Kolejny dzień przyniósł poprawę stanu rycerza. Tamsin, którą wcześniej niemal siłą odciągnięto od posłania Aimee i wysłano spać, przyjęła ten fakt z radością. Sylvain szybko dochodził do siebie, choć zielarka przestrzegała go przed zbyt szybkim wstawaniem. W cudowny sposób wystarczyła mu modlitwa na osobności, by rana na szyi wyglądała znacznie lepiej. Podlegał opiece swojej patronki, znaki mieli przed oczami. Nie dziwiło to dziewczyny. W ciągu kilku zaledwie dni zdobył ich zaufanie i łatwo było uwierzyć, że rzeczywiście stanowił rzadki przypadek wzoru cnót rycerskich. Sama, jak do każdego z pacjentów odciąganych od krawędzi śmierci, żywiła do niego coś więcej niż zwykłą nić sympatii. Eberhard niejednokrotnie ganił ją za podobne sentymenty, ostrzegając. Nie mogła jednak nic poradzić na ledwie uchwytne wrażenie, jakby za każdym razem obdzielała potrzebujących częścią samej siebie. Obserwowała więc z ciepłem w szaroniebieskich oczach, jak rycerz pochłania z apetytem porcje jedzenia, nie narzucając się jednak ze swoim towarzystwem. Gdyby tak jeszcze Aimee wyzdrowiała… Sylvain słysząc, że dziewczynka jest chora długo i dokładnie ją oglądał. Tamsin klęcząc cichutko w rogu szałasu, obserwowała uważnie każdy jego ruch. Musiał posiadać medyczne wykształcenie, zabrał się bowiem za to z widoczną wprawą i wiedzą, nawet część z czynności, jakie wykonał było zielarce nieznanych, nie śmiała jednak poprosić o wyjaśnienie. W końcu odsunął się, stwierdzając że najgorsze za nimi i dziewczynka przeżyje. Na takie potwierdzenie własnych podejrzeń czekała zielarka. Uspokojona nieco, zostawiwszy dziewczynkę pod opieką towarzyszącej im wieśniaczki, poprosiła Heinza by towarzyszył jej podczas zbierania ziół w lesie. Bała się samotnej wędrówki. Nocą słyszeli wystrzały od wschodniej strony gór i leśnik, który udał się na zwiad, wrócił z niepokojącymi wieściami o ostrzeżeniach przed osadą zwierzoludzi. Gdyby mogli przenieść Aimee, zapewne udaliby się w dalszą podróż, zostawiając za sobą mniej bezpieczne okolice, niestety stan dziewczynki wciąż wykluczał przemieszczanie się.

Kilka spędzonych na poszukiwaniu godzin podziałało na nią kojąco. Wypatrując wśród leśnego poszycia interesujących ją ziół była w stanie zapomnieć o dręczących ich problemach. Drzewa szeptały do niej i momentami zdawało jej się, że słyszy echa dawnych wydarzeń. Ziemia była inna. Ona była inna. Odkąd obudziła się nad brzegiem jeziora. Odkąd fragmentami przypominała sobie sny. Wyczuwała w sobie siłę, drgającą słabo pod skórą i miała wrażenie, że śpiewają jej ci, których już dawno nie ma. Potrzaskana układanka wrażeń zbiegała się w jedną całość, sięgając dłońmi między nićmi babiego lata zbierała coś więcej niż drobne roślinki. Zbierała siebie.

Wielki rycerz zakuty w ciężką, srebrną zbroję wpatruje się w nią pustym wzrokiem. Metal połyskuje fałszywą nieskazitelnością, odbijając promienie słoneczne. Za górującą nad nią sylwetką, niebo jaśnieje nienaturalnie. Patrzy na miecz, który ona trzyma w dłoni i po chwili dziewczyna dostrzega blask w oczach rycerza. Teraz jego oczy płoną.

Uczucie, które nią wtedy szarpnęło, było bardzo wyraźne i boleśnie znajome. Nosiła je w sobie od dnia, w którym jej dzieciństwo skończyło się smutnym zrozumieniem. Dopiero teraz, częściowo po rozmowie z Heinzem, czuła jak kajdany winy, którymi się spętała, opadają.

