Stopy miała zanurzone w wodzie. Wokół, jak okiem sięgnąć, jezioro pokrywała mgła. Pięknie, pomyślała w sennym odrętwieniu. Jezioro zniknęło. Zobaczyła rycerza, ale to ona trzymała miecz. Uderzyło ją poczucie winy. Puste oczy przejęły lękiem. Bez żadnego dźwięku, wysoko na niebie szybował ptak. Spojrzała w dół. Nie było już broni. Dłonie, jej własne dłonie zaciskały się na ziemi. Stała nieporuszona wobec zmieniającego się krajobrazu. Słyszała słowa. Przepowiednia.

***

Gdy podążysz w przeszłość,
a ślady Twe znaczyć będą ziemię,
gdy poprowadzi Cię ptak
na końcu drogi odnajdziesz winę.
Przeznaczenie doścignie cię w czasie, gdy spełni się przepowiednia.”

Zemdlała. Nie wiedząc, że zniknęła trzy dni wcześniej. Że poszukując jej, dotarli nad jezioro, nad którym wiele zrozpaczonych matek błagało o oddanie porwanych dzieci. Ani tym bardziej, że rankiem dnia trzeciego ujrzeli ją wyłaniającą się powoli z zamglonej tafli wody.

Wszystko było nie tak. Rzeczywistość myliła jej się ze snem, trudno było ogarnąć przemieszane wspomnienia. Ktoś prowadził ją przez las, pokazując i opowiadając. Ktoś, kto był Eberhardem, a jednocześnie wcale nim nie był. Otwierała oczy, ale to Alesio na nią patrzył. Z troską na twarzy opowiadał o jej zniknięciu. Nic z tego nie pamiętała. A jednak czuła się inaczej.

Wspomnienie. Szli pomiędzy drzewami. Gęsta, imperialna puszcza, ciemna i chłodna o tej porze roku, sprawiała nieprzystępne wrażenie. A jednak mała nie bała się. Zielarz prowadził ją pewnie, jego lekko zachrypły głos jednostajnym tonem opowiadał o kolejno wskazywanych roślinach. Posłusznie pochylała się, gdy jedną po drugiej wskazywał. Drobnymi paluszkami zrywała liście, badając ich fakturę i zapach. Czasem przystawali na dłużej. Starszy mężczyzna i dziecko. Zielarz rysował wtedy na ziemi symbol, od jednej, dwie rozchodzące się linie. Brał w sękate dłonie liść z drzewa, świeżo zerwany i wypowiadał w skupieniu obco brzmiące dźwięki. Dziewczynka czuła wtedy, że po kręgosłupie zaczyna biegać jej mnóstwo maleńkich mróweczek, jak przy pierwszym z zielarzem spotkaniu. Zawsze też, głęboko w żołądku trzepotało się dziwne uczucie. Widziała jak liść unosił się nieodmiennie, kierowany podmuchem, który czuła zupełnie innym zmysłem i okręcając wokół własnej osi wskazywał na końcu kierunek.

Nad świętym jeziorem towarzyszyły im jeszcze dwie osoby. Młody rycerz bretoński, Silvaine, poszukujący żony i córki oraz chłopka, której maleńkie dziecko również zostało zabrane. Tamsin ledwie zwróciła na nie uwagę. Jej myśli biegły nieustannie ku estalijczykowi, ale bez względu na to, jak się starała, wypowiadała jedynie jedno niezręczne słowo po drugim. Sprawiało to, że cisza między nimi rodziła napięcie, a próby rozmowy zamiast ułagodzić, tylko je podsycały. Dziewczyna miała ochotę wtulić się w mężczyznę, prosto i zwyczajnie, policzkiem poczuć szorstki zarost na jego twarzy, dłonią ułożoną na piersi przekonać się, że serce, które tam odnajdzie bije w tym samym, co jej rytmie. W siedzącym obok Alesio wyczuwała jednak tłumiony gniew i nie wiedząc, czy wynika z on sytuacji czy raczej kierowany jest nią, zwieszała zamiast tego głowę i odzywała cichym, niepewnym głosem. Do tego coś drgało w niej, głęboko pod skórą, jakaś część jej samej, znajoma i obca zarazem, jeszcze senna trochę, nierozbudzona do końca, ale już domagająca się uwagi. Zrozumiała dobrze, na czym polegała pomyłka jej porwania. Elfy rozpoznały drzemiący w niej magiczny talent, wynikiem czego teraz, czuła go i ona. Świat zmienił się w niepojęty sposób, dokładnie pomiędzy nocą spędzoną w ramionach Alesio, a dzisiejszym porankiem. Małe, głupie serce, pogubiło się doszczętnie. Cokolwiek myślała wcześniej, ostatniej świadomej nocy, gdy długo próbowała zasnąć, teraz nagle straciło na znaczeniu.

