Mężczyzna krzyczał, gdy Alesio odcinał mu palca. Bezbronnemu, związanemu niemal jak tucznikowi, pozostawionemu na ich łasce. Tamsin trzęsącymi się dłońmi próbowała go powstrzymać, ale estalijczyk odtrącił ją niczym naprzykrzającego się owada i dopełnił zadania. Opowiadał przy tym jeńcowi, gdzie jeszcze może sprawić mu ból. Okrutnie i szczegółowo. Dziewczynie od samego słuchania robiło się niedobrze. To było złe. Więcej niż złe. Choć przesłuchiwanym był całkiem obcy człowiek chciała, żeby przestali i puścili go wolno. Pragnęła odejść od tego miejsca, uciec gdzieś, gdzie na ziemi nie leżał torturowany młodzieniec. Zatkać mocno uszy i schować głowę w ramiona, by już więcej nie tego widzieć. Nie mogła. Nie mogła płakać nawet, bo łzy niczemu nie służyły. Zamiast tego stała tam, tak blisko popełnianej obrzydliwości, że jej prędkie, zachłanne macki kawałek po kawałku oblepiały jej duszę. Zadawała pytania. Głuchym, matowym głosem. Usiłując wierzyć, że z każdym kolejnym zbliża się do uwolnienia mężczyzny. Dopóki tam była miał szansę przeżyć. Mogła przecież przeszkodzić tej jednej, całkowicie pozbawionej skrupułów osobie.

Alesio obiecał przesłuchiwanemu, że będzie mógł odejść. Nawet nie kłócił się z nimi, gdy ustalali, że wyposażą młodzieńca w skromną sumę dla pewności, by już nigdy nie stanął im na drodze. Obiecał, a potem wyciągnął zza pasa pistolet. Tak po prostu.

Nie ma wahania. Tamsin rzuca się, by stanąć na drodze kuli, ale nie jest dość szybka. Nie może się mierzyć z refleksem wyszkolonego szermierza. Nieznacznym tylko ruchem skorygował cel, zanim wystrzelił. Kula śmignęła obok niej, a minąwszy przebiła na wylot głowę związanego młodzieńca. Powietrze rozdarł wysoki, wibrujący dźwięk, drobna dłoń trzasnęła strzelca w policzek. Dziewczyna stała trzęsąc się z nadmiaru emocji, spośród których gniew wybijał się na pierwsze miejsce. Tuż obok niej pojawił się Sylvain, w wyrazie pogardy uderzył strzelca otwartą dłonią w twarz. Padły słowa wyzwania. Tego estalijczyk nie przyjął już z kpiącym uśmiechem.

Przez chwilę, przez jedną gorzką chwilę poczuła radość, że Sylvain wymierzy sprawiedliwość, a potem ujrzała błysk kolejnej lufy i padł strzał. Brudny krok. Alesio nie zamierzał się pojedynkować, ale z pewnością miał zamiar zabijać. Chybił, na szczęście.
Te wstrętne macki deprawacji, które z takim uporem sięgały wgłąb, wreszcie docierają do serca. Odrętwienie zamienia się w chłód, odraza w iskry nienawiści. Widzi, jak tańczą miecze i czeka… Nie. Nieprawda. Nie życzy przecież śmierci. Leśnik wbiega między walczących szeroko rozkładając ręce i krzyczy. Tamsin podchodzi, na sztywnych nogach, cała buzuje wściekłością. Ściera się z nią, próbuje tłamsić, nienawykła pragnąć czyjejkolwiek krzywdy . Sięga po magię, ale ta zamiast popłynąć spokojnym strumieniem zalewa ją gromkim grzmotem żądającym kary. Jeszcze raz czuje tamten wściekły ryk zranionych dusz. Morderca! Nie musi widzieć płomienia ogarniającego jej ciało, by czuć go każdym nerwem. Ogień przewala się przez nią i porzuca, zmęczoną od krzyku. Słabą.

“Pieprzona czarodziejka.”
Unosi się wzburzona, ciemne włosy rozsypują się wokół zaróżowionych z gniewu policzków. Pozwala, by z ust posypały się prędkie, ostre słowa. Potem milknie i odwraca wzrok, nie patrząc już więcej w jego stronę. Niech odjedzie wreszcie. Pośród popiołów rozrzuconych przez prądy magii, odnajduje żal. Nie za nim, ale za życiem, które tak pochopnie odbierał. Smutek, który czuje jej serce nie ma z nim związku. Dla niego już nie ma tam miejsca.