Niebo ciemnieje. Rycerz odwraca się gwałtownie i zadziera głowę do góry. Zrywa się wiatr zwiastujący nadchodzącą chmurę pyłu. Zasłoniła oczy wytrzymując napór żywiołu. Wszystko się uspokaja. Rycerz stoi, wciąż w bezruchu wpatrzony w punkt na niebie. Idąc za jego spojrzeniem dostrzega ptaka. Niewielka, ciemna sylwetka krąży nad ich głowami.

Miecz zniknął z jej rąk. Rycerz stoi na rozdrożu. Waha się. Nie potrafi zdecydować, w którą stronę podążać. Wbija miecz w środek ścieżki i siada ciężko na ziemi. Przenosi spojrzenie na swoje dłonie. Twój wzrok podąża za jego spojrzeniem.

Sięgnęła głęboko pod mech, burząc ciemną, wilgotną ziemię. Przykucnięta, w zamyśleniu oglądała pobrudzone na czarno palce. We śnie ziemia przesypywała się między nimi.

Ścieżka rozchodzi się na cztery strony. Wielkie wzgórza, szczyty pnące się wysoko i tonące w chmurach. Ogromne połacie lasów, których zielony dywan ciągnie się dalej niż sięga wzrok. Szerokie wody, zlewające horyzont z niebieskim niebem. Wreszcie strona, z której rycerz przyszedł. Ona nie widzi, co się tam znajduje, rycerz wzbrania się przed oglądaniem za siebie.

Miecz upada na ziemię. Rycerz wstaje i podąża we wskazanym kierunku.

Czas wracać.

W obozie przywitał ich spokój. Dziewczyna rozjaśniła się w uśmiechu na widok estalijczyka, rozsądna część jej natury drgnęła przy tym, było coś niepokojącego w fakcie, że ledwie kilkugodzinna rozłąka wywoływała tęsknotę. Jeszcze bardziej niepokojący był dwuznaczny uśmiech, jakim obdarzyła ją wieśniaczka i pociągłe spojrzenia, którymi omiatała Alesio. Dziewczyna zarumieniła się, bardziej z gniewu niż wstydu, przypominając sobie składane przez kobietę w nocy bezwstydne propozycje. Zdążyła już o tym zapomnieć, gdy jakiś czas później, podczas gorącej dyskusji Alesio gwałtownie wystąpił w obronie wieśniaczki, oznajmiając głośno, że ona ma imię. Mare. I Tamsin, która z chęcią dzieliła się zawsze i wszystkim, poczuła paskudną gorycz zazdrości.

Następna noc przyniosła wreszcie zmianę sytuacji. Aimee stanęła na nogi. Dziewczynka wykorzystując nieuwagę jednych, nieobecność drugich i zajęcie sobą innych, wymknęła się z obozowiska. Udało jej się przy tym zwinąć kilka bukłaków, trochę prowiantu i rycerski miecz. Tamsin szalała z poczucia winy. Oglądając się na własne przyjemności, zostawiła chorą i efekt dobitnie pokazywał, że źle postąpiła. Heinz rzucił się w pogoń za dziewczynką wzdłuż ścieżki, prowadzącej w stronę miasteczek. rycerz zaś dosiadając konia miał sprawdzić drogę biegnącą do jeziora. Mare z Sebastianem zwijali całkiem obóz, natomiast zielarka z estalijczykiem, spakowawszy część własnych rzeczy, ruszyli z niewielkim opóźnieniem za leśnikiem.  W ciemnościach nocy niewiele potrafili wypatrzeć, na szczęście podążanie ścieżką nie wymagało wielkich umiejętności. Najpierw natknęli się na czapkę, leżącą na środku dróżki. Rozpoznając znak od Heinza, ominęli ją i poszli dalej. Po niedługim czasie ujrzeli pas, dyndający z prawej strony na gałęziach drzew. Ominęli go, ale kilkadziesiąt metrów dalej, pojęli co właściwie leśnik chciał im przekazać. Zawrócili. Zejście ze ścieżki wiązało się z jeszcze wolniejszym tempem pogoni, choć starali się jak mogli. Alesio zakrzyknął głośno i po chwili, gdzieś z odległej ciemności nadeszła odpowiedź leśnika “Do obozu.”  Aimee, wciąż przecież słaba jeszcze, nie zaszła daleko. Heinz odnalazł jej trop i szybko połapał się, że próbowała ich wyprowadzić w pole zawracając kołem do obozowiska. Gdy zielarka dotarła tam z Alesio, po ciężkiej przeprawie na oślep przez gęsto rosnące drzewa i krzewy, dziewczynka siedziała już spętana przez Heinza. Wystraszona i niema. Ciężko było cokolwiek wytłumaczyć, Tamsin pojmowała dobrze, że dziewczynka, pozbawiona jak się okazało pamięci, nie zaufa im prędko. Rozwiązali ją jednak, choć nie obeszło się przy tym bez dyskusji i ułożyli do snu, by wykorzystać ostatnie przed świtem godziny.

