Nad ranem złożyli wreszcie głowy do snu. Wstali późno, w różnym stopniu odczuwając skutki minionej nocy. Heinz nie rozstawał się z garncem wina, zgodnie z zasadą ostrożnego przyjmowania lekarstwa na wcześniejsze, mniej umiarkowane pijaństwo. Sylvain w milczeniu wpatrywał się w resztki drewna dogasające w kominku. W dym, z którym dawno już uleciały spalone papiery. Smętna metafora pohańbionego dziedzictwa. Zielarka rozmówiła się krótko z karczmarzem, oferując skromne zapasy ziół i swoje umiejętności chorym z wioski, jeśli tacy się w niej znajdowali. Ten jednak uprzejmie przypomniał jej, że nie potrzebowali pomocy, choć we wsi nie było zajmującej podobne stanowisko osoby. Zaskakujące, ale nawet ta niewinna rozmowa doprowadziła do kolejnego spięcia między dziewczyną, a estalijczykiem. Alesio zżymał się na jej postawę, jakby oczekiwał, że porzuci nagle wszystkie swoje dotychczasowe nawyki i skupi swoją uwagę tylko na nim. Dziewczyna nie wytrzymała, po raz kolejny zmuszona do obrony swojego powołania i robiąc dokładnie to, czego się obawiała, oznajmiła co powinien już wcześniej zrozumieć. Nie była kimś, kto mógł udać się z nim do posiadłości w dalekiej Estalii, spokoju i luksusów. Bez względu na porywy serca nie mogła, czy też nie chciała wybrać wygodnej ścieżki, jaką oferował. Z bólem patrzyła na spodziewaną reakcję, estalijczyk w milczeniu, urażony zostawił ją samą. Zawołała za nim, a gdy się nie odwrócił, ukryła na chwilę twarz w dłoniach. Podejmowała jednak dobrą decyzję, wiedziała o tym.

Jeszcze tego samego dnia zostawili za sobą wioskę. Droga do Grunere dłużyła się, pomimo pięknej pogody i otoczenia, które mogłoby zachwycić tych o lekkim sercu. Między dwójką podróżujących zalęgła się cisza, pozostali zajęci byli własnymi myślami. Szli więc w milczeniu, tylko równe tempo kroków i stukot kopyt na trakcie oznajmiały kolejne przebyte mile. Do czasu, gdy usłyszeli nieodległe krzyki i szczęk oręża świadczący o toczącej się, prawdopodobnie za kolejnym zakrętem drogi, walce. Sylvain wskoczył na konia, do tej pory prowadził go obok siebie za wodze, a Heinz wyrwał za nim. W biegu wyciągając przed siebie nowozakupioną siekierę. Reszta przyspieszyła kroku. Alesio spojrzał na zielarkę z dziwną, obcą miną, ale nie pobiegł do przodu, kordelasa też nie wyciągnął. Zdawał się mówić, że ta sytuacja nie interesuje go ani trochę. Na drodze stał wóz wyładowany sporymi, drewnianymi beczkami. Na koźle martwy woźnica otwierał usta do krzyku, który miał się już nigdy nie wydobyć. Z dwójki ciągnących go koni, jeden leżał powalony na ziemi, kwicząc i wierzgając. Brzechwy kilku strzał wystawały z jego boku. Drugi obracał się coraz bardziej niespokojnie, uprząż i dyszel wozu blokowały mu możliwość ucieczki. Kilka kroków od wozu zakapturzony bandyta ścierał się z uzbrojonym mężczyzną. Z prawej strony drogi, spośród gęstwiny drzew co rusz wypadały ze świstem strzały, napastników nie było jednak widać. Dalej z przodu inny napastnik zabierał miecz znad osuwającego się ciała. Rycerz zaszarżował, w przelocie uderzył pierwszego i od razu pogonił konia na drugiego bandytę. Heinz skoczył między drzewa. W ich cieniu zwolnił kroku i rozejrzał się za napastnikami. Od razu wypatrzył przyczajonego obok ciemnego konaru mężczyznę z łukiem. Wystarczyło ledwie kilka kroków, by znalazł się tuż obok zaskoczonego bandyty. Szerokie ostrze zatoczyło w powietrzu krótki łuk i z ogromną siłą wbiło się w drewno. Heinz zaklął gniewnie i wyszarpnął uwięzioną siekierę. Zanim łucznik zdążył zrobić cokolwiek, leśnik zamachnął się jeszcze raz. Metal z jękiem wgryzł się w drewno. Stojący obok człowiek nie był żadną przeszkodą. Siekiera gładko przeszła przez ciało, rozlewając krew na okoliczne liście. Rozległ się wystrzał, spośród beczek na wozie wyłonił się młody mężczyzna. W rękach trzymał dymiącą lufę garłacza, którego nie zdążył użyć woźnica. Taką scenę ujrzała Tamsin zbliżająca się do miejsca napaści. Chwilę później przez zarośla na trakt przebił się Heinz, w obu rękach trzymający ociekającą krwią broń. Mamrotał z zadowolenia, uśmiechając się pod zarostem.