Heinz wykopał grób.
Patrzyła na ruch potężnych ramion, raz za razem obsypujących ziemię. Dochodziły ją jeszcze obelgi rzucane od strony siodłanego konia, ale nie słuchała ich. Nie obchodziły jej. Chrzęst, napięcie mięśni, chrupot. Zbliżyła się.
– Heinz…
Podniósł głowę, spoglądając na nią ze środka powstającego dołu. Zawahała się. Jak powiedzieć, że szuka pocieszenia? Powstrzymała gromadzące się powoli łzy i nie odezwała więcej.

***

Musiała stracić przytomność, bo gdy uniosła ciężkie powieki, siedział przy niej Alesio. Z twarzą pozbawioną wyrazu zimnego okrucieństwa stanowił obraz człowieka z jej wcześniejszych wyobrażeń. Uśmiechnęła się leciutko, z wdzięcznością jak do resztek rozmywającego się snu. Zamrugała i tamten człowiek zniknął. Od początku istniał tylko w jej myślach.

Dopóki nie wyjechali poza obręb puszczy czuła się nieustannie obserwowana. Ignorowanie tego wrażenia nie przychodziło jej łatwo. Wyraźnie poczuła, co było powodem takiego zainteresowania, gdy spojrzała na medalion, znaleziony w karczmie przez Einharda. Zanim zemdlała. Jakby bijące serce lasu obróciło się w jej stronę. Nie życzyło sobie ingerencji w snujące się wokół Wiatry magii. Nie dziwiła się. Zakłóciła prastary porządek pozwalając wymknąć się spod kontroli upiorom, które pochłonęły wcześniej jednego z atakujących ich jeźdźców. Wśród tych ogromnych drzew kotłowała się nagromadzona moc i przekonała się już, że wszelkie próby wykorzystania jej przypominały walkę z otwartymi podczas śnieżnej zamieci drzwiami. Brakowało jej wiedzy i doświadczenia.

***

Najemnicy, z którymi starli się na polanie w Lesie Skazańców nosili na tunikach znak kupca Etienne Proriola, więc za następny krok obrali dotarcie w pobliże jego rezydencji i winnic. Pragnęli złożyć mu wizytę, choć niekoniecznie taką, której byłby świadom. Ponieważ kupiec dążył do pochwycenia Adelindy w swoje ręce, musieli przekonać się czy jednocześnie był głównym pomysłodawcą planu zakładającego jej ubezwłasnowolnienie. Z przesłuchiwanego chłopaka wyciągnęli ogólny zarys rezydencji, ilość znajdującej się tam straży, a także garść informacji na temat samego Proriola i jego przyzwyczajeń. Fakt, że Einhard zanim jeszcze los zetknął go z nimi, wiózł beczki pełne przypraw właśnie do tego kupca, stanowił teraz szczęśliwe ułatwienie. Mógł wjechać na teren posiadłości, dopilnować własnego interesu i wyjechać, bogatszy nie tylko o złoto, ale co ważniejsze o kolejne informacje, tym razem z pierwszej ręki. Wymyślili, że nakreślą list, w którym podając się za anonimową osobę zaproponują wymianę Adelindy za pokaźną sumę złota w dość odległym miejscu, zmuszając w ten sposób mości Proriola do odesłania części własnej straży. Einhard wyjeżdżając, na odchodne miałby podrzucić go parobkom do przekazania. Potem pozostałoby im wślizgnięcie się do rezydencji, pochwycenie kupca i rozmówienie się z nim. Tamsin wzbraniała się przed tą częścią powstającego planu, swoje opory kierując głównie w stronę Alesio. Estalijczyk namówiony przez Einharda nie porzucił ich, decydując się doprowadzić sprawę, której poświęcili już tak wiele do końca. Zielarka obawiała się kolejnego rozlewu krwi, a obecność szermierza tylko podsycała te obawy. W ciągu ostatnich dni zachowywał się nieobliczalnie i niemal bestialsko. Za każdym więc razem, gdy mówił o rozmawianiu “na ostrzu noża”, głośno się z nim sprzeczała.