Potem znowu trzymała ręce skąpane we krwi.

Podjęli wspólną podróż, razem z rycerzem i chłopką, tamtego dnia, a może poranek później. Czas mieszał się jej i wymykał próbom dokładnego przypomnienia. Silvaine jechał konno wysforowany lekko do przodu, najpierw więc usłyszeli głosy i poznali, że rozmawiał z kimś na trakcie, a dopiero potem ujrzeli trzech mężczyzn na wprost niego. Każdy z nich na koniu, każdy pod bronią. Dwóch najemników i przywódca, który idealnie pasował do opisu, podanego im kilka dni wcześniej przez górskiego pasterza. Pewny siebie, nawet znudzony lekko, z lekcaważącą manierą szkicował coś, ignorując zadawane przez Silvaina pytania.  Ujrzeli, będąc jeszcze kilkanaście kroków za nimi, jak zbliża się do rycerza i kładzie mu rękę na ramieniu, wypowiadając słowa, których nie słyszeli. Tamsin bardzo się to nie spodobało. Nie wiedziała dlaczego, ale narastał w niej niepokój. Nie przed walką nawet, której przecież mogła się spodziewać. Nie, chodziło jeszcze o coś innego. Czas skurczył się do tej jednej chwili i ujrzała jak tamten człowiek wpatruje się w nią. W nią jedną właśnie. Zanim umysł pojął, co miała przed oczami, rzuciła się do przodu, widząc maleńkie, czerwone kropki pojawiające się na jego twarzy. Obok niej zrobiło się zamieszanie, ale nie rejestrowała, co czynią jej towarzysze, skupiając się na dziwne nieruchomej scenie przed sobą. Uderzyła łokciem mocno w bok rycerskiego rumaka i wtedy scena zafalowała, odkrywając przed nimi swoje prawdziwe, potworne znaczenie. Obcy trzymał miecz wbity w gardło Silvaina. Zakotłowało się. Alesio zaatakował Dagmara, tak bowiem mówił o przydówcy pogoni pasterz. Na Heinza, jakby tylko na to czekając, rzucił się jeden z najemników, a Tamsin zamarła w miejscu, sparaliżowana lękiem. Ze wszystkich sił pragnęła rzucić się na pomoc wykrwawiającemu się Silvainowi, ale drogę zagradzał jej trzeci z napastników. Poczuła jeszcze jak Alesio chwyta ją szybko i zasłania sobą, kierując ostrza ku dwóm przeciwnikom. Myśl, że zasłania ją piersią, nie oglądając na własne bezpieczeństwo, że naraża się na atak, którego może nie odeprzeć, ta myśl pchnęła ją do działania. Wyrwała z jej wnętrza wiedzę, o jakiej istnieniu, chwilę wcześniej nawet nie miała pojęcia. Wysunęła się zza niego, stawiając trzy prędkie kroki i nie zważając na miecz, uniesiony i zmierzający ku jej odsłoniętej szyi, położyła dłonie na nodze siedzącego w siodle  mężczyzny. Coś przeskoczyło, iskra która miała źródło w niej samej. Odrętwienie na moment zawładnęło koniuszkami jej palców, by spłynąć, w ostatnim akcie kształtującej woli, na obcego. Mężczyzna zastygł, z ramieniem wciąż wzniesionym do uderzenia, jak kamienna rzeźba, bez ruchu. Za nią toczyła się walka. Ujrzała ciosy spadające na Heinza, krew tryskającą z ran i choć krzyczał gromko, by biegła do rycerza, nie mogła posłuchać. Tym razem jednak, węzeł który czuła wewnątrz siebie jedynie drgnął lekko. Widok leśnika z trudem odpierającego ataki napastnika całkowicie pozbawił ją resztek skupienia. Nikła kontrola, jaką miała nad obcą formą siebie samej zgasła i moc znikła, zanim na dobre mogła się pojawić. Na szczęście Alesio, pokonawszy Dagmara, pospieszył Heinzowi na pomoc i mogła cofnąć się wreszcie do, bardziej potrzebującego jej uwagi, Silvaina. Rycerz obficie broczył krwią z rozciętego gardła, nieprzytomny i wciąż zakleszczony w siodle. Z trudem sięgnęła wysoko, zaciskąjąc mocno dłonie na ranie. Walka musiała się skończyć, bo obok niej zaraz znalazł się Keiler. Odpinał rycerza od siodła i pomagał jej tamować krew. Kątem oka ujrzała błysk, miała wrażenie, że bardziej czuje, niż faktycznie widzi Alesio wycierającego ostrze broni kawałek dalej. Gdyby w tamtej chwili potrafiła myśleć o czymkolwiek innym, niż życie uciekające jej nieuchronnie, obficie między palcami, może nawet poczułaby gniew. Zamiast tego zawołała go, ktoś musiał jej podać odpowiednie fiolki ze szkatuły z ziołami.