Rankiem wyrywając się wreszcie z przymusowej bezczynności zwinęli obóz. Aimee, czy też raczej Adelinde, przynajmniej pozornie przyjęła ich tłumaczenia. Pamięć jej szwankowała i wciąż nie potrafiła wytłumaczyć, co się z nią stało ani dlaczego trafiła w ich ręce. Nie próbowała jednak więcej ucieczki. Zaskoczyła nawet leśnika, przyklejając się do niego z wdzięczności. Wracały przebłyski i musiała wiedzieć, jak delikatnie pocieszał ją i tulił w swoich wielkich ramionach. Ruszyli dalej. Heinz nie protestując na bliskie towarzystwo dziewczynki, przez całą drogę tłumaczył jej cierpliwie, co się z nią działo. Dzień był chłodny. Niebo zaciągnęło się ciężkimi chmurami i lunęło jak na złość ledwie opuścili sklecone przez siebie szałasy. Zimny wiatr, wciskające się za kołnierz krople i leśny dukt obudziły wspomnienia zielarki. Ku lekkiemu oburzeniu idącego obok Alesio, odmówiła płaszcza, którym chciał się podzielić, wypowiedziała cicho niezrozumiałe słowa i uśmiechnęła się promiennie, czując jak moc formuje się wokół niej. Nie spadła na nią ani jedna z kropli deszczu. Przynajmniej przez pierwszą godzinę. Pewną ulgą napawał ją fakt, że pomimo dziwnego ogłupienia, które ogarniało ją w obecności Alesio, nie bała się robić rzeczy, których ewidentnie nie aprobował.

Późnym wieczorem zziębnięci, przemoknięci do suchej nitki i spragnieni gorącego jadła dotarli do wioski, w której mieszkała Mare. Kobieta wskazała im gospodę, a sama pożegnała się i wróciła do męża, wprawiając ich tym w zdumienie i niesmak. W lesie płakała bowiem, że jest wdową. Gospoda była przybytkiem średniej wielkości. Ze względu na późną porę długo łomotali do drzwi i właściciel dopiero słysząc wyraźny rozkaz szlachcica, gnąc się w ukłonach otworzył i poprowadził ich do wspólnej izby. Pod ciepłym i przede wszystkim suchym dachem z rozkoszą zrzucili z siebie mokre odzienie, grzejąc się przy ogniu i zażywając kąpieli. Tamsin odkładając możliwie jak najdłużej poważne rozmowy, dała się wśród pocałunków i wybuchów nagłej bezmyślności zanieść do pokoju. Chciała zaprotestować jeszcze, gdy Alesio zamawiał dla nich pokój z podwójnym łóżkiem, ale zrezygnowała. Było coś nieodwołanego w tym fakcie i rozsądek wołał głucho, że tak właśnie zginą strzępy jej reputacji. Zbyt krótko się jednak wahała. Do tej pory uważała, jak postrzegają ją inni ludzie, nie dając im powodów do plotkowania. Była świadoma, że młoda dziewczyna wykonująca jej profesję może być narażona na niesłuszne oskarżenia. W niektórych rejonach przybierające nawet niebezpieczne formy. Niespodziewanie dla samej siebie odkryła teraz, że potrafi machnąć na to ręką. Ostatecznie konsekwencje, o których skądinąd była pewna, że nadejdą, będzie ponosić później.

