Zaciskała ręce na grudce ziemi, pozwalając by drobne sosnowe igiełki wbijały się jej w dłoń. Ciemność skrywała drżenie leżącej na posłaniu z koca sylwetki. Szczupłym ciałem raz za razem wstrząsał dreszcz, ale oczy pozostawały suche, a z zaciśniętych warg nie wydostawał się żaden dźwięk. Pozostali spali. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w widoczne ponad konarami drzew gwiazdy, jakby w migoczących odlegle punkcikach mogła znaleźć oparcie, którego potrzebowała. Ledwie docierały do niej odgłosy nocnego życia lasu. Nie wsłuchiwała się w obawie, że pochłoną ją, razem z jej kruchą równowagą i sprawią, że znów zaleją ją myśli tych, którzy dawno już zginęli. Las był pełen strachów. Ilekroć o tym myślała, miała wrażenie że grzęźnie w kokonie śmierci. Głębiej i głębiej wciągana przez cudze szaleństwo. Słowa, którymi estalijczyk raz za razem uderzał ją w ciągu dnia, wracały teraz. Wszystkie co do jednego. Nienawiść, mściwość, pogarda. W całym swoim życiu nigdy jeszcze nie stała się przedmiotem podobnym ataków. Nigdy jeszcze nikt nie traktował jej w ten sposób. Bała się coraz bardziej. Obietnica śmierci tłukła jej sercem, nie pozwalając się uspokoić. Nie wiedziała, co zrobić. Od wczesnych lat dzieciństwa oglądała ludzi zgiętych przez choroby i rany, złamanych i umierających. Widziała jak krucha, jak zawodna potrafi być nić życia i pojmowała ją jako świętość. Miała w rękach wiedzę jak o nią dbać, rozdmuchiwać często ledwie tlący się płomyk, chronić. Ostatecznie, na końcu drogi i tak na każdego czekał posłaniec Morra. Sama nie chciała nigdy występować w tej roli. Jednak w zakamarkach duszy, na kartach pamięci, do których nie pragnęła wcale zaglądać posiadała też inną wiedzę. O wiele bardziej posępną. Czy rzeczywiście użycie jej teraz byłoby złem? Zmagała się z usłużnie podsyłanymi przez umysł rozwiązaniami. Decyzja czekała, by ją podjąć. Nie była pewna czy potrafi. Samo myślenie o tym nie przychodziło łatwo. Obawiała się jednak, że na szali stało coś więcej niż tylko jej istnienie i rozumiała, że brak działania oznacza w tym wypadku ciche przyzwolenie, na wszystko czego ten brutalny, coraz bardziej szalony człowiek mógł się dopuścić. Marzyła, by się rozstali i żałowała, że tamtego dnia nie odjechał. Od tamtej chwili było coraz gorzej. W świetle dnia, podróżując wraz z innymi mogła się jeszcze skupiać na sprawach, którymi musieli się zająć. Opuścili winnicę i spotkawszy się z Sylvainem, Sebastianem i dziewczynką, prowadzili ich teraz do kaplicy Graala, gdzie mieli nadzieję ukryć Adelindę przed wzrokiem szukających ją osób. Następnie planowali rozmówić się z karczmarzem z “Vive la Liberte”, a na koniec z Zakapturzonymi. Konieczność sprawiała, że kryła się pod maską opanowania i udawanej siły. Nocami jednak nie potrafiła zasnąć, dopóki zmęczenie nie litowało się nad nią odbierając świadomość. Wystawiona na ataki Alesio, czuła jak niszczył nędzne resztki, deptał i kalał każde jedno wspomnienie jego jako innej osoby, aż nie zostawało nic, do czego chciałaby wracać. Swoim natarczywym zachowaniem odcinał ją nawet od towarzyszy, bo każde wypowiedziane przez nią słowo, choćby i kierowane do Heinza czy Einharda wywoływało kolejną lawinę obelg i przytyków. Czuła się przez to jak wątła roślina, deptana i wgniatana w ziemię.