Stała potem, po skończonym szyciu, pozwalając by czas, z którym ścigała się o życie rannego, na powrót popłynął spokojnym rytmem. Dłonie i podwinięte po łokcie rękawy uwalane miała we krwi. Szaroniebieskie oczy podniosła na estalijczyka, szukając czegoś, co mogłoby posłużyć teraz za pociechę. Zamiast tego ujrzała jak skrzywił się patrząc na nią i powiedział ostro:

Okłamałaś mnie.

Drgnęła, jak uderzona. Pod powiekami poczuła gromadzące się łzy i zaprzeczyła gorąco, ze wszystkich sił próbując się nie rozkleić. Pragnęła, rozpaczliwie niemal, by właśnie ten jeden człowiek nie odtrącał jej teraz. Może dojrzał to pragnienie, w jej szeroko otwartych oczach i pobladłej twarzy, może uwierzył w słowa, choć brzmiące pokrętnie nawet dla niej. Dość, że pokonał dzielący ich dystans i pocałował. Serce drgnęło jej radośnie, zaraz jednak przypomniała sobie, gdzie byli. Na drodze wśród trupów ludzi i koni, nad ciężko rannym rycerzem i gdzieś obok Keilera, który zresztą w niewiele był tylko lepszym stanie. Zesztywniała i odsunęła się delikatnie.

