Wrócili na miejsce potyczki, gdzie podzielili i przepakowali bagaże niesione wcześniej przez muła. Tamsin opatrzyła zranioną rękę Alesio, z lekkim przekąsem komentując fakt, że więcej spirytusu, który miał służyć do odkażania, zamiast na ranę, płynęło teraz w estalijskie gardło. Przez krótki moment sama zaciskała palce na szyjce butelki, wyobrażając sobie jak płynny ogień przelewa się przez jej wnętrze, sprowadzając błogie otępienie. Zamrugała gwałtownie. Kiedy ruszyli dalej, musiała przyznać w duchu, że właściwie trunek nie był jej wcale potrzebny. Stawiając nogę za nogą, patrzyła półprzytomnie na kołyszącą się w ręce lampę. Drugą dłoń zaciskała na drobnych palcach Aimee i miała wrażenie, że ten dotyk, przypominający jej nieustannie o dziewczynce, był jedyną rzeczą, trzymającą ją jeszcze o zdrowych zmysłach. Co jakiś czas omiatała wzrokiem pozostałe osoby i wtedy jedynie na jej ustach pojawiał się nieco wymuszony, blady uśmiech. Nie była sama.

Skręcili w lewo i niebawem ich oczom ukazał się kolejny zakręt. W prześwicie na końcu długiego korytarza migała im blada poświata, więc po krótkiej naradzie postanowili, że Sebastian ostrożnie się tam podkradnie. Nie był to najlepszy pomysł. Chłopisko, choć odwagi i zapału nie można mu było odmówić, jak się prędko okazało zupełnie nie nadawało się na zwiadowcę. Ręką, w której trzymał pałkę, nieustannie podpierał się o ścianę, w słabym świetle szukając wskazówki. W efekcie raz po raz uderzał o kamień, głuchy zgrzyt rozchodził się daleko na obie strony. Do tego obracał się w ich stronę co kilka kroków, hacząc przy tym rantem tarczy o podłogę. Krok, zgrzyt, krok, obrót, łupnięcie. Tamsin odruchowo spinała się na każdy taki dźwięk. Uszedł może z pięćdziesiąt kroków i gdy odwrócił się w ich stronę, zamachała rozpaczliwie rękami. Kolejnego już nie zrobił. Nagle powietrze zrobiło się bardzo nieprzyjemnie. Po plecach przebiegł jej dreszcz,  w uszach zapiszczało i następnym, co usłyszała był huk osuwającej się spod Sebastiana podłogi. Korytarz zasnuł się pyłem, krzyk zaskoczonego pułapką czuła nawet w koniuszkach zgrabiałych palców, gdy próbowała odsupłać linę zawiązaną wokół własnego i Aimee pasa. Keiler rzucił się ku utworzonej nagle krawędzi jeszcze przed nią, stali potem obydwoje bezradnie zaciskając ręce. Sebastian wisiał nad przepaścią, cudem zaczepiwszy się tarczą o linę, biegnącą tuż przy ścianie. Zbyt daleko, by mogli mu pomóc. Mozolnie posuwał się w ich stronę. Tamsin wstrzymywała oddech, jakby każdy nieostrożny wydech miał sprawić, że człowiek uporczywie czepiający się lin, spadnie. Odetchnęła dopiero, gdy wciągnięty silną ręką usiadł przy nich na twardej podłodze.

Dopiero teraz, wiedząc już czego szukać, dopatrzyli się gdzieniegdzie biegnących nisko, tuż nad podłogą, zakotwiczonych w równych odstępach lin. Korytarze, przy których je zauważyli omijali. Kierowali się w stronę jeziora, wyrysowanego na mapie. Jeziora, od którego jeśli wierzyć kreskom i kropkom krasnoludzkich znaków, do upragnionego wyjścia nie było tak daleko.