Było przy tym coś jeszcze. Obudził w niej świadomość, której długo nie chciała zaakceptować. Nawet ona jednak musiała się jej w końcu poddać. Wpatrując się w obojętne światło gwiazd przyznawała wreszcie, że istnieli ludzie, którzy swoim postępowaniem naprawdę zasłużyli na śmierć. Jeden z nich znajdował się całkiem blisko niej.
Raz za razem zadawała więc sobie jedno pytanie.

Odpowiedź na nie znalazła niedaleko Raveslandu, wsi w której zgodnie z posiadaną wiedzą mogli szukać kontaktu z Zakapturzonymi. Mniej więcej w połowie dnia, na środku drogi zauważyli wóz z pękniętą ośką, bez jednego koła. Siedząca na nim niewiasta, z twarzą ukrytą pod strzechą jasnych włosów zawodziła głośno. Zanim zdążyli choćby pomyśleć słowo “pułapka”, Alesio pognał do niej ile sił w nogach. Nadzieję na roztoczenie swojego fałszywego uroku stracił jednak już po pierwszym zdaniu, kiedy to niewiasta podniosła głowę, wyciągnęła zza pazuchy pistolet i odezwała się całkiem męskim głosem, śmiejąc przy okazji głośno. Szermierz błyskawicznie sięgnął do kabury i tak oto nawzajem mierzyli do siebie z broni. Bandyta zdawał się tym w ogóle nie przejmować. Uprzejmym tonem, niemalże prosił ich o złożenie posiadanej broni i pieniędzy. Heinz z Einhardem wdali się z nim w rozmowę, Alesio skierował zaś do Tamsin dziwne prośby o rzucenie śmiercionośnych czarów, które dziewczyna choć pojęła, co chciał osiągnąć, z oburzeniem zignorowała. W głowie rósł jej pomysł wykorzystania okazji, wszak chcieli przecież odnaleźć Zakapturzonych, a teraz choć w okolicznościach nieco dziwacznych ewidentnie ich znaleźli. Bandyta zobaczył ją, ale gdy zwrócił się bezpośrednio do niej, nie zdążyła nawet otworzyć ust. Stojący obok Alesio w tym momencie go zastrzelił. Padła na ziemię instynktownie wiedząc, co zaraz nastąpi. Ze wszystkich stron posypały się strzały i kule. Część z nich ugodziła w leśnika, część w Einharda. Prawdziwy zabójca bezpiecznie skrył się pod wozem. Heinz zerwał się i gromko krzycząc “Uciekamy”, szarpnięciem porwał ją za sobą. Pobiegli trójką w las, zostawiając estalijczyka za sobą. W pierwszych zaroślach wpadli na jednego ze strzelców gorączkowo nabijającego broń, leśnik zakrzyknął na niego i mężczyzna ze strachu zawinął się za pierwsze drzewo. Skoczyli tam i ku swojemu zaskoczeniu ujrzeli jeszcze trzech innych bandziorów. Towarzysze Tamsin skutecznie ich jednak zastraszyli i sekundę później tamci uciekali przez krzaki, hen do przodu. Słyszeli, że część bandytów wyszła na drogę osaczając pod wozem Alesio. Mężczyźni wzajemnie się przy tym okrzykiwali, jedni drugim nakazując poddanie. Dla zielarki sekundy przeciągały się w wieczność, miała wrażenie jakby czas zamarł oczekując podjęcia decyzji. Mogli uciekać zostawiając go na śmierć. Zasłużył na to i odkryła, że właściwie chciała, by tak się stało. W dziwny sposób czuła jednak, że to nie jest właściwy moment, ani właściwe miejsce. Na pierwszy plan wybiło się przekonanie, że muszą dogadać się z tymi ludźmi. Szli przecież, by się z nimi porozumieć. Połykając strach, z nadzieją że prawdziwi Zakapturzeni rzeczywiście nie krzywdzą kobiet, przedarła się z powrotem na drogę, szeroko unosząc ręce i przemawiając. Ci, na których mogła liczyć wrócili za nią.