Ze względu na Silvaina nie mogli ruszyć w dalszą podróż. Udało im się odsunąć go jedynie na niewielką, od samej drogi, odległość. Pozostawało im rozbić obóz, rycerz potrzebował przynajmniej kilku dni, zanim będą mogli rozważyć próbę przenoszenia go dalej. Heinz również został opatrzony. Szczęściem Silvaine posiadał w jukach maści przyspieszające gojenie ran i Tamsin mogła podzielić skromne zapasy medykamentów na obu potrzebujących. Leśnik nie siedział w miejscu, mimo napomnień, zajęty zbieraniem chrustu i spacerowaniem po lesie. Pomimo niektórych uwag, rzucanych często w mało odpowiednim momencie, dziewczyna wiedziała, że chciał im w ten sposób zapewnić więcej prywatności, odgadując ich potrzebę rozmowy. Nawet była mu za to wdzięczna, choć mimo chęci rozmowa wcale nie szła im dobrze. Nie mogło być inaczej, skoro Tamsin nie umiała wytłumaczyć zmian, które nagle w niej zaszły. Nie potrafiła też nazwać uczuć, jakie w niej wzbudzał estalijczyk, ani tym bardziej głośno o nich powiedzieć. Nie wiedziała nawet, co pragnęła usłyszeć, za to z każdym słowem rosło w niej przekonanie, czego słyszeć nie chciała. Alesio przekonywał ją, że do Imperium nie powinna już wracać, w związku z odkrytym w sobie zalążkiem magii. Opowiadał o matce, czarodziejce, która w Imperium właśnie zaginęła przed laty. O tym, że wróciwszy, musiałaby ukrywać się przez resztę życia, albo wstąpić do jednego z Kolegiów na całe lata. Przekonywał, że mogliby wyjechać, daleko do ciepłej Estalii i posiadłości, która należna mu była prawem urodzenia. W całej tej przemowie nie padło jednak ani jedno słowo, które skierowane byłoby wprost do dziewczęcego serca i Tamsin, boleśnie świadoma różnic między nimi, z każdą minutą czuła rosnące rozczarowanie. Nie przeszkodziło to jej jednak nocą, jak ćmie garnącej się do ognia, ułożyć razem z nim do spania, choć wiedziała dobrze, że sen będzie przecież ostatnią rzeczą, jakiej zazna.

Rankiem z polowania wrócił Heinz. Leśnik usiadł z nimi i bez zbędnych wstępów oznajmił, że myślał długo i nie chce Aimee nikomu oddawać. Przy martwym Dagmarze znaleźli wcześniej papiery zezwalające na bezpieczne przekraczanie granicy, wystawione na niego i towarzyszących mu zbrojnych w ilości do pięciu osób oraz na imię Adeline, będącej córką grafa Talabeklandu. Mogli się domyślać, że chodziło o Aimee. Nieszczęsną, pojoną lekarstwem albo narkotykiem dziewczynkę, będącą pionkiem w politycznych rozgrywkach, o których nie mieli żadnego pojęcia. Keiler przepełniony był słusznym gniewem i Tamsin rozumiała go doskonale. Sama dość miała trupów ścielących się za nimi i krzywdy, jaką ich podróż sprowadzała na niewinnych. Ciężko jej przychodziło uwolnić się od poczucia winy i choć tłumaczyła sobie, że to czyny obcych zbrojnych doprowadziły do tego, to jednak krew, jaką zmywała wcześniej z rąk, śpiewała jej co innego. W głowie wyryty miała obraz płonącej u podnóża gór wsi, całą sobą zgadzała się więc z leśnikiem. Powinni przeciwstawić się podobnej niesprawiedliwości. Ustalili zatem, że przestaną podawać Aimee specyfik, który rzekomo lekarstwem był na jej psychiczną ułomność. Wcześniej jednak Tamsin natrudziła się niemało, przekonując towarzyszy, że choć raz powinna spróbować naparu na sobie, by pojąć, z czym właściwie mają do czynienia. Przygotowała wszystko, wyjaśniając im jeszcze, jak w razie zbytnich komplikacji mogliby zareagować i kiedy przyszła wieczorna pora, wypiła go razem z Aimee. W połowie kubka wstrząsnęło nią wspomnienie. Zawahała się wyraźnie, ale przemogła i wychyliła płyn do ostatniej kropli.

Siedziała w kącie ciemnego pokoju. Cichutko, jak myszka. Oprócz niej w pomieszczeniu znajdowały się jeszcze dwie osoby. Alchemik, z twarzą zasłoniętą maską,  stojący przy stole z kolbami wywarów i nieznajomy mężczyzna, kryjący tożsamość w cieniu głębokiego kaptura. Z buteleczki, trzymanej przez alchemika unosił się dym. Słodko-gorzki zapach wypełniał przestrzeń, docierał do kąta, z którego obserowała całą scenę. Gęsty, przezroczysty płyn, odwar z aloesu, dodany jako ostatni do mikstury, miał za zadanie całkowicie maskować smak i zapach pozostałych składników. Słodki i gorzki jednocześnie, lekko cierpki, jak miała zapamiętać.