Patrzcie, jaka siekiera, porządne ostrze…

Dzięki ich interwencji bandyci ponieśli porażkę, choć spośród ludzi podróżujących wozem, przeżyła tylko jedna osoba. Młodzieniec słusznej budowy, szeroki w barkach, wysoki, na oko dwudziestokilkuletni ubrany był w mieszankę stroju typowego dla uniwersyteckich korytarzy i typowo podróżnych elementów. Wysokie, jeździeckie buty, miecz nazbyt niedbale przypasany i krótka peleryna z wysokim kołnierzem łączyły się ze studenckim uniformem. Sporych rozmiarów wąsy przyciągały uwagę do twarzy, którą na pierwszy rzut oka można było pominąć w tłumie. Uważny patrzący dostrzegłby jednak żywe spojrzenie niebieskich oczu i nie wyrzuciłby jej tak prędko z pamięci. W obecnej sytuacji zachował spokój, uśmiechał się do nich z życzliwą wdzięcznością, a jego ciemne źrenice stanowiły odbicie bystrego umysłu. Przedstawił się jako Einhard von Regenwalde, pomocnik kupca winnymi przyprawami. Tamsin z miejsca przypadł do gustu, choć oczywiście nie był to powód, dla którego namawiała pozostałych, by nie zostawiać go samotnego na drodze. Ostatecznie, choć wbrew oporom jednej osoby, sprzeciwiającej się powiększaniu ich kompanii o każdą, zbłąkaną na trakcie personę, zdecydowali się zabrać młodzieńca ze sobą do miasta. Sylvain zaproponował zaprzężenie szlacheckiego rumaka do wozu, w miejsce konia, którego niestety musieli dobić. Rumak był równie chętny do pomocy obcym, co Alesio i następne dwie godziny mężczyźni spędzili próbując ogarnąć plączące się paski uprzęży na niesfornym wierzchowcu. Należało również pochować zmarłych, oddając ich pod opiekę Morra. Dlatego minęło sporo czasu, nim posunęli się do przodu, a gdy ujrzeli w oddali zamek i zabudowania Grunere, zapadał wieczór.

Rozbili obóz poza traktem, nie chcąc wjeżdżać nocą do miasta, w którym spodziewali się zastać nieprzychylnych i zastawionych na nich najemników. Nowo poznany towarzysz skomentował tęsknie brak wygód oraz dostatecznej ilości wina, ale przystał na spędzenie nocy pod gołym niebem razem z nimi. Dopytywał się wprawdzie powodów tej decyzji, ale żadne z nich nie skłaniało się jakoś szczególnie do dzielenia z bądź co bądź obcym człowiekiem gnębiącymi ich problemami. Tamsin korzystając z resztek dziennego światła przeszła się jeszcze wokół szerokim kołem, ale ku swojemu rozczarowaniu nie znalazła żadnej rośliny, która mogłaby powiększyć jej skromne zapasy. W rozbitym naprędce obozie Alesio ulokował się w niewielkim oddaleniu od reszty. W milczeniu ułożył się spać, próbując ignorować toczące się nieopodal rozmowy. Cały dzień zresztą niewiele się odzywał, a jeśli coś go z tego milczenia wytrącało, jego ton był nieprzyjemny, słowa zaś najczęściej miały na celu, choćby i w zawoalowany sposób uderzyć w zielarkę. Heinz wespół z młodzieńcem korzystał z ostatnich zapasów wina, jakie znajdowały się w posiadaniu tego drugiego. Ku swojej rozpaczy nie potrafił przy tym dość dobrze upilnować Adelindy i dziewczynka, choć odsyłana spać na wóz, powracała natrętnie, wtrącając się zarówno w toczące się rozmowy jak i popijanie karminowego trunku. Język rozwiązał jej się przy tym okropnie i nie przejawiając oporów właściwych reszcie, zdradziła Einhardowi całą historię swojego porwania, podróży i wreszcie próby rozwikłania zagadki szemranych interesów jej kuzyna, jakiej postanowili się podjąć. Młodzieniec, syn szlacheckiej rodziny pochodzącej z Averlandu z zainteresowaniem przysłuchiwał się opowieściom. Nie przestraszył się jednak, ani nie zniechęcił, nawet na wyraźne ostrzeżenie przed mogącym ich czekać niebezpieczeństwem. Rankiem więc, mniej lub bardziej dokładnie wiedząc w co się pakuje, wespół z nimi ochoczo podążył do miasta. Jedynie Sylvain oraz Sebastian, który przez ostatnie dni nie czuł się zresztą najlepiej, zostali przy wozie w miejscu noclegu.

Grunere okazało się bardzo urokliwym miasteczkiem. Na podgrodziu minęli wprawdzie żebraków oraz mrowie małych uliczników, w samym mieście jednak, już za murami, nie natknęli się na żadne przejawy biedoty. Domy były kunsztownie zdobione, ulice czyste, a kupcy nienatrętni. Schludnie ubrani mężczyźni prowadzali pod rękę wystrojone damy. Tamsin, rozglądająca się wokół z zainteresowaniem, chłonąca piękno elementów architektury i niewielkich, zadbanych ogrodów, poczuła się nieswojo. Oto przyszli dopuścić się czynów haniebnych. Mniejsza o pobudki. Towarzyszący jej mężczyźni swobodnie rozmawiali o konieczności mordowania. Dyskusje te kładły się cieniem w jej umyśle. Sielankowa fasada otoczenia kontrastowała mocno z czynionymi przez nich założeniami.

Odnalezienie właściwej karczmy nie przysporzyło im żadnych problemów. Był ranek, nie spodziewali się w niej wielu gości. Stając pod jej wejściem zauważyli jeszcze przybity do drzwi pergamin. Einhard, jako jedyny znający bretoński odczytał znajdującą się na nim wiadomość. Z papieru wynikało, że “Vive la Liberte” była wynajęta do odwołania i zamknięta dla gości. Fakt ten nieco zmieniał postać rzeczy. Alesio, który łapał już za klamkę zawahał się, po czym nacisnął ją znacznie ostrożniej niż pierwotnie zamierzał. Po kolei wchodzili do cichego wnętrza.

Zielarka nie odzywała się niemal w ogóle. Z każdego kąta wysuwały się w jej stronę ciemne macki przyszłych wydarzeń. W uszach brzmiały jej słowa śmierci. Wyciągnięta w rękach bliskich jej osób broń, przerażała. Nie umiała przeciwstawić się zbiorowej woli, ucichła więc, swoją biernością pozwalając, by w ciągu następnych minut sprawy potoczyły się dokładnie tak, jak nie powinny.