Udało się. Prośby odniosły skutek. Wciąż nie mogła uwierzyć, ale udało się przekonać bandytów i nie doszło do strzelaniny, w której zginąłby pewnie nie tylko Alesio. Mężczyźni zabrali swojego martwego przyjaciela i ostrożnie wycofali się do lasu, gdzie jeden po drugim zniknęli im z oczu. Gdy tak się stało, Alesio odezwał się w końcu i dziewczyna zupełnie zapominając o strachu, niesiona gniewem gwałtownie kazała mu się zamknąć. Miała dość. Nie chciała nawet spoglądać w jego stronę. Opatrzyła obu rannych wyrzucając przy tym szermierzowi, że krwawią przez niego, podczas gdy jemu, dziwnym trafem nic się nie stało. Nawet Einhard, choć wypowiedział się nieco spokojniej niż ona, nie chciał słuchać tłumaczeń szermierza. W tamtej chwili, klęcząc przy poranionych towarzyszach, wściekła na całkowitą bezmyślność sprawcy zamieszania, odnalazła swoją odpowiedź.
Potrafiła. Alesio musiał odejść.

Przejrzała szkatułkę i sakiewki z ziołami, skrupulatnie segregując te, które mogły jej się niedługo przydać. Marszczyła przy tym czoło, niezadowolona z coraz wątlejszych zasobów. Wiosna kwitła w najlepsze, a ona choć snuła się po szlaku i lasach od tygodni, prawie niczego nie miała okazji zgromadzić. Natomiast przy utrzymującej się częstotliwości otrzymywania ran przez wszystkich wokół zaczynało brakować jej środków łagodzących ból i zapobiegających infekcjom. Z tęsknotą wspominała dawne, aptekarskie wyposażenie. Nie spodziewała się jednak, że będzie jej brakowało tych skrzętnie pozamykanych w buteleczkach wywarów, które stały w niewielkiej skrzyni na zapleczu. Obróciła w dłoniach dwie, niewielkie fiolki. Będą musiały wystarczyć. Pozostało jej jeszcze zapytać innych o zdanie.
Heinz siedział przez chwilę w ciszy przeżuwając źdźbło dzikiego żyta, po czym przemówił cichym głosem:
Sfora trzyma się razem. Inaczej zginie. Nie można się miedzy sobą gryźć. – uparcie wpatrywał się w ciemną ścianę sosnowego boru. –Na obcej ziemi, osaczona przez myśliwców i ogary może przetrwać tylko zgodna. – wypluł trawę.
Ale kiedy największy nawet basior kąsa swoich to się go ucisza. Na dobre. A sfora biegnie dalej. My nie jesteśmy takimi bydlętami. Damy mu szansę. Ale jeśli jej nie wykorzysta to będzie mógł odejść w swoją stronę lub jak ten młokos w przeklętym gaju. – dokończył ponurym tonem bezwiednie głaszcząc stylisko topora.
Dziewczyna przetarła oczy, szaroniebieskie tęczówki patrzyły na nich udręczone.
Heinz, masz rację. Nie jesteśmy bydlętami. Staramy się nie być. Tę szansę, którą chciałbyś mu dać….Boję się, że to szansa na popełnienie kolejnej zbrodni. Skrzywdzenie kogoś z nas, tym razem. Nie ufam mu, Heinz. Jak mogłabym? – zadrżała i objęła się ramionami – Skąd nam wiedzieć, co następnym razem może wywołać jego gniew? Kiedy sięgnie po broń, ot tak? Splotę przy nim czar? Obiecał, że mnie zabije – głos jej się lekko załamał, ale opanowała się – To boli. Patrzeć na wszystko, co wyczynia i nie móc temu przeciwdziałać. Nie mogę, Heinz… Nie mogę dłużej.
Einhard nerwowo kręcił wąs i co rusz zaglądał do kubka z winem.
Jak dla mnie, to ta rzeźnia musi się skończyć szybko. Jeśli nas Zakapturzeni nie usieką, to przy jego usposobieniu wymiar sprawiedliwości nas na szafot doprowadzi. – powiedział i pociągnął z kubka. – Mnie się wydawało, że mu jakoś do rozsądku przemówiłem po tym co się u Proriol’a działo, ale ten człowiek traci rozum za każdym razem jak za broń chwyci. I z każdym razem jest co raz gorzej! Dlatego mówmy z nim ostrożnie i plan miejmy w gotowości.