Pamiętaj – mężczyzna w masce zwracał się do niej głosem Eberharda, z głębi martwej  twarzy spoglądały na nią błyszczące oczy – Pamiętaj, żeby nigdy tego nie próbować. Nie waż się nigdy tego pić.

Dziewczynka drżała, przyswajając sobie te słowa. Cała scena przejmowała ją głębokim niepokojem. Źle, źle się działo, kiedy Eberhard zakładał maskę.

Zadrżała i ze świstem wciągnęła powietrze. Pozbawiony światła pokój zniknął i ujrzała dwóch mężczyzn wpatrujących się w nią z niepokojem.

To jest…to jest...- zdrewniały, przejęty wspomnieniem język gubił słowa – …to jest bardzo złe.

Potrząsnęła głową, przecierając twarz dłońmi. Czuła teraz wyraźnie smak aloesu i przez jedną, krótką chwilę przeraziła się, że rzeczywiście wypiła tamtą truciznę.

Eberhard zrobił to kiedyś. Przypomniałam sobie. Ostrzegał mnie, bym nigdy tego nie próbowała – zaraz jednak ostatni fragment przeszłości wskoczył na swoje miejsce i poprawiła się – Nie, nie to dokładnie. Tamto było trucizną.

Serce uspokoiło swoje tempo, minął szum w uszach wywołany przejęciem, że jednak popełniła błąd, upierając się przy wypiciu nieznanego leku. Nic nie czuła. Dziwnego. Niepokojącego. Nagle śmiesznym jej się wydał strach sprzed zaledwie chwili. Alesio nie spuszczał z niej wzroku. Minę miał tak poważną i przejętą, że miała ochotę parsknąć śmiechem. Rzecz, oczywiście, zupełnie nie na miejscu. Paradoksalnie, zrobiło jej się lekko na sercu. Spróbowała skupić się i wyjaśnić.

Jeden składnik tuszuje wszystkie pozostałe. Smak, zapach, nic się nie przebija. Wiem, że używa się go czasem do rzeczy bardzo niedobrych, trucizn. Dlatego się przestraszyłam, ale nic mi nie jest. Naprawdę. Tylko wciąż nie wiem, jakie może mieć działanie.-Uśmiechała się, ale nie wydawał się uspokojony. Przeciwnie.

Rankiem wciąż nie czuła żadnych efektów. Ustalili, że nie podadzą dziewczynce kolejnej dawki, pozostawało im więc czekać do wieczora. Keiler, który co chwilę wdawał się w głośne kłótnie z towarzyszącą im wiejską kobietą i nawet samą Aimee, wkurzył się w końcu, rzucił kamieniem o ziemię i pogroził ręką dokuczającej mu dziewczynce. Nie bez powodu zwykło się mówić, że głośne zawodzenie kobiet mogłoby obudzić umarłego, bo hałas tym wszystkim wywołany zbudził odzyskującego przytomność rycerza. Po krótkiej z nim rozmowie, leśnik w o wiele lepszych już humorze, po raz kolejny zebrał się na polowanie, ciągnąc ze sobą obie kobiety. Sebastian, wyjątkowo ostatnio milczący, nieco od nich oddalony, zajęty był przygotowaniem posiłku. Dało to Tamsin sposobność do zrzucenia z serca jeszcze jednego ciężaru. Nosiła, we własnym mniemaniu, tajemnicę, która cieniem kładła się na jej szczerości wobec nich. Podeszła do Alesio, pochłoniętego dokładnym czyszczeniem własnej broni i usiadła obok, podwijając kolana.