Nie było im dane dotrzeć tam bez problemów. Choć nie rozumieli znaków, jakimi krasnoludy opisały czyhające na wędrujących po kopalni niebezpieczeństwa, ich domysły w większości sprawdzały się do tej pory. Musieli więc dotrzeć w końcu do miejsca, którego minięcie wzbudzać będzie u nich dużą nieufność. Nie podobały im się użyte symbole. Dywagowali czy zawracać, bądź skręcać w inną stronę. Zdecydowali się iść. Alesio nie pozwolił Tamsin pójść przodem. Z czekanami w dłoniach, obwiązany w pasie liną, której koniec dzierżył Keiler, otrożnie posuwał się naprzód. Metr, dwa…Dziesięć, piętnaście. Ośmieleni poszli w jego ślady. Pięćdziesiąt metrów dalej idący przodem estalijczyk wypatrzył na podłodze wijący się kształt przerwanej liny…

Tamsin poczuła szarpnięcie. Oparcie uciekło spod jej stóp zanim jeszcze przebrzmiał pisk zmieniającego się ciśnienia. Potem usiłowała sobie przypomnieć, jak właściwie udało jej się złapać za ciągnącą się wzdłuż korytarza linę. Bezskutecznie. Miała wrażenie, że mimowolnie zarejestrowała jak trzymana jeszcze mgnienie oka wcześniej Aimee, wspina się teraz szybko i zwinnie, mijając zawieszonego w dziwnej pozie Alesio. Estalijczyk wykonywał komiczną akrobację, jedną ręką zawieszony na wbitym w gliniastą ścianę czekanie, drugą trzymał koniec urwanej liny. Prawą nogą zaś dobijał wysuwającą się powoli kotwę. Nie mogła oderwać oczu od tego widoku. Powoli posuwała się w jego stronę, nie zważając ani na wżynającą się w dłonie linę, ani na ból protestujących ramion. Gdzieś za nią znajdowali się Keiler i Sebastian. Poznawała po ciężkich, urywanych oddechach. Bała się odwrócić, ale była pewna, że słyszała dwa. Jakim cudem udało im się wszystkim znaleźć po drugiej stronie, nie wiedziała. Nie było też czasu na czcze rozważania. Z szoku wyrwał ją płacz dziewczynki. Jeden widok na zakrwawione dłonie wystarczył, by poruszyć zdrętwiałe nogi. Może tylko w cichym głosie pobrzmiewało znużenie podszyte ledwosłyszalną paniką, gdy owijając bandażem pokaleczone ręce uspokajała płaczącą.

Kilkanaście mietrów obok, z równoległego im przejścia wynurzała się nierówna, drewniania kładka…Tamsin nie miała ochoty się śmiać.

Korytarze z kilku kierunków zbiegały się tutaj w pokaźnych rozmiarów jaskinię. Coraz wyraźniej widzieli poświatę bijącą od jeziora. Na jego środku znajdowała się niewielka wysepka, jasny snop światła wskazywał, że we wznoszącym się nad nią wysoko stropie znajdował się otwór. Na brzegu jeziorka stał kwadratowy budynek, z wielkim, cylindrycznym kominem wychodzącym ze środka i ginącym gdzieś w skalnym suficie. Budynek, choć otwór wejściowy ział pustką, dopiero podchodząc bliżej ujrzeli puste dziury po kracie, bronił dostępu do niewielkiego pomostu i kilku zacumowanych tam łodzi. Do niczego im zresztą nie potrzebnych. Ich celem było jak najszybsze opuszczenie kopalni, a nie wycieczki po podziemnym zbiorniku. W jaskini, jak i w budynku walały się gdzieniegdzie brudne kłębowiska szmat, drobne kości i nieczystości. Wewnątrz odkryli, że prawie całą przestrzeń wypełniał komin, podłoga wokół niego zbudowana była ze sporych krat, do przemieszczania się wokół krasnoludy zostawiły jedynie wąskie pasma kamiennej posadzki. Na jednej ze ścian widniały cztery symbole, a tuż pod nimi dwa otwory, jak na dźwignię. Tamsin usiadła na schodkach prowadzących na zewnątrz i jednym tylko uchem przysłuchiwała się toczącej się coraz żywiej dyskusji.

Łódź jednak miała być potrzebna. Alesio wypatrzył miecz, a w opinii Tamsin, kawał jakiegoś żelastwa wbity na samym środku wysepki, widoczny całkiem dobrze we wpadającym z zewnątrz snopie światła. Kierowany ciekawością, legendami i może czymś jeszcze, upierał się by tam popłynąć. Koniec końców, stanęło na tym, że nie zrobi tego sam. Heinz bowiem, temperując jego zapał, wskazał na ledwie zauważalnie, miarowo poruszający się ciemny kształt. Duży.