Jeśli się nam nie uda mu do rozsądku przemówić, to ja bym na nim krzyżyk postawił. To wściekły pies i kąsa wszystkich naokoło. Może i nie umie już inaczej? Jeśli nam się go odmienić nie uda, to się go pozbyć będziemy musieli. Innej możliwości już nie widzę, a bogowie mi świadkami, żem się starał.
– Bylebyśmy go urażonego nie zostawiali za sobą, bo to o nieszczęście się prosi. – dodał z ponurym zrezygnowaniem chwilę później.
A cóż takiego pragniecie mu jeszcze powiedzieć? Jak chcecie sprawić, żeby się miarkował? – Tamsin gwałtownie pokręciła głową – Ja cokolwiek bym teraz nie powiedziała, wywoła jego złość… Może i moja w tym wina rzeczywiście. Trudno mi teraz znaleźć słowa, które jeszcze chciałabym z nim zamienić i na najgorsze wolałabym się przygotować. – Sięgnęła ręką do pasa, na którym nosiła zawieszone buteleczki i zza jednej szlufki wyciągnęła maleńką fiolkę. Przez moment obracała ją w dłoniach – Myślałam nad tym. Alesio prędki jest i nieobliczalny, przed rozmową dobrze byłoby się jego bronią się zająć. W razie jakby niesiony złością na nas chciał jej użyć. Proch w pistoletach zmoczyć, a tym… – tutaj uniosła fiolkę – rękojeści naznaczyć.

Widzę Tamsin, żeś już poczęła przygotowania. Nie myśl Fräulein, że cię ganię. Pomyślunek doceniam i popieram. Nie możemy pozwolić sobie na to by w afekcie na nas wszystkich się rzucił. Zobaczymy jak się to potoczy. – powiedział i podkręcił wąs Einherd.
Powiedz mi tylko Fräulein jak chcesz ręce na jego brzytwie położyć? Do tego nam intrygi trzeba.
Dziewczyna zarumieniła się lekko.
O tym także już myślałam. Najlepiej nocą, gdy spał będzie i tak przecież warty wystawiamy, jedna osoba zawsze kręci się wokół ognia, to i lekkie szmery nie wyrywają ze snu. Jeszcze jakby do wieczornego wina nieco ziół nasennych dosypać… Tędy ktoś zręczny w rękach mógłby szpilki z jadem przymocować do rękojeści. Rankiem Alesio wybudziłby się jakby nigdy nic. Krzywda mu się też żadna nie stanie, póki za broń nie chwyci. Dlatego od razu trzeba by rozmowę zagaić, bo on lubi swój oręż sprawdzać i źle by się stało, gdyby go paraliż wcześniej chwycił. Ubiłby mnie jak nic.
Heinz zdawał się drzemać. Siedział nieruchomo z na wpół przymkniętymi powiekami. Jego oddech był głośny i miarowy. Wiatr kołysał ciemnymi koronami sosen i świerków. Ciszę szybko zapadającego zmierzchu przerwało głuche nawoływanie puszczyka. Leśnik powoli otworzył oczy.
Nie podoba mie się to. Nie podoba, łot co. Tak… – zamruczał.
Morderca. Charakternik. Może nawet i rzeźnik. Wszystko racja. Życie mu jednak zawdzięczamy. A przynajmniej ty Tamsin i ja. Ja swe długi lubię spłacać. A u niego, jak mi się zdaję, całkiem sporo jestem pod kreską. Rzec mu trzeba wprost. Co myślim i że dalej we krwi po kostki brodzić nie chcem. Jeśli mi z nami nie szparko, droga wolno. Niechaj bierze swój dobytek i precz idzie. – drapany od jakiegoś czas zarost chrzęścił pod palcami mężczyzny.
Jeśli wy nie chceta to ja mu rzeknę. Posłucha. Posłucha na pewno. – ostatnie słowa wymówił już bardziej do siebie.