“Mówiłem, że tak będzie.”

Uderzyła o deski podłogi z siłą, która wytrąciła jej dech z piersi. Cierpienie, czające się dotąd w cieniu rzuciło się ku jej bezwładnemu ciału. Ból otoczył ją bezlitosnym kokonem. Płuca paliły, wzrok odmawiał posłuszeństwa, wszystko stało się nagle rozmyte, jakby od reszty świata oddzielała ją gęsta mgła. Z tej perspektywy antresola, z której została tak lekko strącona jawiła się niemożliwie daleko. Spazmatycznie otwierała usta, bez skutku, powietrze omijało ją złośliwie, wzburzone upadkiem drobinki kurzu tańczyły wokół naśmiewając się z tej niemocy. Dryfowała porwana przez doznania, których kierunek mógł być tylko jeden. Umierała.

Z bardzo daleka dobiegł ją jeszcze okrzyk strasznego gniewu. Gasnący umysł rozpoznał ten dźwięk i ogarnął ją smutek. Nie pamiętała, ale oznaczał on coś niedobrego. Coś, czego zawsze należało żałować.

Obudził ją pocałunek księcia… Nie, nie tak.

Wtłoczone na siłę w usta powietrze wciągnęło ją z powrotem do świata żywych. Cichy jęk był jedyną odpowiedzią, jaka wydobyła się z jej gardła. Pierwszym ledwie na wpół świadomym odczuciem była radość. Zaraz potem wrócił ból. Wróciły obrazy walki.

Ich dwóch biegnie przodem. Twarze zastygłe mają w maskach paskudnej determinacji. Idą zabijać. W innym świecie krzyczy do nich, zatrzymuje, cofa. W tym snuje się smętnie za nimi. W górę, z każdym stopniem bliżej nieuniknionego. Wie przecież, że sama nie wyciągnie żadnego ostrza. Nie chce, nie potrafi. Ponad wszystko nie pragnie posiadać tej zdolności. Tyle już przecież razy cudze życie przeciekło jej między palcami. Rzeczywistość nie powinna wymagać tego od niej. Staje wreszcie na szczycie schodów. Krew już została rozlana. Niezdecydowanie mocno trzyma ją w swoich sidłach. Jednego, może chociaż jednego zdoła uratować. Boi się bardzo i ma powody. Mężczyzna, którego wybrała atakuje ją nożem. Unika go z trudem, moc rośnie w niej przeciskając się pomiędzy emocjami. Dotyka go lekko, nie patrząc w twarz, wypisana na niej chęć skrzywdzenia jej mogłaby jeszcze zburzyć kruchą kontrolę. Koniuszki palców wibrują, słabe niebieskie światło wnika w twardą pierś i mężczyzna zastyga w bezruchu. Nie na długo niestety. Tuż obok tańczy śmierć. Czai się z uśmiechem nie wiedząc jeszcze kogo wybrać. Czeka. Na sprawne pchnięcie ostrzem, czasem kilka, jeśli jednego jest za mało. Mężczyzna naprzeciw porusza się. Kiełkujący w głowie pomysł sprawia, że dziewczyna zaczyna nagle kłamać jak z nut. Cud, że język przy tym nie odmawia jej posłuszeństwa. W wyciągniętej dłoni rozpala się drobny płomień, obcy cofa się pod ścianę przestraszony. Trwają tak wieczność całą, w czasie której zmieniają się tylko dochodzące ich odgłosy. Szczęk stali trącej o stal, stęknięcia i krótkie okrzyki, czasem jęki, rumor towarzyszący przesuwaniu stanowiących przeszkód mebli. Umysł Tamsin sięga coraz dalej, coraz głębiej snując się za cienką nicią magii, aż ta wyrywa się i dziewczyna traci kontrolę. Maleńki do tej pory płomyk wybucha i ogarnia ją całą. Wysokie jęzory niebieskiego ognia obmywają dziewczęce ciało, dopóty gdzieś w środku z obrzydliwym hukiem nie zatrzaskują się wewnętrzne drzwi, pozostawiając ją bardziej niż do tej pory bezbronną. Silne dłonie chwytają ją w objęcia, z których nie ma szans się wyrwać. Spada wypchnięta.

Żaden z obcych nie przeżył.

Alesio patrzy na nią. “Mówiłem, że tak będzie”, mówi mając na myśli jej stan.

Nie ma sił. Jeszcze nie wierzy, że naprawdę nie umarła. Dlaczego nawet teraz musi się zmagać z jego wstrętnym samozadowoleniem? Przyszli, by zabijać. Jak więc mogło być inaczej? Dobrze, że w obolałej piersi wciąż brakuje jej tchu. Krzyczą tylko zepchnięte głęboko emocje.

Potem jest tylko gorzej.

Einhard i Leśnik zajmują się ciałami. Nie tylko ona została ranna i zmuszeni są zatrzymać się tutaj. Alesio zostaje przy niej, ale pod znajomą powłoką kryje się zupełnie inny mężczyzna. Słowa między nimi ciągną się jak zamulona rzeka. Za dużo tego wszystkiego.