Muszę ci o czymś powiedzieć – zaczęła, ton cichego głosu nie wróżył niczego dobrego. Chwilę jeszcze zbierała odwagę, zanim podjęła. – Musisz wiedzieć, że potrafię nie tylko leczyć ludzi, że kiedyś robiłam też inne, gorsze rzeczy… – zająknęła się i zwiesiła głowę niezdolna spoglądać mu w oczy – Mój opiekun, Eberhard uczył mnie również o specyfikach, które szkodzą, zamiast pomagać i dawniej…zdarzało się, że…że…uczył mnie też warzenia trucizn. – Cisza.

– On sprzedawał je później. Na początku nie wiedziałam o tym…ale później tak. – Ostatnie słowa wyrzuciła z siebie szybciej, spojrzała też wreszcie na niego. Cisza przedłużała się. Powietrze wokół zdawało jej się o wiele chłodniejsze, niż było. Nie potrafiła, przy całkowitym braku reakcji, wyczytać co o tym myślał.

Ty ich nie sprzedawałaś? Zatem to nie twoja wina – powiedział wreszcie.

Nie! Nie rozumiesz. Wiedziałam, już potem, robiąc je, wiedziałam do czego zostaną użyte. To przecież tak samo, jakbym własnoręcznie je sprzedała. Ja…ja jestem odpowiedzialna… – w szaroniebieskich oczach odbiła się udręka. Jeśli jednak szukała czegokolwiek na kształt pocieszenia, nie znalazła go.

Znałem kiedyś trzech trucicieli – odezwał się dziwnie lekko, Tamsin zaś wzdrygnęła się na tę nazwę – Czemu mi o tym mówisz? Myślisz, że będę patrzył na ciebie inaczej?

– A nie?

– Sam zabiłem mnóstwo osób.

– Nie zmieniło cię to? – poważne oczy dziewczyny próbowały zajrzeć mu w głąb duszy. Alesio siedział spokojnie, najmniejszy nawet mięsień nie drgnął na jego twarzy.

– Nie – powiedział obcym, zimnym głosem.

***

Znalazła leśnika siedzącego w cieniu starego dębu. W wielkich dłoniach śmigał nóż, strugał coś jak zwykle, równe strzępy kory opadały na ziemię u jego stóp. Uśmiechnęła się, jego widok, zwłaszcza w otoczeniu zieleni i drzew, nieodmiennie grzał jej serce. Miękkie liście rozsiane wśród mchu, zaszeleściły delikatnie, gdy klękała. Przez chwilę, z przymkniętymi oczami pozwalała, by słońce ogrzewało jej policzki. Z nim mogłaby siedzieć tak w ciszy. Czasem miała wrażenie, że samym swoim istnieniem wywoływał w niej spokój. Jego związek z naturą, choć odmienny niż jej, sprawiał że widziała więcej. Zwłaszcza teraz. Odmiennie niż w przypadku Alesio, czuła że jego reakcji nie musi się obawiać. Nie tylko dlatego, że znali się dłużej. Miała wrażenie, że Heinz zawsze rozumiał ją zupełnie inaczej niż tamten.

Pamiętam, że z początku pokazywał mi tylko to, co dobre. Wszystko, co rosnąc swobodnie można wykorzystać do leczenia chorób i przypadłości. Zachłysnęłam się tym. Uratował mojego braciszka, był dobry dla mnie i dziecięcymi oczami widziałam w nim wzór wszelkich cnót. Potem ostrzegał, z początku delikatnie. Wiesz, rzeczy które mówi się dzieciom na wioskach. Nie zbieraj wilczych jagód. Nie jedz muchomorów. Nie zrywaj tojadu… – nie musiała patrzeć, wiedziała że słuchał jej uważnie, nie przerywając swojego zajęcia. Jasne pasma drewna nieustannie skręcały się wokół traw. – Potem, gdy mieliśmy już miejsce do pracy, wśród innych ziół zaczęły pojawiać się i tamte. Nagle musiałam wiedzieć, nie tylko jak wyglądają, ale jaką barwę będą miały starte na proszek, albo zmienione w płyn. Rozpoznawałam ich smak, zapach oparów, czasem nawet działanie, które nie raz musiałam odchorować. Wszystko to było wiedzą, o której myślałam, że tylko jest. Niegroźna. – Zamilkła na moment. – Myliłam się. Przyszedł w końcu dzień, który zmienił wszystko. Miałam czternaście lat. To była skomplikowana mikstura i przez moment czułam dumę, że udała mi się tak dobrze. Eberhard pochwalił mnie nawet. – W głosie wyraźnie już słychać było gorycz i dawny ból. – Byłam świadkiem, jak ją sprzedawał.