Tamsin została na schodkach. Raz, że podniesienie się wymagało zbyt dużo trudu, a dwa że ktoś musiał wpatrywać się w ujścia korytarzy, na wypadek gdyby miały się z nich cichaczem wymknąć kolejne gobliny. Keiler stanął na pomoście i pomógł odepchnąć łódź. Chwilę później Sebastian wiosłował, instruując siedzącego u steru estalijczyka.

Cisza przerywana była miarowym chlupotem. Nie trwało to długo. Odległość do wyspy wynosiła jakieś stopięćdziesiąt metrów, ale podpartej o framugę Tamsin zdawało się, że naliczyła jedynie kilkanaście machnięć wiosłami. Łódź uderzyła o kamienie i zaszurała. Nic nie wyłaniało się z ciemności przed nią, z napięciem więc wsłuchiwała się w dalsze odgłosy. Miała wrażenie, jakby cała jaskinia zamarła na moment w oczekiwaniu. Przerywający ciszę ryk był właściwie tym, czego się spodziewała. Bez wahania potrafiła sobie wyobrazić nieustępliwego Alesio, wznoszącego miecz nad wielką maszkarą. Zerwała się, zapominając o zmęczonych członkach. Keiler krzyczał już do niej.

Do łodzi, prędko, musimy im pomóc! – Wskoczyła, szykując łuk, a ten od razu złapał za wiosła. Z tej odległości widzieli jedynie, jak na południowym krańcu wyspy zaczyna górować nad wszystkim wielki, kudłaty troll. Alesio zapewne znajdował się tuż obok, Sebastian natomiast, dotąd pilnujący, by ich łódź nie odpłynęła, sadził tam szybkimi susami wrzeszcząc coś niezrozumiałego. Heinz spinał się z wysiłku, wiosłując w szaleńczym tempie, by znaleźli się chociaż w zasięgu strzału. Po raz kolejny jednak Alesio udowodnił, jak doskonałym jest wojownikiem. Nim ich łódka uderzyła o brzeg, ledwie Sebastian dobiegł go wspomóc, troll nie żył, a jego głowa toczyła się w dół po kamieniach. Estalijczyk zbryzgany krwią, z obliczem ściągniętym kamiennym spokojem, ściągał z siebie koszulę, nie zważając na Sebastiana krzyczącego do niego coś o szaleńcach. Na widok tego spokoju Tamsin, która już chciała pędzić przez wodę choćby, nie wierząc że mógł bez szwanku wyjść z takiej potyczki, zagryzła wargi i zaczekała, aż z ciężkim łomotem Keiler dobije do brzegu. Nie zerwała się, zamiast tego podeszła powoli, speszona jakby, nie do końca wiedząc jak okazać radość i ulgę, która spadła na nią moment wcześniej.

Odpoczęli na wyspie trzy godziny. W tym czasie rozpalili niewielki ogień i Tamsin wykorzystała go do przygotowania naparów z ziół łagodzących ból niewielkich obrażeń. Obaj, Alesio po walce  i Keiler, który mocno nadwyrężył rękę podczas szaleńczego wiosłowania, ich potrzebowali.

 