Znaleziony przy zamordowanych mężczyznach list wytyczył im dalszy kierunek działania. Karczmarz, jedyna osoba która uniknęła dokonanej przez nich masakry, wskazał im chłopca służącego, nieżywym już najemnikom, za gońca. Dwa dni później, podleczywszy rany, uruchomili więc machinę powiadomień i stawili się na planowanym miejscu wymiany. Jak w liście stało. Dzień drogi od Grunere, w miejscu gdzie na polanie za rzeką znajdowały się kamienie graniczne, wyznaczające niegdyś koniec królestwa ludzi. Ogromne drzewa, wśród których szukali kryjówki zwane był Lasem Skazańców. Przed wiekami elfy srogo karały każdego, zapuszczającego się pomiędzy nie człowieka. Prastare otoczenie wzbudzało mistyczne doznania tak mocno, że Tamsin bezwiednie się temu poddała. Smukła ręka, jakby bez udziału woli sięgnęła do przodu i pogładziła chropowatą korę jednego z gigantycznych drzew. Rzeczywistość zamigotała odsłaniając przed nią sunące wokoło Wiatry. Razem z nimi przyszło prawdziwe Widzenie. Sapnęła, czarne włosy zafalowały. Uderzył ją widok półprzezroczystych, widmowych sylwetek. Ludzie przybijani do drzew, wykrzywieni w cierpieniu, zabijani. Ich ból, przerażająco realny przenikał przez wzniesione w powietrzu ciało dziewczyny. Delikatne, niemal wdzięczne smugi oprawców krążyły wokół konarów umiłowanych przez nich drzew. Wokół nich gromadziły się negatywne emocje. Gniew i cierpienie naznaczały każde źdźbło trawy, każdy liść, każdą gałązkę. Powietrze wibrowało od krzyków dawno już martwych gardeł. Echa tych głosów raz za razem uderzały w odsłonięty umysł zielarki. Współczucie wykręcało ją, świadomość okrutnie odbieranego życia wgryzała się w jej wnętrze. Bolało. Bolało, nawet kiedy się ocknęła. Przytłoczona odczuciem śmierci, widokiem zapomnianych dusz, dręczących ich wiecznym gniewem i pragnieniem zemsty rozglądała się trwożliwie dookoła. Następnych kilka godzin spiętego oczekiwania, choć wrażenia blakły nieco, było przy tym kolejną torturą.

Nic nie poszło jak trzeba. Nie mogło być inaczej, skoro żadne ich działania nie wykluczały podjęcia walki. Żadne nawet nie odsuwały jej wystarczająco daleko. Prastare drzewa znowu zabarwiły się krwią. Żyjące w ich cieniach mściwe dusze śpiewały ze szczęścia. Czerpały z niej siłę.

Na środku pola walki zielarka znowu wykorzystywała moc. Alesio ścierał się z przywódcą nadesłanej grupy i dziewczyna pragnęła powstrzymać, na tyle na ile mogła, niepotrzebny rozlew krwi. Czar sprawił, że mężczyzna zamarł jak inni przed nim. To, co zdarzyło się później zniszczyło bardzo wiele. Alesio nie wykorzystał okazji, pomimo jej krzyków i próśb. Nie próbował nawet. Stała tak blisko, że krew sparaliżowanego, całkowicie wystawionego na atak mężczyzny obryzgała jej policzki. Wrzasnęła, obrzydliwa świadomość rozlała się w środku jej głowy. Skuliła się przy ziemi ogarnięta jakimś strasznym cierpieniem. Łzy obficie popłynęły jej po twarzy, mieszając się z krwią i sprawiając, że przy każdym spazmatycznym szlochnięciu jej smak wdzierał się na nowo w usta dziewczyny. Płakała, z całych sił pragnąc cofnąć coś, czego się odwrócić nie dało.

Pomiędzy rozsianymi na polanie ciałami przechodziła smutna dziewczyna. Klękała przy każdym, nie bacząc że dół prostej sukienki cały barwił się już na czerwono. Muśnięcia palców za każdym razem szukały tchnienia życia. I za każdym razem cofały się rozczarowane. Spuszczała wtedy głowę i przesuwała otwartą dłonią od czoła po brodę, oddając cześć zarówno zmarłym jak i posłańcowi Morra. Wstawała i szła dalej. Ciał było dużo.

***

Einhard Pogawędka pierwsza

To ja. Dawno się nie odzywałem choć po prawdzie nie miałem czym zawracać Ci głowy. Przepraszam mimo wszystko. Zdawało mi się, że osiadłem na jakiejś mieliźnie swojego życia. Odkąd musiałem opuścić Averland aż do samej Bretonii, jak sam wiesz, gnała mnie przygoda, a kiedy osiadłem na ciepłej posadce u tego chciwego wieprza Jacques’a wszystko straciło dla mnie smak. Na początku swojej służby nawet się starałem być dobrym współpracownikiem i sumiennie wyciągać sens z gwiezdnych map przez co moje przewidywania niemal zawsze się sprawdzały. Gówno wiedziałem o handlu i zdaje się, że dalej wiem tyle samo, ale wróżby dawały nawet zadowalające efekty. Moje porady wydały się staruszkowi niezawodne. Okraszone właściwą dozą mistycyzmu zawsze brzmiały jak nieunikniona przepowiednia i szybko wyrosłem na jednego z jego głównych doradców. Jacques jako człowiek o wrodzonej kupcom zapobiegliwości dał się omotać bez reszty władzą nad przeznaczeniem i zaczął mi ufać bezgranicznie. Nie zauważył kiedy przestałem nawet spoglądać wieczorami w mozolną wędrówkę planet i konstelacji, a do tego mimo pochmurnego nieba wciąż ostrzegałem go przed kradzieżą, niegodnym zaufania posłańcem i innymi zagrożeniami. Obrastałem w tłuszcz i czekałem na znak, a ku mojej radości ten znak wreszcie nadszedł i przeraził mnie nie na żarty.

