Noc w Mrocznej Puszczy nadchodzi prędko i niespodziewanie. Gęste sklepienie z liści i gałęzi nie pozwala śledzić życiodajnego słońca, które i tak z trudem przebija się przez grubą warstwę zieleni pogrążając las w nieprzerwanym półmroku. Tylko wsłuchując się w ptasie trele można usłyszeć jak ich pieśń życia gładko przechodzi w pożegnanie. Wszelkie światło znika w oka mgnieniu, gęsta mgła podnosi się znad ciemnych wód Rzeki Zmroku, a na żer wychodzą koszmary dybiące na tych, którzy w czas nie znaleźli bezpiecznej przystani. To kraina, w której nikt nie jest mile widziany. Mimo tego garstka nieugiętych ludzi znalazła schronienie w tym nieprzyjaznym zakątku Śródziemia.

***

Chata została wtulona w gęsto rosnące jodły o gładkich, szarych pniach i ciemnych igłach. Daleko od bezpiecznego schronienia jakim jest Leśne Miasto życie w ukryciu pozostało najlepszym rozwiązaniem. Kiedy słońce zaszło, czarne lustro spokojnej rzeki zniknęło w podnoszącej się powoli mgle, która torowała sobie drogę do obejścia meandrując między pniami wiekowych drzew. Kolejno mijała gęste krzewy o ciernistych gałęziach, które broniły dostępu do ludzkiej siedziby, poskręcaną, pół dziką śliwę i w końcu zagrody okalające domostwo. W oknach i wejściu do sieni tliły się pęczki leśnych ziół niosąc wonny dym i broniąc złemu wstępu za próg domostwa. Drzwi otworzyły się i stanął w nich młody chłopak z dopiero co rozpaloną pochodnią. Nie bacząc na narastające niebezpieczeństwo wymaszerował sztywnym krokiem w stronę sterty drewna, którą rąbał jeszcze za dnia. Porwał z poniaka wbitą weń siekierę i ruszył brodząc we mgle prosto do klatek z lisami. Szedł bardziej na pamięć, ponieważ mgła rozświetlana blaskiem pochodni nie pozwalała dostrzec niczego, a oczy przyzwyczajone do światła nie obyły się jeszcze z mrokiem panującym na zewnątrz. Ścieżka prowadziła wijąc się między trawiastymi garbami, które nigdy nie poznały pługa ni radła. Wszelkiej maści owady roiły się wokół chłopca, kiedy otworzył drzwi lisiej klatki. Z tuzina zostało ich dziesięć. Wszystkie w strachu kłębiły się w rogu poza jednym, którego futro było całkowicie czarne. Jednego, który się nie bał. Tego, który zadusił pozostałe dwa. Patrzył na chłopca ponurymi, spokojnymi ślepiami błyszczącymi w tańczącym świetle pochodni.

Dobrze matula mówiła, że samo nieszczęście przez ciebie będzie odmieńcze – mówił zatykając pochodnię między deskami – Że na nic nam twoje futro będzie ni stu innych lisów jeśli cię zachowamy – ciągnął, a głos mu się łamał gdy rozpościerając szeroko ręce zbliżał się do zwierzęcia. Lis ani drgnął słuchając go uważnie jakby chciał zrozumieć jego słowa – A teraz kiedy ojciec ciebie się pozbyć nie może – chwycił czarne, aksamitne futro na grzbiecie i uniósł go do góry – ja się ciebie pozbyć muszę.

Stłoczone w klatce lisy zawodziły kiedy chłopak wyniósł go na zewnątrz i przydusił do ziemi po czym bez ceregieli przetrącił łeb trzymaną siekierą. Wrzawa ustała momentalnie. Kilka kroków dalej stanął i cisnął bezwładne truchełko poza ogrodzenie z ostrokrzewu.

Kiedy wycierał pokrwawioną rękę w trawę poczuł, że ktoś obserwuje go. We mgle czaiło się coś i czuł wyraźnie uważne spojrzenie, które spoczęło na nim. To coś czekało, a w panującej ciemności mogło czyhać nawet na wyciągnięcie ręki, a i tak nie dostrzegłby go. Drżąca ręka powędrowała do leżącej nieopodal siekiery.Zdał sobie na powrót sprawę gdzie się znajduje. Jak daleko jest pochodnia i bezpieczny dom. Oczy dalej patrzyły i ciężar tego spojrzenia wydawał się nie do zniesienia.

Gariwald? – z ciemności doszedł go głos młodszego brata – Co robisz? Choć do taty.