Ponieważ bezpieczeństwo Adelindy było w tym wypadku kwestią priorytetową, Sylvain został razem z nią i Sebastianem na skraju lasu, dzień drogi przed rzeczoną rezydencją. Uradzili, w razie gdyby sprawy miały ułożyć się niepomyślnie, że ponownie spotkają się pod Grunere, pełny tydzień od rozstania. Rozprzęgli rycerskiego rumaka od wozu, pożegnali się krótko i dalej pojechali już w czwórkę. Podczas, gdy Einhard zajechał pod otoczone murem domostwo kupca, pozostała trójka spędziła noc i większą część poranka ukryta w pewnym oddaleniu, pośród równych rzędów winorośli. Nie było to najprzyjemniejsze doświadczenie, oględnie mówiąc, z drugiej strony jednak i tak nie mogło się równać z niewygodami, jakich zaznali w krasnoludzkiej kopalni. Alesio trzymał się blisko Tamsin, wykorzystał nawet moment, gdy leśnik przysnął nieco, a może po prostu pogrążony we własnych myślach, nie zwracał na nich uwagi i korzystając z kruchego rozejmu zagaił rozmowę dotyczącą łączących ich relacji. W całkowicie nieodpowiednich słowach, choć nieumyślnie, sprowadził przy tym dziewczynę do kobiet podejrzanej konduity, nie przyniosło to więc oczekiwanej przez niego poprawy. Noc była ciepła i nic nie czyhało na ich życie, dopiero poranek zwiastujący powrót robotników do winnicy, zmusił ich do wzmożonej czujności. Heinz zaproponował snucie się po drodze w jedną i drugą stronę, chłopi zwykle nie zwracali uwagi na szwędających się włóczęgów, o ile ci byli daleko od ich domów. Tak zrobili, kolejne godziny upłynęły im zatem na bezcelowym marszu w oczekiwaniu na powrót Einharda.

Następna noc również zastała ich w ukryciu. Tym razem siedzieli znacznie bliżej posiadłości, niemalże pod okalającymi ją murami. Do tej pory plan przebiegał gładko. Einhard sprzedał, co chciał, pożegnał się z gospodarzem i odjechał. Zniknąwszy z oczu strażnikom połączył się z oczekującą go trójką. Po spędzędzeniu kilku godzin na ożywczym śnie w chłopskiej chacie wspólnie przekazali list staremu wieśniakowi i teraz, skuleni przy ziemi, oczekiwali na efekty jego doręczenia. Nie musieli długo czekać. Bramy otwarły się i w stronę wsi wyruszył konny posłaniec. Wrócił po kilku godzinach, ale nie sam. Towarzyszyło mu sześciu chłopów. Przy bramie zaczęło się poruszenie i przygotowania do podróży. Sprowadzono konie, chłopi zniknęli im z oczu, a gdy się pojawili mieli na sobie ubrania godne strażników, ze znakiem Prioriola na przodach tunik. Dowodzący nimi jeden z prawdziwych, jak zakładali najemników prowadził konia obciążonego pękatymi sakwami. Kilka chwil później tęten kopyt obwieścił głośno odjazd sformowanego w ten sposób oddziału. Nie był to do końca efekt, jaki pragnęli uzyskać wysyłając list. Wzmożona teraz czujność utrudniała im zadanie, a strażników w posiadłości wcale nie ubyło. Cała ta mistyfikacja obróciłaby się na ich niekorzyść, gdyby nie fakt, że postanowili się zasadzić akurat tak blisko głównego domu. Wystarczyło by przecież, żeby scenę opuszczania posiadłości przez zbrojnych obserwowali, jak pierwotnie zamierzali, z odległości co najmniej dwóch godzin drogi, by pomyśleć, że strażników będzie siedmiu mniej.