Z niepokojem przyglądała się płomykowi lampy niesionej przez leśnika. Cały zapas oliwy, jaki im pozostał, wlali do niej już wcześniej. Razem z czterema pochodniami, jakie jeszcze posiadali, miało wystarczyć to na niecałe dziesięć godzin.  Na wysepce nie potrzebowali dodatkowego światła, ale teraz, przemierzając dalszą część kopalni, tylko migotliwy płomień chronił ich przed całkowitą ciemnością. Szli szybko, w ustalonym już wcześniej szyku. Przodem Keiler z Sebastianem, za nimi Tamsin pilnująca Aimee, na końcu Alesio, dzierżący pochodnię i miecz. Przed nimi, poza skrajem rzucanego światła, błyskały ślepia, kłębiły się gobliny, przemykając z różnych stron. Za goblinami zaś, coś znacznie większego. Ork. Heinz przystanął i podniósł wysoko niesione w ręce trofeum, odrąbany trollowy łeb, z posoką wciąż jeszcze kapiącą na posadzkę. Samo to sprawiało niesamowite wrażenie. Stojąc tak, ryknął, głosem daleko odbiegającym od tego, co znajome. Głośno i groźnie. Nie było w tej chwili nikogo pewniejszego od niego. Całą swą moc zawarł w tym dźwięku, niosącym się wokół bez żadnych przeszkód, sprawiając że wszystkie niewielkie stworzenia czmychnęły ze strachu. Było coś pierwotnego w jego wysokiej sylwetce, w złowrogim spojrzeniu i chmurnie zmarszczonych brwiach. Tamsin zdało się nagle, że mógłby stanąć bez przeszkód naprzeciw orka i powalić go gołymi rękami. Widok ten, zamiast przestraszyć może, na przekór, wlał więcej odwagi w jej własne serce. Skręcili w przejście biegnące po skosie. Szybki rzut oka na mapę powiedział im, że stworzenia, które teraz uciekły, mogą jeszcze odciąć im drogę i rzeczywiście, w prześwicie kolejnego skrzyżowania, ujrzeli jak podążają w tym samym, co oni tempie. Przy następnym rozwidleniu zwolnili, Tamsin wysunęła się prędko przed Sebastiana i przykucając lekko, ostrożnie wyjrzała za róg. Dobiegło ją jeszcze ciche przekleństwo estalijczyka i ujrzała tuż przed sobą, otwarte ślepia goblina. Równie jak ona zaskoczonego. Drgnęła pierwsza, uchylając się instynktownie. Tylko dzięki temu, sztylet wymierzony w jej twarz nie dotarł celu. Kopnęła, goblin przesmyknął się jednak ponad jej nogą i wpadł między nich. Widok Heinza wystarczył, by istota zaskrzeczała ze strachu i spróbowała ucieczki. Któryś z mężczyzn zabił ją. Tamsin nie odnotowała który, przytłoczona wrogą obecnością w głębi nieoświetlonego korytarza. Zwymiotowała żółcią zgromadzoną w gardle.

Przyspieszyli, zmuszając się do truchtu. Równolegle do nich rozbrzmiewało równie szybkie tupanie ciężkich nóg. Od ostatniego, wyrysowanego na mapie zakrętu dzielił ich jeszcze tylko jeden.

Drogę przeciął im ork, w towarzystwie trzech goblinów. Stwór zamachnął się na Sebastiana, uderzył w tarczę i odsunął chłopa na kilka kroków. Wyskakujące zza jego pleców gobliny, rzuciły się pomiędzy nich. Od kilku chwil również za sobą słyszeli głośne pomrukiwania i kroki, drugi ork zjawił się w ich kręgu światła niemal równocześnie z pierwszym. Alesio, trzymający już wcześniej w rękach miecz, teraz zamierzył się na niego. Ścierał się z potworem, uderzając i chybiając na przemian. Ork rycząc poruszał się szybko, wywijając własną bronią, wielki łeb okryty miał hełmem, część cielska kryła się pod elementami zbroi. Na sekundę rozdzielili się i Tamsin wykorzystała ten moment, by prześlizgnąć się obok estalijczyka i wymierzyć kosturem w ten łeb właśnie. Trzasnęła mocno i sztuczka, która przypadkiem raz już jej się udała, zadziałała i teraz. Orka zamroczyło i wypadł z rytmu. Na oślep zamachnął nabitą gwoździami dechą, trafiając ją w ramię. Krzyknęła bardziej z zaskoczenia niż z bólu. Alesio natarł na orka wściekle i dokończył dzieła. Przeskoczył prędko ku walczącym z przodu. Ona została zastępując drogę goblinowi. Zamierzała się na niego raz za razem, ale sprytny pokurcz zręcznie wymijał wszystkie jej ciosy. Z drugim orkiem walka przebiegała równie ciężko. Sebastian znalazł się wraz z bestią w impasie, stojąc na szeroko rozstawionych nogach, z rękoma uniesionymi w górze, trzymali nawzajem za swój oręż, skutecznie blokując próby uderzeń. Keiler krążył szukając miejsca na cios. Tamsin widziała to jedynie  kątem oka. Wreszcie któryś wyrwał się pierwszy, ork złapał Sebastiana, uniósł do góry i rzucił o ziemię, samemu przyszpilając go okrakiem z wyszczerzonymi zębami. Gryzł powietrze w szaleńczych próbach zbliżenia się do twarzy. Goblin rzucił się ku niej raz jeszcze i nie dojrzała, jak ork ginął wreszcie. Zorientowała się, że nie żył, po tym jak jej krewki przeciwnik zawinął nogi za pas. Zapewne w obawie przed mężczyznami, w ostatnim akcie wyzwolonej nagle wściekłości, smagnęła go jeszcze przez plecy, ale podskoczył tylko i umknął. Sekundę, może dwie, żałowała po raz pierwszy w życiu , że nie udało jej się dokonać mordu. W chwili, w której sobie to uświadomiła przygniotła ją gorycz ciężkim brzemieniem. Uchwyciła, jak ponad trupami, Alesio przygląda się jej uważnie. Pokręciła lekko głową, napięcie opadało powoli, dłonie zaciśnięte na kosturze nie drżały już tak strasznie.