A jeśli jednak nie posłucha… – odezwał się głucho po dłuższej chwili drwal. – Jeśli nie posłucha tedy skończy tak jak mu było pisane. Morr też nie lubi być nikomu nic dłużny.
Heinz dźwignął się ciężko i otrzepał portki z jeleniej skóry.
Mówiłem ci Tamsin, czas jakiś temu, o tym jak się strzechę wymienia i co warto po niej zostawić. – powiedział smutnym jakby tonem. – Do takich spraw nie warto wracać. Nie wobec kompanów, z którymi tyle się przeszło. Jeśli to zrobicie, jeśli się tak na niego zasadzicie pokażecie mu, że macie wrogie wobec niego zamiary. On to tak odbierze. Wierzcie mi. Człek to do broni prędki i na punkcie swego bezpieczeństwa wyczulony – jakby zmiana jakowaś zaszła w potężnym leśniku. Porzucił zwyczajową gwarę, a jego tembr pozbawiony codziennej chropawości pobrzmiewał żalem i poczuciem straty. – Co gorsza zaś, sami pierwszy krok zrobicie na ścieżce, która poprowadzi was na te manowce, na które wcześniej Alesio wywiodła.
Tamsin słuchała go z uwagą, rysy jej stężały, pozbawiając lico zawsze obecnej tam łagodności.

Mylisz się, Heinz. Nic mu już nie zawdzięczamy, daliśmy się tylko pochwycić w tę spiralę wdzięczności jak te rybki na twoich haczykach i brniemy coraz dalej. Spójrz na nas. Czegośmy się już dopuścili? Pamiętam naszą rozmowę i powiem ci, że tę strzechę najchętniej puściłabym z dymem, żeby nawet jedno źdźbło się z niej nie ostało. W kopalni groza nas zbliżyła do siebie i założyliśmy, że nawzajem możemy na sobie polegać. Tyle, że tam potworom musieliśmy się przeciwstawić, nie ludziom. Tu zaś jest normalny świat i czuję się, jakbyśmy jedną z tych bestii za sobą wywlekli. – Na końcach rzęs zawisły jej łzy, by już po chwili popłynąć po policzkach – Najgorsze, że i my się zmieniamy. Wiesz, czego dziś prawdziwie żałuję? Byłby umarł na tamtej polanie… – urwała, niecierpliwym gestem otarła wciąż płynące łzy jakby zła na samą siebie, że jej przeszkadzają – Nie pragnę się zasadzać. Nie chcę używać środków godnych paskudnego miana, jakim mnie obrzucił. Bardziej jednak boję się stać bezczynnie patrząc na kolejną śmierć.
Śmierć lezie za nami jak oparszywiały kot! Wlecze się i nie chce zostawić. – westchnął, a jakby do wtóru zaskrzypiały gałęzie pobliskich świerków. –To, co planujecie może i jest mądre. Na pewno jest przebiegłe. Ale jeśli on was przejrzy to dojdzie do rozlewu krwi, jakiego chcecie uniknąć. Trza nam z nim pogadać. Choćby precz pognać. A jeśli nie, jeśli sumienie po temu macie to rzeknijcie jeno: trza go ubić Heinz. Jako psa wściekłego jak chce Einhard. Powiedzcie to jednak głośno. I świadomie. Podejdę go, jeśli trzeba nocą i gardło poderżnę. Wy rąk sobie brudzić nie bedzieta. Jeno miejcie świadomość, że wyrok wydajecie na człeka. Na niego. Na mnie. Może na nas obu. – zakończył posępnie.
Dziewczyna zbliżyła się do niego i położyła dłoń w miejscu, w którym biło serce leśnika. Pokręciła głową.
Prosić cię o to byłoby czynem strasznym. Nie, przyjacielu i twoje serce zbyt wielkim oblekło się cieniem podczas naszej podróży – odstąpiła o krok i najpierw jednemu, potem drugiemu spojrzała w oczy – Miejmy nadzieję, że powstrzymamy rozlew krwi, miast do niego doprowadzić. Porozmawiamy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s