Przekradli się przez mur tak sprawnie, że Tamsin, wraz z innymi oczekująca pod ścianą budynku, aż leśnik, bezszelestnie wspinający się na dach stajni i dalej, na gzymsy głównego domu, otworzy nieosłonięte kratowaną okiennicą okno, była pod wrażeniem umiejętności towarzyszy. Sama została silną ręką podciągnięta, a jej zdolność w miarę cichego poruszania się wynikała jedynie z faktu bycia kobietą. Heinz i jak spostrzegła, Einhard bili ją przy tym na głowę. Alesio, obarczony kilkoma sztukami broni, do której od niedawna zaliczały się dwa, zawieszone na pasie pistolety, większą część swojej uwagi musiał kierować na niepobrzękiwanie niesionym ekwipunkiem. Okno otworzyło się bez najmniejszego dźwięku, w sposób niewątpliwie zapraszający do środka. Pogrążony w ciemności pokój, do którego się dostali okazał się pusty. Doskonały słuch Heinza wyłapywał odgłosy kilku osób z parteru, góra zaś pogrążona była w całkowitej ciszy. Za drzwiami pokoju okazało się, że korytarze piętra na kształt antresoli okalają sporej wielkości hol, którego pilnowało, jak udało im się dojrzeć, pięciu ludzi. Jedno po drugim, na czworaka przesuwali się po miękkich dywanach do drugiego skrzydła, próbując najmniejszym choćby hałasem, ich nie zaalarmować. Tamsin serce biło przy tym tak głośno, że z każdą sekundą spodziewała się podniesienia alarmu. Nic podobnego się nie stało i wkrótce stanęli przed drzwiami sypialni pana domu. Pustej. Na wielkim łożu z baldachimem nikt nie spał, wprawiając ich tym w sporą konsternację. W sypialni poza łóżkiem znajdowało się jeszcze duże biurko z krzesłem o miękkim siedzisku, parawan za którym znaleźli leżankę, szafy wypchane po brzegi ubraniami i kilka manekinów wystrojonych w ubrania gospodarza. Leśnikowi wystarczył rzut oka na jeden z nich, by zapragnął w absurdalny sposób ukryć się pozostając jednocześnie na widoku. Z pomocą pozostałych przebrał się w odświętny strój, zdobiony i z mnóstwem maleńkich guziczków i stanął wygięty w sztywnej pozie. Alesio z głupim uśmiechem pociągnął Tamsin za parawan, ale zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć na rzucane przy okazji aluzje, do ich kryjówki dołączył Einhard. Była mu za to ogromnie wdzięczna, choć pewnie nie był tego świadom. Czekali. Kilka godzin później, godząc się z faktem, iż kupiec nie ma zamiaru się pojawić, zdecydowali się działać. Zdążyli dokładnie obejrzeć pokój, Einhard przeszukał biurko i znalazł w nim pęk kluczy, z których jeden posłużył mu do otwarcia okiennicy, tak na wszelki wypadek. Nie było nic dziwnego w tym, że opuszczając sypialnię zabrał je ze sobą. Heinz, wciąż dziwacznie wystrojony oprowadził ich złodziejską kompanię po wszystkich pomieszczeniach piętra i poddasza. Poza jedną, pogrążoną we śnie gospodynią nie znaleźli nikogo. Tamsin sukces tej cichej wędrówki przypisywała ogromnemu zmęczeniu strażników. Jak inaczej czwórka osób, na dodatek wcale nie nawykła do takich przedsięwzięć mogła przekradać się po cudzym domostwie nie zwracając na siebie żadnej uwagi? Nie znalazłszy nigdzie kupca, opuścili dom tym samym oknem, którym się do niego dostali. Już od zewnątrz podkradli się pod okna biura, ostatnie miejsce w rezydencji, gdzie mogli się spodziewać Proriola i korzystając ze skradzionych kluczy otworzyli okiennicę. A właściwie Einhard otworzył, wykazując się przy tym niesamowitą zręcznością. Bądź wprawą…Tamsin uznała, że później się nad tym zastanowi. Spódnica trochę jej przeszkadzała, ale i tym razem nie powodując żadnych hałasów wślizgnęła się do środka. Tutaj także nie było gospodarza. Całkiem już skonfundowani zabrali się za przeszukiwanie biurka. Z rzeczy, które mogły ich zainteresować znaleźli papiery odnoszące się do zwiększonych podatków, jakiś kar oraz dekrety nakładające obowiązek dokładnego badania składu produkowanego przez Proriola wina. Poza tym jeszcze mapę posiadłości z zaznaczonymi na niej dwoma punktami. Jeden, bliższy im, znajdował się tuż za domem w skalnej ścianie. Byli pewni, że tam wreszcie znajdą kupca. Einhard zwinąwszy dokumenty w rulon, schował je za pazuchę i równie cicho jak weszli, opuścili biuro przez okno.
Skalna ściana kryła w sobie przejście. Korytarz wypełniony beczkami i gęsto poustawianymi na regałach butelkami z winem kończył się drzwiami rzadko skleconymi z drewna, pod którymi spała dwójka strażników. Z ciemności za nimi dochodziło ich pochrapywanie. Poszło sprawnie. Heinz i Einhard przypadli do strażników i unieruchomili ich, grożąc bezdźwięcznie, za to nad wyraz przekonująco ostrzami przy gardłach. Alesio jedną ręką otworzył drzwi, w drugiej dzierżąc pistolet. Nie zrobił z niego pożytku. Ciemność przed nim ożyła stalą i ledwie słyszalnym szeptem. Zimne ostrze przy szyi skutecznie przestrzegało przed robieniem głupot. Zatrzymał się jak wryty, blokując przejście stojącej za nim Tamsin.