– Tamtego dnia złożyłam sobie obietnicę, że za każde odebrane w ten sposób życie, poświęcę co trzeba, by ratować inne.

Jakaś pierwotna część jej świadomości uchwyciła delikatną zmianę w dźwiękach otoczenia. Umilkła i zdała sobie sprawę, że od jakiegoś czasu nie słyszy już cichego chrobotu obrabianego drewna. Heinz spoglądał w rozłożystą koronę drzewa i tańczące pomiędzy liśćmi refleksy światła.

Powiadają, że od patrzenia na te… zajączki można dostać pomieszania zmysłów. Są podobno ludzie, którym wystarczy taki jeden, nagły błysk i padają rażeni tańcem świętego Wita. Otóż to, otóż to. Hm… – zamruczał basowo niczym stare drzewo na wietrze.

Tak, nie inaczej jest z naszymi uczynkami. Każdego z nas ciągnie, aby się w przeszłości własnej zanurzyć. Zagapić się w nią, jako w te igraszki słoneczne. – Rozejrzał się starając objąć wzrokiem feerię światełek.

Tak jak nie znajdziesz tożsamych świetlnych plamek, tak i próżno szukać jednakich wspomnień. Młodaś jeszcze, tedy mogłaś nie zauważyć jak to się zmienia w człeku. Im więcej włosów siwych, im więcej zmarszczek i zmartwień na twarzy, tym bledsze wspomnienia, ale też bardziej kurczowo się ich trzymamy i chętniej doń wracamy. Tak…

Dziewczyna zaczęła się zastanawiać czy drwal mówi jeszcze do niej, czy też zatracił się już we własnych przemyśleniach.

Tak. Uważać trzeba, aby nas te uczynki dawniejsze nie spętały, nie uwięziły. Albo i do szaleństwa nie doprowadziły jako tych nieszczęśników padaczką dotkniętych. Ty zaś, jak mi się zdaje, sama się nimi spętałaś. Nie wiem czy ze strachu, czy też z poczucia winy jakiego. Twoja to rzecz. Może sama nawet nie wiesz. – mówiąc to wstał nagle i otrzepał oprószone wiórami kolana.

To nie jest ważne. Teraz, jak mi się zdaje, mus ci było komuś się z tego zwierzyć. Zwierzyłaś się. Tedy ja za zaufanie rad ci się odwdzięczę. – uśmiechnął się lekko i ruszył w jej stronę.

Wykrzycz to, wypłacz, w winie utop, albo i w objęciach kochanka. Wyrzuć to z siebie i spal jak starą strzechę z chałupy. Mus ci teraz nową chałupę zbudować, lepszą. Już z resztą budujesz. Jesteś Tamsin, zielarka i magiczka, a nie trucicielka. Tyś nasze rany opatrywała i Silwanusa śmierci wydarła. Nikt inny. Nie żadna jędza i zabójczyni. Spal więc tę całą przeszłość jako te słomę starą i idź przed siebie. – minął ją i ruszył w stronę obozowiska. Po kilku krokach jednak przystanął i obrócił się powoli.

Zostaw jednak źdźbło lub dwa. Ku przestrodze. Abyś pamiętała kim nie powinnaś się stać. – przez jego brodate oblicze przeszedł jakby cień udręki, a głos stwardniał.

I aby inni pamiętali z kim mogą mieć do czynienia. – dodał już zwyczajnym tonem i uśmiechnął się półgębkiem.