Po kilku kwadransach, wykąpani i wysuszeni, spotkali się wszyscy we wspólnej sali. Adelinde odrzuciła w końcu pozę małej, wystraszonej dziewczynki i odsłaniając oblicze młodej, nad wyraz rozsądnej szlachcianki opowiedziała im o kuzynie, z którym podróżowała po Imperium i o wysoko sytuowanym ojcu, którego interesy łączyły z Bretonnią. O niestosownym uczuciu, jakim darzył ją wspomniany kuzyn, w którym zresztą rozpoznali osobę swojego pracodawcy i wreszcie widocznej zdradzie, jakiej się podjął. Swoją historię Adelinde zakończyła prośbą o pomoc w dokończeniu sprawy. Wyjawiła im, że pragnie odnaleźć kuzyna oraz ludzi, z którymi współpracował, by przekonać się, czy jego zdrada sięga też kwestii ekonomicznych. Heinz prędko przyznał, ponurym tonem, że Ernko zasłużył na śmierć, najlepiej z jego karzącej ręki. Tamsin, wciąż jeszcze widząc w dziewczynce swoją podopieczną i pacjentkę również nie chciała jej jeszcze zostawiać. Tylko Alesio denerwował się na boku, że mała bezczelnie próbuje ich wykorzystać do politycznych zagrywek. Z tego też powodu wywiązała się między parą świeżych kochanków zażarta dyskusja. Estalijczyk zrugał dziewczynę ostro, że w imię bzdurnych ideałów i źle ulokowanego współczucia gotowa jest wystawiać na niebezpieczeństwo zarówno ich, jak i siebie. W dosadnych słowach malował walkę z tamtymi ludźmi i możliwą śmierć osób, na których jej zależało. Udowadniał, że Adelinde nie jest wcale małą, bezbronną dziewczynką, ale próbującą manipulować nimi wyrachowaną szlachcianką, dla której poświęcanie innych jest sprawą naturalną. Tamsin pod natłokiem ostrego tonu kuląc się coraz bardziej, próbowała ciszej i ciszej wyjaśnić, że nawet wiedząc to wszystko, nie potrafi dziewczynce odmowić pomocy. Musiała upewnić się, że będzie bezpieczna. Alesio wyrzucił w końcu, że każdy jeden szlachcic, żerując na jej sercu właśnie i współczuciu wykorzysta ją i porzuci. Te słowa przerwały ich kłótnię. Estalijczyk zamilkł, pojmując że za daleko się zagalopował. Tamsin poderwała głowę, rozszerzonymi oczami szukając czegoś w jego twarzy. Mężczyzna westchnął i przyciągnął ją do siebie. Dłonią pogładził po włosach i odpowiedź, słowa, których szukała wyszeptał do ucha. Drobnymi palcami ujęła jego rękę i poprowadziła ku rozszalałemu sercu. Z ust, cicho by tylko on słyszał, wyrwała się odpowiedź. W ciemnych zakamarkach umysłu dziewczyny zagnieździło się jednak tamto rzucone w gniewie zdanie.

Wieczór toczył się dziwnym, niespokojnym torem. Powietrze wśród nich gęstniało, pomimo pozornego rozluźnienia. Grajek w gospodzie grał całkiem znośnie i Tamsin zachęcona przez leśnika zatańczyła dla nich. Od czasu do czasu udało jej się wychwycić zasępiony wyraz  na twarzy Heinza i niepokoiło ją to. Mężczyzna wychylał kolejne kufle, nie porównując nawet słabego wina do ulubionych trunków. Samo to nie było dobrym znakiem. Miała wrażenie, że zmagał się z czymś, jakby musiał podjąć decyzje, które budziły jego niechęć. Nie chciała go zostawiać w takim stanie. Pochylonego nad stołem, jedynie z Adelinde do towarzystwa. Wyślizgnęła się więc z objęć Alesio, odmawiając udania się na górę i dołączając do Heinza, wychyliła jednym haustem pełną szklanicę wina. Zignorowała urażone spojrzenie opuszczającego ich estalijczyka, zmaganie się z lekkimi fochami, było daleko na liście rzeczy, których chciałaby się podejmować. Szczęściem wino, wypite w takim tempie, momentalnie uderzyło jej do głowy, łatwiej więc przyszło jej udać beztroski humor, którego wcale nie czuła. Przynajmniej z początku. Po kilku następnych szklankach tańczyła już po całej gospodzie, zaśmiewając się głośno i wyśpiewując ile sił w płucach, wespół z tubalnym głosem drucha ludowe przyśpiewki. W środku nocy licho, a może nadmiar wina podkusił ich, by sprowadzić do wspólnej zabawy rycerza. Załomotali głośno do jego drzwi, a gdy okazało się że nie śpi wcale, tylko czuwa w kolczudze narzuconej na  przeszywanicę, z mieczem pod ręką, śmiejąc się zaciągnęli go na dół. Przy okazji, swym mało subtelnym zachowaniem ściągnęli też do sali estalijczyka. W tamtej chwili zły los zaśmiał się wreszcie, złośliwie zacierając ręce i dogoniły ich konsekwencje wcześniejszych uczynków.