Wzeszedł Morslieb w pełni swojej ponurej i strasznej chwały. Kreśląc swoją drogę przez milczące niebo oznajmił, że szczęście odwraca się od mojego mocodawcy. Jak zawsze swoim złowieszczym zielonym blaskiem głosił żałobę i rozpacz. Wzywał do drogi, a z moich wyliczeń wynikało, że mam dwa dni nim straszny los stanie się i moim udziałem. Jak zwykle nie siląc się na wyjaśnienia zniknął nim wzeszło upragnione przeze mnie słońce. Tego jeszcze ranka zacząłem szykować się do drogi. Spakowałem całe złoto, ostatnie butelki Rubinowego trzymane na dnie kufra, swoje najlepsze ubrania i wszystkie pamiątki po mojej tułaczce po Imperium. Maskę z pamiętnego Dnia Kaprysu w Streißen, miecz wygrany w kości na brodzie w Stimmigen i ten skonfiskowany łom z niezapomnianego posterunku w Loningbrck. Nie dałem po sobie poznać, że szykuję się do drogi, ale kiedy tylko Jacques oznajmił, że wysyła wóz do jednej z przetwórni – zgłosiłem się od razu. Skarżąc się na marazm i uspokajając nadchodzącym łaskawym losem przekonałem go by wysłał właśnie mnie. Chyba winić nie będziesz za to drobne kłamstwo, prawda? Dzień przed sądnym dniem udało się wyruszyć z małą grupką najmitów i wiecznie pijanym woźnicą, który na szczęście nie zgłaszał wątpliwości co do późniejszej zmiany trasy naszej podróży. Wiesz, wydaje mi się, że pijaństwo woźniców, to jakaś globalna plaga. A skoro już przy nich jesteśmy, to muszę Ci opowiedzieć kawał, który tuż przed wyjazdem zasłyszałem od jednego z pachołków. Słuchaj tego:

Wróci szlachcic zimą do swojego zamku. Dwa tygodnie go nie będzie. I nim przez bramę wjedzie, zobaczy wyszczany napis we śniegu. A tam szczyną pisane stać będzie: „Witamy Jaśnie Oświeconego Pana!”.

Louis, któż te litery był nakreślił? – się rycerz obruszy i spyta woźnicę

Jam to napisał Panie Najjaśniejszy – woźnica odpowie

Wszak ty niepisaty jesteś! – zadziwi się rycerz

Bo widzicie Panie to Jaśnie Panienka pióro dzierżyła.

Wydaje mi się, że ten na koźle mojego wozu był równie pijany na co dzień by takie głupstwo palnąć. Nie dowiemy się tego bo frant pierwszy zginął w zasadzce. Nawet tego oklejonego sadzą samopału nie zdołał unieść, ba nawet krzyknąć. Kiedy tylko opadli nas Zakapturzeni, czy jak ich tam tutaj zwą, posypały się strzały i nim się połapaliśmy, woźnica wyzionął ducha, straciliśmy konia i ranny został jeden z najmitów. Myślałem, że wyjechałem za późno, że pomyliłem się w obliczeniach i fatum, które zawisło nad moim mocodawcą przylepiło się i do mnie, a teraz zaciągnie mnie prosto przez bramę zaświatów. Choć nie spałem wtedy w nieswoim łóżku, jak przepowiadał mi niegdyś kapłan Morra wróżąc śmierć, to i tak byłem pewien, że tam się pożegnam z życiem. A kiedy już decydowałem, że nie sprzedam tanio swojej skóry i sięgałem po ten paskudny garłacz, los robiąc to co ma zapisane w swojej naturze odmienił się. Zza zakrętu jakby prowadzony przeznaczeniem wyłonił się rycerz. Kurwa rycerz! Ja wiem, że mam szczęście, ale to jest kurwa przesada. Nie żebym narzekał, ale do takich odmian losu jeszcze mnie życie nie przyzwyczaiło. Konny staranował jednego z grasantów wdeptując go w trakt i z tego co widziałem przeszył kopią drugiego. A może to było tylko moje pobożne życzenie? Teraz już nie jestem pewien. Za to byłem absolutnie przekonany, że jeszcze kilku jego kamratów czai się w krzakach. Wykrzykując pierwszą lepszą obelgę czy też groźbę, która nawinęła mi się na język wypaliłem w zarośla. Ciężko stwierdzić czy kogoś położyłem, ale po chwili z przeczesanych szrapnelem zarośli wyłonił się jakiś leśny dziad ze skrwawionym toporzyskiem. On pewnie ostatecznie rozwiązał kwestię tych oprychów czających się w krzakach. Coś jednak było znajomego w jego gębie i odzieniu. Nie był stąd. Nim jednak pozwoliłem sobie obejrzeć ich obu, grono powiększyło się o kolejną dwójkę. Jakaś czarnowłosa niewiasta w towarzystwie odzianego na czarno opryszka o naburmuszonej twarzy dołączyła do nich. Kiedy minęło zaskoczenie zdałem sobie sprawę, że władają Reikspielem! To ci heca! Na szlaku w Bretonii ratują mnie od zdradzieckiej strzały rodacy! Szaleństwo, nieprawdaż? Ale nie mogłem tracić głowy by z tego wybrnąć. To że nie zginąłem z ręki tych bandytów, nie oznaczało jeszcze wcale bezpieczeństwa. Musiałem przejąć inicjatywę. Chociaż podziękować. Wciąć się. Chwila zastanowienia i przedstawiłem się jako Einhard von Regenwalde, a potok słów przyszedł jak zwykle. W takiej zbieraninie ciężko było wywnioskować czego w zasadzie mogą chcieć ode mnie, więc grałem na czas kurtuazyjnością by móc im się lepiej przyjrzeć. Rycerz był prosty do odgadnięcia. Nie pytał o nic, nie szukał interesu w tym co zrobił. Zgniótł ludzi nastających na człowieka w opresji. Niewiasta? Po pierwszych jej słowach i jej spojrzeniu godnym samej Shallyi od razu wiedziałem, że nie muszę spodziewać się z jej strony wrogości. Nie dość, że wywodziła się na pewno z Imperium to nawet naciskała na swoich kompanów by mi pomogli. Ta dwójka od razu stała się moim punktem zaczepienia. Leśny rębacz nie odzywał się jakby czekając na decyzję reszty i zdawał się poświęcać więcej czasu swojemu toporzysku co mnie po prawdzie niepokoiło. Ale to mój rodak – na pewno, więc jakąś nić porozumienia znajdziemy. Z resztą znam ten typ. Podróżowałem z takimi jak on nie raz. Stąd to dziwne przeczucie, które miałem spostrzegłszy go po raz pierwszy, a te nie zwykły mnie mylić. Został jeszcze ten odziany w czerń zakapior. Badał mnie. Ważył każde moje ugładzone słowo, które kierowałem do jego towarzyszy i wycenił mnie na zbędny balast. Mówił przez niego zdrowy rozsądek. Coś czego w tym kraju dawno nie widziałem. Może nawet bym się z nim zbratał później, bo podobnie sam bym chyba ocenił na trakcie taką znajdę co to straciła konia i obstawę. Co tu kryć – obraz był faktycznie żałosny. Musiałem przekonać go i to szybko zanim uzmysłowi reszcie jak bardzo ich obciąży moje zbędne towarzystwo. Wiedziałem, że jeśli stracę ich uwagę to pójdą dalej, a wtedy już przyjdzie nocować na szlaku. „Złoty klucz otwiera wiele drzwi” jak mawiał mistrz Goran na naukach. Przypomniałem sobie ile na wozie jest towaru i złożyłem ofertę. Zbyt szybko i nieuważnie jak się okazało. Nieznajomy okazał się szlachcicem do kurwy nędzy i w jego mniemaniu obraziłem go. Musiałem to potknięcie szybko załagodzić, bo widziałem dobrze, że gotów jest mnie ustrzelić i wziąć ładunek sam. Zmroziła mnie ta możliwość, bo wiedziałem, że w jego głowie rodzi się podobna myśl. Na szczęście, ładunek na wozie nie był złotem. Gdyby nie to, pewnie już bym leżał w rowie roztaczając mdlący smród nieudanego interesu. Na czas zasłoniłem się tym, że to ja mam kontakty z nabywcami i jeśli nie chcą ganiać po targach i sprzedawać nie swój towar, to beze mnie się nie obejdzie. Czułem, że wygrałem, że wyrwałem się z tej matni, która pewnie już zaciskała palce wokół nieszczęsnego Jacques’a. Może nie było w moim tryumfie szczególnego stylu, ale z żałosnej znajdy w opresji stałem się jakąś tolerowaną częścią tego dziwnego orszaku. Rycerz, którego zwali Sylvainem, zaoferował zaprzęgnięcie swojego wielkiego rumaka do wozu, co zdziwiło mnie nie na żarty. Wtedy zauważyłem, że nie nosi na żadnego znaku herbowego. Jeśli to jakiś ogłoszony banitą błędny rycerzy – lepiej trafić nie mogłem. Ale by to wyjaśnić musiałem zaczekać. Dość nasza znajomość była chwiejna, a pamiętać trzeba, że nie tylko rzeki Imperium pełne są ludzi ciekawskich, nieprawdaż? Wszelkie pytania musiały poczekać. Jedyne czym musiałem się zadowolić na tę chwilę to ich imiona. Topornik zwie się Heinz. Dobroduszna dziewczyna nosi imię Tamsin, a niechętny mi estalijski szlachcic zwie się Alesio. W tej wesołej gromadce pałęta się jeszcze jedna zagadkowa dla mnie dusza. Mała dziewczynka o imieniu Adelinde. Z całą pewnością ze szlachetnego rodu imperialnego. Już wtedy pomyślałem, że to ona jest powodem ich zmartwień, ale tego musiałem dowiedzieć się inaczej.