W pierwszej chwili poczuła się dziwnie słysząc ten specyficzny ton w jego głosie. Mieszankę czarującego pochlebstwa podszytego flirtem. Nóż na jego gardle trzymała kobieta, a ściślej rzecz biorąc elfka, prawdopodobnie więc można było zrozumieć podobne starania. Cała sytuacja wydała jej się jednak absurdalna, a do tego odkryła, że wspięła się przy tym na nowy poziom obojętności. Zdumiona, nie bardzo wiedząc co zrobić, przez kilka dłuższych chwil wsłuchiwała się w toczącą się wymianę słów, zanim nie dotarło do niej, że nieznajoma gra na czas. Zrozumieli to także pozostali. Alesio spróbował się wyrwać ze zwarcia, ale zmieniło się tylko tyle, że choć nieznajoma trzymała go na końcu noża, on również mierzył do niej z broni. Wciąż jednak zastawiał przejście, bez możliwości ruchu. Zirytowany Heinz, wsłuchując się w coraz odleglejsze posapywanie słusznej wagi, niewątpliwie uciekającego kupca, rozpędził się i staranował cienką ścianę. Masa mięśni przebiła się przez wydrążoną skałę, zwalając się przy tym na elfkę. Leśnik w mgnieniu oka poderwał się na nogi i rzucił do biegu za Proriolem. Einhard dzierżący jego topór, pobiegł za nim. Zanim pozostała dwójka zdołała ich dogonić, ranna elfka nie stawała im dłużej na drodze i Tamsin, choć praktycznie uzyskawszy na to pozwolenie, z oporami zostawiła ją leżącą w przejściu, zwarli się w walce z dwoma najemnikami płacąc za to srogą cenę. Heinz otrzymał potężny cios w głowę, który solidnie go zamroczył, a Einhard został ranny w rękę. Udało im się jednak wtrzymać kupca, pokaźnej tuszy człowiek nie był w stanie prędko znaleźć się w siodle i uciec. Alesio pochwycił go i przyłożył ostrze miecza do gardła. Jakby w odpowiedzi najemnicy Proriola w ten sam sposób postąpili z rannym leśnikiem i Einhardem. Przez chwilę zamarli wszyscy w patowej sytuacji, dopóki płaczliwym głosem kupca, na wyraźne żądanie estalijczyka, nie rozbrzmiał rozkaz, by straż odstąpiła. Proriol został wsadzony na konia, choć teraz nie był już z tego faktu zadowolony. Alesio usiadł za nim. Wyjechali na drogę. Chcieli uciec i poza posiadłością, a przede wszystkim poza zasięgiem straży przepytać kupca. Stało się jednak inaczej.

Proriol podniósł raban i histerycznym tonem dowodził, że nie da rady ujechać konno ani kawałka. Jego własna straż, w sile ośmiu osób, bezradnie przy tym zaciskała ręce. W końcu zaproponowali, że dostarczą karecę. Zaczekali. Jak się okazało, przepiękną karetą powoziła elfka, dowódczyni straży. Einhard i Alesio pozostali konno, Heinz zajął miejsce na tylnym koźle, natomiast Tamsin razem z kupcem wsiadła do środka. Nikt ich nie niepokoił, ale i tak nie ujechali daleko. Dziewczynie od jakiegoś czasu krążyły po głowie fragmenty układanki i w końcu, może wgląd w papiery kupca, a może jedno rzucone przez niego zdanie, sprawiło że przynajmniej część z nich wskoczyła na właściwe miejsca. Zebrała się teraz na odwagę, by podzielić się z Proriolem tymi spostrzeżeniami. Gładko, nienachalnie, pozwoliła by przemówiły do niego fakty i kupiec sam zrozumiał, że padł ofiarą machinacji Elgasta, który rzekomo był mu sprzymierzeńcem. Zapieklił się, gdy prawda dotarła do niego i zaklął tak głośno, że zaniepokojony Alesio znalazł się zaraz przy oknie powozu. Tamsin uspokoiła go i nie wyjaśniając więcej kazała wszystkim zawracać. Etienne Proriol zaprosił ich na rozmowy.