Ciężko stwierdzić kto zaczął i dlaczego. Dość powiedzieć, że rozmowa toczona pomiędzy nimi dotknęła tematu życiowych celów i poświęcenia. Z ich trójki Alesio miał w tej kwestii wyraźnie odmienne zdanie. Dla estalijskiego szlachcica liczyło się przede wszystkim własne życie, takie przynajmniej można było odnieść wrażenie z dyskusji. Tamsin słuchając tego starała się pamiętać, że nie raz w obliczu niebezpieczeństwa zasłaniał ją sobą. Nie rozumiał jednak jej powołania. Świadomego wyboru, by ponad siebie stawiać zawsze tych, którzy jej potrzebowali. Według niego powinna odmawiać pomocy nawet chorym, jeśli tylko istniała możliwość, że sama się zarazi. Nie dało się bardziej nie pojmować istoty jej samej i w tamtej chwili, nie mógłby być jej bardziej obcy. Alesio rozwodził się nad tym, że nie warto umierać za kogokolwiek, że nie ma takich ideałów w obliczu których śmierć byłaby heroiczna i że nawet walczyć należy wtedy, kiedy się wie, że wygra. Wtedy Heinz, podobną jak dziewczyna przejawiający postawę mówił, że są rzeczy ważniejsze od przeżycia i przypomniał estalijczykowi, jak wystąpił naprzeciw szarżującego rycerza, bo nie chciał się zgodzić, by dziewczęta narażając się niosły mu dokumenty lub by wszyscy trafili pod areszt. Stanął więc, wyciągnął miecz i zabił. Tych kilka słów zmieniło wszystko. Sylvain stężał i wiedzieli, że na nic się zdadzą dalsze tłumaczenia. Zabili rycerza wypełniającego swoje obowiązki. Honor, wszakże mieli do czynienia z tym jednym prawdziwie uczciwym, nie pozwolił mu tego zignorować.

Przedłużająca się cisza gęstniała napięciem. Powietrze zastygło w bezruchu, jakby nawet duchy tych, którzy dawno już nie siedzieli przy tych samych stołach, czekały na rozwój wydarzeń. Tamsin widziała głęboko w źrenicach Sylvaina narastającą rozpacz. Sama czuła ją dobrze każdym, najmniejszym nawet nerwem. Błagała w myślach bogów, by nie doszło do walki i rozpaczliwie zastanawiała się, jak jej przeszkodzić. Miał rację. Obłudą byłoby zaprzeczać. Alesio chronił ich zagrożoną wolność, może nawet życie. Oznaczało to jednak, że człowiek wypełniający swoje obowiązki zginął, by uniknęli problemu. Teraz rycerz, którego z trudem odciągnęła spod bram królestwa Morra miał krzyżować ostrza z tym, którego pokochała. Siedzieli obaj spięci, mierząc się wzajemnie spojrzeniami, jeden czekając na reakcję drugiego. I wiedziała, że będzie gotowa wejść pod ostrza, byleby tylko stanąć pomiędzy nimi. Śmierć któregokolwiek, choć z innych powodów, odcisnęłaby się piętnem na jej duszy. Miała już wstać i klęknąć obok rycerza, oddać się w jego ręce i pójść pod sąd,choćby sama jedna, byleby tylko Alesio nie walczył, gdy odezwał się ten ostatni właśnie. Mówił długo, a rycerz słuchał w milczeniu. Gdy ostatnie ze słów estalijczyka przebrzmiały, przez chwilę jeszcze siedział w milczeniu. Krzyk, głośny, dręczący, który się w końcu wyrwał z jego piersi był głosem porzucanych zasad, zmarłych nadziei. Był wrzaskiem głębokiej wściekłości i wyboru, którego nikt nie powienien podejmować. Wzdrygnęli się zszokowani, żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa, gdy Sylvain wbiegł po schodach i zniknął im za ścianą. Wrócił po chwili, w ręce trzymał pergamin opatrzony herbową pieczęcią. Z kamienną twarzą wrzucił go do ognia, odwrócił się wreszcie ku nim i powiedział

Nie jestem już szlachcicem. Sylvain Pichot umarł trzy dni temu na trakcie. Teraz jestem Sylvain z Lasu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s