Domyślam się, że już Cię nudzę, więc przyspieszę nieco tępa za Twoim przyzwoleniem. Droga wypadała im przez Grunere, a ja sam chcąc spieniężyć ładunek musiałem się udać do jedynego handlarza, którego znałem w tej okolicy – Etiene Proriol’a. Szczęśliwie było to w miarę po drodze. Uznałem, że kupiec w tarapatach nie powinien odmówić mojej ofercie, a wszelkie pytania powinno udać mi się zbyć tłumaczeniem o burzliwych czasach czy innymi banialukami. Beczki trafią do niego, a pieniądze do mojej kieszeni. Naszych znaczy. Jeszcze wtedy z trudem żegnałem się z każdą uncją złotego kruszcu. Choć kiedy rozważyłem możliwość pozostania na trakcie z przyprawami i trupami, które z pewnością ściągnęłyby wilki, rozstanie to stało się dużo łatwiejsze.

Kiedy zbliżaliśmy się do miasta i w oddali zamajaczyła niesamowicie strzelista wieża zamku, moi towarzysze postanowili jednak nie zbliżać się do miasta i spać przy trakcie. Próbowałem ich subtelnie skłonić do wyjawienia powodu tak absurdalnego zachowania niewinnym zdziwieniem i pokusą ciepłego posłania, ale pozostali milczący. Nie byłem jeszcze w pozycji do negocjacji. Jenak okazja do wyciągnięcia kilku informacji pojawiła się szybciej niż się spodziewałem. Adelide, eskortowana przez nich dziewczyna, przysiadła się do mnie i Heinza kiedy zaczęliśmy gawędzić przy popasie. Po prawdzie przysiadła się bardziej do samego wina i kiedy leśnik oddalił się, udało mi się skłonić skołowaciałą dziewczynę do mówienia. Może nawet i zyskać jej sympatię – jakkolwiek to mało mogło teraz znaczyć. Nie wiem czy docierają do Ciebie wieści z tej dzikiej Bretonii, ale okazało się, że dziewczyna została odebrana ojcu i teraz oni prowadzić ją mieli z Imperium w ręce umówionego odbiorcy. Ku szczęściu dziewczyny się im odwidziało po drodze, a ku mojemu zmartwieniu w karczmie w Grunere czekać na nas miało kilu zakapiorów mających przejąć tę niesforną „przesyłkę”.