***

Einhard Pogawędka druga

Witaj ponownie. To znowu ja. Do dziwnej kompanii się przyłączyć mi przyszło. Jeszcze wczoraj chowaliśmy ciała porżniętych w karczmie żołdaków. Dziś ofiary z jatki w lesie i mało by brakowało, a Morr wysłałby posłańca również po kogoś z naszych. Może okoliczności naszego spotkania powinny mi bardziej przemówić do rozsądku jako zły omen? Nie tak widziałem swoją wielką przygodę. Pamiętam też czego uczył mnie mistrz Goran. Nie chcę byś myślał, że nie śpię po nocach wiedząc, że ci wszyscy ludzie nie żyją. Że ich duchy nawiedzają moje sumienie. Są inne sumienia do tego bardziej zdatne, a ja im więcej niż ostatnią posługę winien się nie czuję. Rzecz w tym, że nie w ten sposób rozwiązuje się problemy i ja nie chcę być częścią tych jatek, które co rusz są naszym udziałem. Staram się ich odciągnąć od takiego biegu wydarzeń. Oby się udało nim przyjdzie nam stanąć się na szafocie.
Ale odbiegam od historii. Rzecz na uroczysku. Zbiegiem okoliczności w zasadzie jeden z żołdaków przeżył jatkę i cudem absolutnym my również. Spętanego chłopaka przytroczyliśmy do drzewa rządni odpowiedzi. Jasne stało się, że pracowali oni z ramienia gildii dla Proriola – byłego kontrahenta mojego mocodawcy Jacques’a. Wyciągaliśmy z niego ile się dało przedłużając nieuniknioną decyzję. Co zrobić z nim po wszystkim? Wiłem się głęboko w duszy, by nie przyznać racji Alesio. By nie zgodzić się, że chłopaka należy na dobre uciszyć. Jedyne co nas chroniło wówczas to tajemnica i on jeden wiedział o nas dość, by dostarczyć nas na tacy naszym wrogom. Decyzja wydawała się boleśnie racjonalna i nieunikniona. Knułem jak się dało, by dzieciaka nie słać do piachu, a że był w podobnym do mojego wieku wiedziałem, że trudno się wówczas człowiekowi z życiem się żegnać. Wszak parę godzin wcześniej sam o śmierć się niemal otarłem. I kiedy już mieliśmy mu wyłożyć jak może swą skórę uratować, Alesio wypalił mu ze zdobycznego pistoletu prosto w łeb. Kula od razu rozbiła mu czaszkę i zginął nim zdołał się zdziwić tym obrotem spraw. Przyjąłem to z mieszanką odrazy, smutku i dziwnej ulgi, która mnie zaniepokoiła. Tasmin nie przyjęła tego tak dobrze. Zadziwiła mnie rzucając się między nich. Nie wiem czy była gotowa przyjąć przeznaczoną dla więźnia kulę, czy tylko zagrać na uczuciach Alesio. Jak już sam wiesz nie zdążyła ani z jednym, ani z drugim. Ledwie spoliczkowała go, nadszedł Sylvain i obróciwszy go uczynił to samo. Jednak w jego wykonaniu nie był to gniewny kobiecy gest, a wyzwanie na pojedynek. Jak już mówiłem Ci wcześniej ten zagajnik toczy jakaś paskudna klątwa. Musi ona mieszać ludziom w głowach i pchać do bestialstwa jakiego normalnie chyba by się nie dopuścili. Albo może nie doceniłem chłodu jaki panuje w duszy Alesio? Nie myśl, że przesadzam. Ledwo Sylvain wyzwał go, a ten dobył kolejnego pistoletu i wypalił mu w brzuch. Chybił na szczęście. Poderwaliśmy się i próbowaliśmy jakoś zatrzymać ich. Cóż, może zatrzymać samego Alesio? Sylvain to człowiek honoru, cnoty i heroizmu. Człowiek przewidywalny. Ten drugi myśli tylko do momentu kiedy sięgnie po broń, a skoro już to wtedy zrobił, nie