Chodźmy już, kruca fuks, bo mie tyłek łod tych sęków rozbolał pieruńsko. Ciekawość co też dziś Sebastian na wieczerzę wyrychtował? Ulryk i jego wilki mi świadkiem, że jeśli znów mi koninę żreć każe to go toporkiem prześwięcę. Cięgiem tylko konina i konia, kurważ twarz, ile można… – jego zrzędliwy głos niknął już pomiędzy drzewami za zakrętem ścieżki. Tamsin stała czas jakiś nieruchomo uśmiechając się z lekka. Po policzkach spłynęło jej kilka łez, wielkich jak grochy. Smakowały ulgą. Rozluźniła spięte ramiona i niecierpliwym gestem otarła srebrzyste krople z rzęs. Wtedy dopiero dotarło do niej jak szybko zmienił się ton i barwa głosu leśnika. Było w tym jednak coś więcej. Słowa, słowa jakich używał były… Ulotna myśl, niby motyl, odfrunęła równie gwałtownie jak się pojawiła.

Czekaj Heinz! –zawołała zielarka i pobiegła za nim.  

***

W środku nocy Aimee zaczęła krzyczeć, wyrywając ich ze snu. Do rana miała już całkiem zdarte gardło, mimo to nie przestawała. Zatrzaśnięta w świecie, do którego nie mieli dostępu, nie dawała się uspokoić. Nic nie pomagało. Jakby wiedziała coś, czego oni nie wiedzą. Pluła krwistą śliną i wrzeszczała wytężając płuca. Do wieczora. Dźwięk niósł się daleko, z każdą godziną coraz bardziej wdzierając się w ich umysły i spychając ich ku krawędzi szaleństwa. U niektórych początkowe współczucie dawno już przerodziło się w chęć zakneblowania dziewczynki. Chodzili zdenerwowani, modląc się by przestała. Dla Tamsin każda godzina nieustających wrzasków, krzyków, a pod koniec straszliwego charczenia, była nie tylko torturą, ale i prawdziwym sprawdzianem woli. Kilka razy bliska była złamania się i podania środków, które mogłyby złagodzić ten stan. Jednak wiedza, że każde z ziół, jakie posiadała, mogło wejść w niepożądaną reakcję z nierozpoznanym medykamentem i zakłócić przebieg odtruwania, sprawiała że zaciskała zęby i chowała szkatułkę. Cały dzień wertowała swoją księgę, ale wśród znanych jej receptur nie było niczego, co mogłoby teraz pomóc. Najgorsza była ta niemoc właśnie, bezsilne obserwowanie cierpienia bez możliwości przyniesienia ulgi, choćby i nawet najmniejszej. Aimee umilkła późnym wieczorem, gdy jej ochrypły głos przypominał bardziej zgrzyt, ciche skrzypienie starych drzwi niż mowę. Zaraz potem zwymiotowała targana wstrząsami i gorączką. Od tego momentu zielarka nie odstępowała dziewczyny na krok. Przykładała wilgotne szmatki, do zroszonego potem czoła, przemywała twarz i usta z wymiocin. Delikatnie wyciskała krople chłodnej wody na popękane wargi i wlewała, mozolnie, jedną po drugiej w zszargane krzykiem gardło. Sebastianowi nakazała przygotowanie gęstego, rozgotowanego bulionu i co kilka godzin cierpliwie zmuszała pogrążoną w maglinie dziewczynkę do przełknięcia choć kilku łyków. Można było usłyszeć jak mruczy przy tym cichutko sobie tylko znane słowa, od czasu do czasu łapiąc chorą za rękę. Nie spała. Nie odpoczywała. Oczy pociemniały jej jak niebo przed burzą, czasem przesuwała po nich wszystkich spojrzeniem, bez słowa i zdając się ich wcale nie widzieć. Widziała jednak, bo czasem jeszcze odrywała się od posłania, na którym ułożyli dziewczynkę, by zmienić opatrunki u pozostałych rannych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s