Rankiem kiedy prawda wyszła na jaw moi kompani zaczęli być bardziej wylewni. Okazało się, że w zasadzie nie wiele wiedzą ani o swoim zleceniodawcy, przeciwko któremu się zwrócili, ani o dziewczynie, którą wiozą ze sobą pół świata, ani o ludziach, którzy chcieli im pokrzyżować szyki. To był kurwa moment kiedy naprawdę w nich zwątpiłem. Nie żebym kiedykolwiek szafował swą wiarą nadmiernie, ale to była przesada. Pomyślałem wtedy, że chcą mnie zwyczajnie utrzymać w niewiedzy nim pozbędą się tych obwiesi z karczmy. Po tym pewnie byśmy się pożegnali, a ja się rozpuścił gdzieś w tłumie i przy odrobinie szczęścia znalazł sobie jakieś inne intratne zajęcie. Może stare dobre „krawiectwo”? Wszystko jednak przyspieszało zbytnio i już nie mogłem ich odwieźć od tego durnego szturmu jaki sobie uwidzieli. Na szczęście nim wyważyli drzwi, z listu u wejścia dowiedzieliśmy się, że karczma została wynajęta na najbliższe dni. Nie musieliśmy więc obawiać się zbytniego rozgłosu i mogliśmy zakraść się wczesnym rankiem w karczemne progi załatwiając sprawę bez awantury i ryzyka bycia poćwiartowanym w jakiejś zbędnej jatce. Po opowieściach moich towarzyszy o wcześniejszych utarczkach z ludźmi zainteresowanymi Adelinde, sam zacząłem spodziewać się nieuniknionej rąbaniny lecz wciąż wolałem załatwić to sprytem nie siłą. Niestety Alesio był nieugięty. Od kiedy uwidział sobie zaskoczenie rezydentów tego przybytku już nic nie mogło go odwieźć od tego planu i tu wydaje mi się, że zawiodłem. Aż czuję na sobie to Twoje spojrzenie. Wiem, nie tak się rozwiązuje takie sprawy, ale wciąż nie miałem wiele wpływu na ich decyzje. Heinz mnie wysłuchał, ale kiedy diestro już kroczył schodami na spotkanie rozgoszczonych na kanapach adwersarzy, było już za późno. Nie oberwałem za mocno mimo że walczyłem tylko nożem. Zawsze w takich sytuacjach nie wiem gdzie się podziać. Kurwa, mogliśmy ich struć winem przy dobrej gadce, nawet podpalić ten jebany kram jeśli byłoby zbyt niebezpiecznie, ale nie… Skończyło się pięcioma trupami, bo żaden z tamtych nie wyszedł żywy i tym, że Tamsin prawie nas spaliła po czym sama otarła się o śmierć. Alesio też niemal wypatroszono. Z rzeczy ciekawych, dowiedziałem się, że w tym mieście nawet stoły robią z kamienia i mało się przydają w karczemnych zwadach. Ach, i Tamsin jest wiedźmą. Pięknie kurwa, pięknie – nie sądzisz? Cała ta afera nabierała tempa dla mnie nieco zbyt szybko. Trzeba było ją jakoś opanować i rozegrać na własnych zasadach. Pozbyć się ciał, połatać rany i w końcu dowiedzieć się z kim i w imię czego się mierzymy. Tamsin była ledwo tomna, więc to ja musiałem się zaopiekować rannymi. Z nią włącznie. Alesio zdawał się być wdzięczny co jednak nie przeszkodziło mu zagrozić mi śmiercią jeśli pójdę w konkury do jego lubej zielarki. Cała ta poroniona sytuacja wybiła mnie z tropu na tyle, że przytaknąłem bezrefleksyjnie. A musisz wiedzieć, że Tamsin to urodziwa dziewczyna. Bardzo porządna niestety, ale cóż obaj wiemy, że nikt nie jest doskonały. Tymczasem zabarykadowaliśmy się w karczmie i zaczęliśmy myszkować w każdym zakamarku tego bogatego przybytku. W piwnicy natrafiliśmy na karczmarza, od którego udało nam się uzyskać nieco wyjaśnień. Mało umiał nam powiedzieć, ale dał nam wątły trop i nie upierał się gdy zaczęliśmy dyktować warunki. Starał się nam nie przyglądać jak każdy człowiek, który zdaje sobie sprawę z tego, że im mniej wie tym krócej go będą torturować. Potrzeba więcej takich ludzi w świecie i bardzo nie chciałem by spotkał go przykry los. Dobrze mi się z takimi ludźmi pracuje. Odkąd go znaleźliśmy pił do utraty przytomności chcąc poradzić sobie z całą tą sytuacją. Heinz opijał z radością jego pokaźną piwnicę, a i ja z równie wielką chęcią się przyłączyłem do tego zbożnego dzieła wiedząc, że niedługo przyjdzie pora na nieprzyjemności związane z wcześniejszą jatką. W opróżnionych beczkach po winie wywieźliśmy ciała posiekanych najemników ciesząc się, że miejska brama nie jest obstawiona ciekawską strażą, a po powrocie wzięliśmy się za porządkowanie zbryzganej krwią i innymi nieczystościami izby. Sylvain i Adelinde obozowali za miastem dla bezpieczeństwa dziewczyny i bezpieczeństwa jego sumienia jak mniemam.