pozostawiał nikomu wyboru. Heinz próbował jeszcze wejść między nich i powstrzymać tę dintojrę, ale dopiero paraliżująca szpilka Tasmin zakończyła to szaleństwo. Sylvain opuścił broń jak wszyscy się spodziewali. Nie wiem czy dziewczyna wybierając szermierza zrobiła to z rozmysłem nie mając pewności czy Estalijczyk cofnie ostrze widząc niemoc adwersarza, czy zrobiła to w gniewie po tym jak zastrzelił tego związanego nieboraka. Stało się to nieważne, bo Alesio odebrał to jako największą, najohydniejszą zdradę. Przez chwilę nie byłem pewien czy rzuci się na nią, na nas wszystkich, czy też odwróci się i odejdzie. Jak Ci już mówiłem – to człek szalony. Po kanonadzie obelg, których celem stała się zielarka zaczął pakować swe juki. Wiedząc jak bardzo zagrażał wszystkim normalnie powitałbym taką odmianę z radością. Oto uwolnilibyśmy się od człowieka zagrażającego nam wszystkim. Ściągającego na nas niekończący się potok krwi. Niestety ku mojej niechętnej aprobacie, również najlepszego rębajły jakiego widziałem w życiu. Jakkolwiek miewałem ochotę udusić go we śnie, to w naszej sytuacji nie mogliśmy sobie pozwolić na odesłanie go do słonecznej Estalii. Nie mogliśmy go puścić. Czułem, że to mnie przypadnie wątpliwy zaszczyt podjęcia próby utrzymania go u naszego boku. Myślałem, że z nas wszystkich Tamsin będzie miała największe opory przed zatrzymywaniem go. Po słowach, które padły z jego ust i mnie gniew przyćmiłby oczy. Ale mimo wszystko zielarka zganiła mnie gdy potraktowałem go w rozmowie jak cenny nabytek w nadchodzących potyczkach. Zaczynam się zastanawiać czy jej dobroduszność jest aż tak wielka. Czy to możliwe? Czy ona przypadkiem nie mydli nam wszystkim oczu? Nie raz obiło mi się o uszy, że w czasie swoich praktyk warzyła też trucizny. Jakby mało znaczył sam fakt, że para się czarostwem. Obaj wiemy, że sam nie jestem święty, ale z nią będę musiał być ostrożniejszy. Ale odbiegam znów od historii. Porwałem ostatnią flaszę wina od Heinza i ruszyłem w stronę koni, gdzie miotając niemal błyskawicami pałętał się Alesio. Wiedziałem, że dopóki nie sięgnie po broń, można z nim racjonalnie porozmawiać. Dopóki nie unosił się gniewem przemawiała przez niego chłodna i ostrożna kalkulacja. Rzecz w tym, że gniew go aż rozsadzał. Jednak jak to bywa wszystko w życiu bywa złudne. Pod kurtyną furii znalazłem zmęczonego i zawiedzionego człowieka. Kogoś z kim na szczęście mogłem rozmawiać. Wiedząc jak bardzo jest uparty udało mi się przekonać go do pozostania z nami do końca rozprawy z historią Adelinde. Wiedząc jak bardzo jest zmęczony obecnym stanem rzeczy pchnąłem go w stronę zmiany. A przynajmniej ciekawości jak taka odmiana może mu odpłacić. Wydaje mi się, że się udało, ale czas pokaże rezultaty. Sprowadziłem go z powrotem do naszej kompanii, a los pokaże czym dobrze uczynił. Sam osądź. Od razu zaczęliśmy snuć plany dostania się do samego serca całej intrygi – Etiene Proriol’a. Cała narada była strasznie burzliwa i spędziliśmy na niej niemal cały dzień, więc daruję Ci tą opowieść. Tymczasem wracam spać do stajni, bo jutro czeka mnie rozprawa z kupcem i przyda mi się trzeźwy umysł.

