryli skulone, martwe ciało kruka. Jakby jedna zagadka tworzyła następną, a oni tkwili zagłębieni po uszy w matni, z której nie sposób było znaleźć właściwe wyjście. Coś, co szturchnęli ledwie końcem kija, zaczynało odsłaniać zdecydowanie więcej niż by pragnęli zgłębiać. Von Salza natknął się wcześniej na oddech demonicznej aury otaczający zmarłą od zarazy małą dziewczynkę i wywiedzieli się teraz, że była ona częstą towarzyszką zabaw nieszczęsnego Sekstusa. Żadnych więcej tropów nie mieli. Nie znaleźli ksiąg skradzionych z wieży, a próba sprawdzenia czy nie zostały czasem ukryte pośród zbiorów miejskiego archiwum w siedzibie strażników miejskich doprowadziła jedynie do odkrycia zmarłego z zaczadzenia kapitana straży i doszczętnie spalony pokój, w którym znajdowały się archiwa. Nie ostało się nic.
W obliczu tych trudności, pośród niknących śladów, panoszącej się zarazy, ludzkiej rozpaczy, a w niektórych przypadkach nawet utraty zmysłów postanowili zrobić jedyną rzecz, która leżała w sferze ich marzeń od dłuższego czasu.
Nie oglądając się za siebie w pośpiechu opuścili miasteczko.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s