Rozeszliśmy się niedługo po izbach, a ja wyciągnąłem od karczmarza wskazanie mi mojego łóżka. Ot tak dla pewności. Przed snem przeszukałem kufer stojący w mojej kwaterze i znalazłem ciężki od złota trzos w towarzystwie kilku charakterystycznych kapturów, wisiora z kupieckim symbolem i listu. Z oszczędnego rozkazu zapisanego na tym świstku pergaminu wynikało niewiele poza tym, że kimkolwiek byli ludzie, których ciała tonęły teraz w pobliskim bagnie, mieli nam zapłacić bez żadnych sztuczek i problemów. Zginęli bez potrzeby, a i my ryzykowaliśmy życie w zasadzie na darmo. Wiesz, głowiłem się długo czy nie zachować tej informacji dla siebie. Nie tylko dlatego, że cała kiesa powędrowałaby w moje ręce. Mogłem utrzymywać, że ludzie ci mieli nas faktycznie zasiec. Rzecz w tym, że dalej nikt nie wiedział czy postępujemy słusznie. Kiedy Sylvaine był poza izbą wyłuszczyłem im sprawę i ku mojemu zaskoczeniu postanowili podzielić zyski z całego tego przedsięwzięcia między naszą czwórkę tj. bez rycerza i swojej podopiecznej. Zatem wyobraź sobie, że nieoczekiwanie zostałem ich kamratem! Widać nic tak nie łączy ludzi jak krew, co będę musiał sobie zapamiętać. Zatem byłem już nie tylko tolerowanym balastem, ale częścią tej dziwacznej kompanii. Zacząłem w niej zapuszczać korzenie.

Niedługo po doprowadzeniu się do porządku podjęliśmy trop z karczmy. Umówieni ludzie mieli czekać na nas w pobliskim lesie by przejąć od nas Adelinde. Spodziewaliśmy się tam spotkać niejakiego Ernko – zleceniodawcę moich kompanów. Musieliśmy opuścić miejskie mury ku mojej wielkiej rozpaczy. Ma ono w sobie jakiś ciekawy czar. Wszędobylskie kamienne budowle, bajecznie wysoka wieża zamkowa zdająca się być starsza od antycznych baśni i senna atmosfera braku miejskich strażników tworzyły bardzo urzekającą mieszankę. Zaś wino, którym częstował nas nieszczęsny karczmarz dopełniło tego uroku. A skoro już o urokach mówię, to muszę Ci opowiedzieć o miejscu schadzki, które los nam wyznaczył. Otóż nowa eskorta Adelinde miała nam wyjść na spotkanie w lesie skazańców, gdzie przed pokoleniami leśny lud przykuwał intruzów do drzew zostawiając ich na pastwę bestii z głębi puszczy. Sławne uroczysko każdego wprawiło w podły nastrój. Od momentu kiedy weszliśmy w dębowy zagajnik natychmiast ucichły rozmowy. Nawet Tamsin i Alesio odpuścili przekomarzanki i w milczeniu podziwiali ponurych świadków dziejów tej ziemi. Wiesz, że mnie zawsze nos świerzbił jak się zbliżam do takich miejsc. Tam musiałem się naprawdę koncentrować by usiedzieć na miejscu. Wszystko mi mówiło, że to złe miejsce, że sobie tylko napytam biedy zostając tam. No i jak zawsze przeczucie mnie nie myliło. Najpierw Tamsin próbując swoich wiedźmich sztuczek dała się ponieść zgubnym siłom, z którymi tak lekce je sobie ważąc igrała. Mówię Ci, ta biedaczka skończy na stosie, a jej tego zwyczajnie nie życzę. Żaden ze mnie katecheta, ale chyba będę musiał ją odwieźć od używania tych plugawych mocy. Wiem co sobie teraz myślisz, ale nie dworuję sobie z Ciebie! Aż mi się dziewczyny szkoda zrobiło, bo chyba w swej naiwności wierzy, że może ich używać w swoich celach. Jakby tego było mało, najmici, którzy mieli przejąć „przesyłkę” sami nas otoczyli jak pierwotnie myśmy mieli w planach. Musieliśmy się salwować ucieczką w gęstwinę konarów tych antycznych drzew. Ja w pierwszych chwilach otarłem się o śmierć kiedy jeden z pachołów wypalił z pistoletu i niemal strzaskał mi czaszkę. Dwa palce w prawo i by mi jeno kula we łbie zagrzechotała. Tak to tylko mi skórę przecięła i w korze drzewa lądując nafaszerowała mi grzbiet i łepetynę deszczem drzazg. Od razu mi w oczach pociemniało. Słyszałem krzyki, szczęk stali i tętent końskich kopyt. Już wiedziałem, że jeżeli zlezę z tej wielkiej gałęzi, na którą się wdrapałem stratują mnie i wdepczą z ściółkę. Dobyłem łuku i mając mroczki przed oczami zacząłem szukać okazji do strzału. Po chwili dostrzegłem Alesio mierzącego się z jednym z napastników. Kiedy zobaczyłem, że Estalijczyk pada pod mieczem i czeka na ostatni cios, wymierzyłem spokojnie i nim wypuściłem strzałę pojawiła się w mojej głowie ponura myśl. Spudłuj. Ten szaleniec jeszcze niedawno groził ci, że cię wypatroszy za byle gładkie słowo do Tamsin, którą to tak nęka– pomyślałem. Na jedną krótką chwilę tuż przed wypuszczeniem strzały. Dalej się zastanawiam czy ten morderczy zamiar jakoś został w niej zaklęty, bo po mgnieniu oka zobaczyłem brzechwę sterczącą z gardła żołdaka. Osunął się po cichu i skonał. Wiedziałeś, że nigdy nikogo wcześniej nie zabiłem? Pewnie tak. No więc wiedz też, że nie było łatwo mi się w tym pogodzić. Pewnie powiesz, ale hola – co z całą tą jatką w karczmie? Prawda, było krwawo, widziałem trupy, ale żaden z nich nie zginął z mojej ręki. Teraz nie mogłem się już zasłonić przed faktem, że to ja go posłałem do królestwa Morra. Zapewniam Cię, to uroczysko jest przeklęte. Czuję, że jeszcze nie pokazało nam wszystkiego.

Zobaczymy co przyniesie następny dzień. Odezwę się niedługo. Bywaj zatem!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s