Witaj ponownie. Żyję, więc jak się domyślasz plan się powiódł. Sam kontent jestem, więc już spieszę opowiedzieć jak cała sprawa się rozwinęła. Korzystając z wozu i przypraw, które mi przypadły po odejściu od mojego dawnego pracodawcy miałem się pojawić we dworze kupca. Wybadać teren i wrócić do naszej kompanii skrytej labiryncie winnych krzewów. Negocjacje nie poszły do końca po mojej myśli, alem zainkasował gotowiznę, samego tłuściocha zobaczył i ile mogłem tom wyniósł z tej wizyty. Wraz z szalenie wykwintnym obiadem – moją skromną nagrodą za podjęte ryzyko. Po wyjeździe odprawiłem młodzika, któremu polecono mnie śledzić i spotkałem się z kompanią. W pobliskiej wsi przekazaliśmy wieśniakom list, w którym oferujemy Proriol’owi odkupienie Adelinde od nas za astronomiczne pieniądze. W nadziei, że zmusi się do podzielenia najętych przez siebie żołdaków czekaliśmy obserwując jego posiadłość. Kiedy jeźdźcy ruszyli my postanowiliśmy się zakraść do posiadłości i przywitać kupca ofertą nie do odrzucenia. Heinz mile mnie zaskoczył wykazując się iście wiewiórczą zdolnością do wspinaczki. Po opuszczonej przez niego linie dostaliśmy się do posiadłości. Myszkując na tyle cicho na ile mogliśmy dostaliśmy się do sypialni i zastaliśmy ją pustą. Atmosfera podniecenia zdawała się udzielać wszystkim. Chcieliśmy go zaskoczyć i przyprzeć do muru, ale tłuścioch nie nadszedł. Jakkolwiek pokochałem pomysł przebrania Heinza w ubrania Etiene’a i ukrycia go między manekinami, plan ten musieliśmy odpuścić sobie. Zmuszeni do działania zbliżającym się świtem postanowiliśmy zakraść się do głównego gabinetu. Uparcie odsuwając pomysł by wpaść głównymi drzwiami zakradliśmy się od tyłu, gdzie miałem okazję dać pokaz własnych sztuczek. Może nawet zbyt dobre wrażenie udało się mi zrobić? Zaczynają być podejrzliwi. Ale i wtedy nie było czasu na roztrząsanie tego, ani Ciebie nie będę swoimi wątpliwościami zanudzał. Dostaliśmy się do gabinetu, ale poza dokumentami nie było tam niczego godnego uwagi. Zaczęliśmy szukać przejścia świadomi, że ta przeklęta baryła najpewniej uprzedziła nasz podjazd i teraz wymyka nam się z rąk. Na szczęście udało nam się natrafić na korytarz ukryty wśród skał za posiadłością. Prowadził on do sławnego magazynu Proriol’a i tam znaleźliśmy na straż, oraz samą panią kapitan, którą przyszło mi przelotnie poznać dzień wcześniej. Nie, to nie tak jak myślisz. To inny typ kobiety. Bardzo zaangażowana w swoją pracę. Obsesyjnie bym powiedział, ale szanuję ludzi znających się na swoim rzemiośle. Powiedziałem ludzi? Przepraszam, owa kobietka jest z leśnego ludu. A mówię jest, bo spotkanie nasze, podobnie jak wszyscy zastani w posiadłości najmici, przeżyła. Przebiliśmy się przez jej zasadzkę dzięki krzepie Heinza i gadce Alesio. Cieszę się prawdziwie, bo zdaje się, że moja rozmowa z tym rębajłą zdaje się przynosić efekty. Kiedy zdał sobie sprawę, że kapitan ostrzem umyślnie minęła jego gardło sam postanowił jej darować życie. A może to kwestia szacunku na jaki zasłużyła sobie w jego oczach? Cóż, mam nadzieję, że stanie się ona nową nicią rozsądku w jego życiu. Szerokiej kurwa drogi. Wracając zaś do meritum, by nie nudzić Cię nadto. Kiedy już dopadliśmy kupca i opuszczaliśmy winnicę ranni i gonieni jakby przez same demony, Tamsin doszła do pewnego ważnego wniosku. To nie sam Proriol stał za całą aferą z porwaniem Adelinde. Inspiratorem był Ernko, czy jak tam ten delikwent się zwał. Człowiek, który zlecił moim współtowarzyszom całą tą misję, a teraz który inspirując bandy Zakapturzonych sabotuje interesy bretońskich kupców. Proriol wykazał się elastycznym myśleniem jak na kupca przystało. Fakt, że nie poszczerbiliśmy zbytnio jego ludzi i bez problemu przeniknęliśmy przez jego straż widać również pomógł mu w podjęciu z nami dialogu. Odwołał on straż, z której tak sobie zakpiliśmy i ugościł jak swoich. Ha, fortuna naprawdę potrafi być zmienną, ale sam o tym wiesz najlepiej. Nie ufam jeszcze temu tłustemu kupczynie. Zdaje się być nieudacznikiem, ale tak bajecznych pieniędzy jakimi władał wcześniej nie zdobywa się nieudolnością. Nie zamierzam nie doceniać go. Kto wie, może jednak zaczniemy współpracę? Tymczasem czas mi się udać na spoczynek. Potrzebuję sił, bo ranna ręka daje mi się we znaki. Bywaj i do rychłego!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s