Już idę. Choć, pójdziemy po pochodnię i wrócimy razem – odetchnął z ulgą kiedy malec wyszedł z ciemności, choć myśl, że mógłby nie zobaczyć braciszka, a coś innego zmroziła mu krew w żyłach. Nie dał po sobie poznać jak zwykle i ruszyli w stronę chaty w towarzystwie setek owadów ściągniętych przez światło.

Ojciec spał pod warstwą futer, które unosiły się miarowo i opadały w rytm jego spokojnego oddechu. Gariwald zabrał się do barykadowania drzwi, a mały Urwald ruszył w stronę stołu gdzie leżały śliwki. Zsunął je z blatu do wielkiej koszuli jaką nosił i usiadł przy ojcu na rozłożonej skórze. Brat dosiadł się do niego.

Co jeśli tata też się nie obudzi? – zapytał od razu mały.

Mamę ukąsił pająk. To nie to samo. Tato potrzebuje po prostu odpocząć. Nic mu się przecież nie stało.

Ale to już trzeci dzień jak śpi! – mały był na progu łez.

Nie bój się. Jutro jak tylko mgła opadnie pojedziemy do ciotki i ona pośle po Radagasta. On jest najmądrzejszy i na pewno coś wymyśli.

Ale on mieszka aż w Rogosbel! To strasznie daleko!

Nie martw się, będzie dobrze. Zobaczysz.

 

***

 

Minęło wiele lat, ale obydwaj pamiętali wyraźnie jak opuszczali to miejsce po raz ostatni. Teraz ich ojcowiznę z trudem można było odróżnić od otaczającej ją gęstwiny.

Urwald przedarł się pierwszy przez ścianę ostrokrzewu po znalezieniu małej przerwy. Kiedy ręką okutaną w płaszcz odchylił gałąź w powstały otwór od razu wcisnął się ciekawski, szary pysk uważnie węszący za panem. Za psem ruszył Gariwald niosąc w podróżnym worku całą masę sprawunków, z którą ledwie przedarł się przez wąskie przejście. Dysząc zatrzymał się i odstawił pakunki by przyjrzeć się swojemu dziedzictwu.

– Nie wygląda w połowie tak źle jak myślałem – Gariwald zaczął nim faktycznie spojrzał na gospodarstwo.

– Jesteś pewien, że tego chcesz? – zapytał chudy chłopak drapiąc psa za uchem.

– A wyobrażasz sobie, bym powiedział narzeczonej, że z tym gospodarstwem to kłamałem? Albo co bym jej ojcu powiedział? – Gariwald zdawał się nie tracić wiary mimo obrazu nędzy i rozpaczy, który malował się przed nimi.

– Zacznijmy od tego, że mogłeś tego nie mówić dopóki chaty nie odbudujemy. Z resztą na pewno chcesz tutaj sprowadzić ją? Wychowywać tu dzieci? Ja byłem mały, ale sam pamiętam dobrze, jak się żyje tutaj w odosobnieniu. Jakie myśli człowieka nachodzą nocami. Jaka rozpacz się potrafi w nim zagnieździć. – Urwald choć był młodszy o cztery lata znał Mroczną Puszczę jak zły szeląg. Spędził w niej wiele miesięcy z myśliwymi.

– Proszę, wieść niesie, że wygnano Cień z Mrocznej Puszczy! Kiedy odzyskać możemy schedę po ojcu jak nie teraz? Nie ma się czego bać.

Urwald śledził wzrokiem brata szukającego wśród grubej warstwy liści śladów dawnej ścieżki do domu. Jest uparty jak ojciec – pomyślał żując źdźbło wyrwane po drodze – Oby ten sam upór i optymizm go nie zgubił jak ojca.

– Cień może i się cofnął Gariwald, ale wciąż to ta sama Mroczna Puszcza – powiedział przechodząc za bratem przez próg – Wiem, że przecinka zbliża się do tej chaty, ale to dalej kawał drogi do Miasta. Będziecie tutaj sami zdani na siebie!

– Chcesz powiedzieć, że nas tu zostawisz? – wypalił spiesznie brat rozpakowując worek i szukając czegoś namiętnie.

– Niech cię szlag! Wiesz, że nie.

– Więc skąd te czarne myśli Urwald? Nic nam pod twoim okiem nie grozi – wciął się od razu wyciągając siekierę i piłę po czym wymaszerował na zewnątrz nie zwracając uwagi na brata.

– A jak myślisz jak długo twoja ukochana będzie mnie tu tolerowała?

– Och przekonam ją do tego, zobaczysz. A teraz patrz. Te brzozy i jesion wytnę jeszcze dzisiaj. Myślisz, że śliwka też powinna iść na deski? Może na drewnie uwędzimy prosiaka jak postawimy wędzarnię?

– Do diaska, czy ty mnie słuchasz?! – Urwald miał dość jego tonu – To przeklęte miejsce!

Brat milczał przez krótką chwilę i spochmurniał po czym mówił dalej.

– To ziemia naszego ojca. Nasza ziemia. Nie mów tak o niej. – dodał bez prowokująco pogodnego tonu.

– To ziemia, na której nasz ojciec zmarł ze smutku. Tak długo tu tkwił, aż wpuścił mrok tej puszczy do swojego serca. Wolał śnić niż patrzeć choć przez chwilę na ten świat. Nie słyszałeś, że tak samo dziarsko ruszył w ten gąszcz jak ty?

– Mówi to człowiek, który spędza dzień i noc w cieniu tych drzew! Sam!

Zaległa cisza. Obydwaj wpatrywali się w ziemię. Pies leżał płasko na ziemi nie chcąc denerwować żadnego z nich i tylko śledził ich żałośnie brązowymi oczami.

– Więc jak będzie? – milczenie przerwał starszy – Pomożesz mi?

Urwald wypluł mielone w zębach źdźbło po czym wziął siekierę od brata.

– A niech cię. Pomogę, ale pamiętaj, że werwa do rąbania drzew, to nie siła, którą człowiek może się siłować z mocą Mrocznej Puszczy. NIe ma takiej siły w świecie. Obiecaj mi, że wrócisz do Miasta, gdy będzie źle. Nie trzymaj też mnie tu jak twoja luba będzie mi właziła na głowę – uśmiechnął się dla odmiany – A! I nie kłóć się ze mną jak ci dobre rady daję.

Gariwald parsknął. Kręcąc głową zapytał:

– Jakieś mądre rady panie Urwald?

– Tak, zanim zaczniesz rąbać drzewa posadź drzwi na miejsce i upewnij się, że w domu nic się nie zalęgło byśmy mogli tutaj spać spokojnie. Ja sprawdzę w międzyczasie czy przez rzekę nie ma przeprawy, którą by się pająki mogły do nas dostać i chrustu nazbieram po drodze. Niedługo zmierzchać będzie. – obrócił się na pięcie i cmoknął, a pies wstał i potruchtał za nim zamiatając ogonem. Gariwald patrzył za nim myśląc jakim sposobem obaj są z tej samej krwi.

 

***

 

Mijały godziny. Dźwięk rąbanego drzewa rozbrzmiewał na nowo w kniei. Urwald gnał po znajomych z dzieciństwa ścieżkach. Mimo wszystkich swoich oczekiwań nowy duch wstąpił w niego po powrocie do ojcowskiej chaty. Brzegi okazały się bezpieczne, tropy zwierząt znalazły się, a woda straciła swój podły zapach jaki wyraźnie pamiętał jeszcze z dawnych lat. Wszystko napawało go nadzieją. Pies bacznie lustrował każdy pień, węszył czując zwierzynę i kręcił się naokoło myśliwego.

Kiedy Urwald wracał do chaty, mgła podnosiła się jak zwykle. Przedarłszy się przez barierę z ostrokrzewu przeszedł przez majdan usiany teraz drzazgami i trocinami po czym otworzył prowizorycznie powieszone drzwi. Brat siedział już w środku i rozrywał bochen białego chleba. Pies od razu przyjął proszalną pozę przy stole. Rozpaliwszy w piecu usiedli obydwaj i milczeli przez jakiś czas zajmując się jedzeniem. Urwald omiótł wzrokiem zamiecioną na prędce izbę i stwierdził:

– Pójdźmy jutro do gaju, gdzie spoczęli rodzice. Stąd będzie znacznie bliżej. Powinniśmy im powiedzieć co się dzieje tutaj.

– Tak, wypadałoby. Jest coś jeszcze – sięgnął do jednego z worków, które niósł rano – Chcę byś to wziął – mówiąc to postawił na stole żelazny hełm ojca, wypolerowany i piękny – Ja może osiądę tu na dobre, a to ty nadstawiasz karku gdzieś po świecie. Mi to miejsce o rodzicach przypominać będzie, a tobie gdziekolwiek będziesz, niech ci on przypomni. Może kiedyś skórę ci uratuje.

– Ojciec tobie chciał go dać przecież.

– Ale ja z niego pożytku mieć nie będę.

– Przyda ci się jak tu swoją żonę pierwszy raz przyprowadzisz – zaśmiał się i obydwaj zaczęli rechotać. Mgła gęstniała wokół chaty lisiarzy, ale mimo ciemności i martwoty otaczającej to zapomniane miejsce, płomień nadziei dalej się tlił i nie pozwalał zbliżyć się cieniowi. Samotna chata pośród jodeł rozbrzmiewała ludzkim śmiechem raz jeszcze.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s