Ostatni korytarz ciągnął się równie długo jak, ten u wejścia do kopalni. Za nimi, w pewnej odległości, wciąż trzymały się gobliny. Kilka posłanych do tyłu strzał zniechęciło je na szczęście przed zbliżaniem się. Nie zwalniali, nawet gdy przejście zrobiło się tak wąskie, że niemożliwym było iść obok siebie. Wiedzieli już, czego się spodziewać. Wypatrywali wyjścia. I wreszcie… Najpierw natknęli się na schody, niskie i długie, coraz krótsze potem i wyższe, na końcu schodów zaś ujrzeli plamę upragnionego światła. Jedno po drugim wychodzili na szeroką, skalną półkę. Jedno po drugim oddychali głęboko i unosili wzrok ku zachodzącemu słońcu.

***

Polanka, jaką wybrali na miejsce noclegu, różniła się tak bardzo od świata, z którego się wyłonili, że Tamsin pomimo ogromnego znużenia, nie mogła wyjść z podziwu. Kilka drzewek, bezkresne niebo, rześkie, górskie powietrze i niewielka sadzawka z wodą, tak ciepłą, że niemal parzyła. Patrzyła tęsknie jak Alesio bez ceregieli ściąga ubranie i wchodzi do wody, obmywając się z wszelkiego plugastwa. Zmuszała się, by pozostać w ruchu, by nie ulec i nie klapnąć na ziemię, dokładnie jak Keiler, z rękami i nogami wyciągniętymi szeroko, chrapiący z uśmiechem od momentu, w którym tylko jego głowa spoczęła na trawie. Również Sebastian rozwinął posłanie i zasnął szybko. Ona natomiast schylała się, zbierając chrust, klęczała rozpalając ogień, a każde, najmniejsze nawet poruszenie, odczuwała jako tępy ból pulsującej głowy. Zbyt dużo strachu, wrażeń, zmęczenia, ciemności i dręczącej ciasnoty. Zbyt wiele ucieczki, krwi i walki. Za mało światła i powietrza. Teraz, w żelaznym poczuciu obowiązku spełniała ostatnią już na ten dzień powinność. Gdy lekarstwo było gotowe, spróbowała wyciągnąć z sadzawki Aimee. Dziewczynka, która odkryła przyjemność pluskania się w wodzie, za nic jednak nie dawała się przekonać do wyjścia na brzeg. W rezultacie zielarka, marząca o śnie, spokojnej kąpieli i odpoczynku, niekoniecznie w takiej kolejności, spędziła długie chwile mocząc się razem z chichoczącą i oblewającą ją raz za razem wodą, dziewczyną. Po tym wszystkim objęcie pierwszej warty okazało się chybionym pomysłem.

Obudził ją głos, wypowiadający jej imię. Wąską ścieżką, znacznie poniżej ich polanki, ze stukotem  kopyt, jechał zbrojny na koniu. Wyglądał jak żywcem wyjęty z opowieści o bretońskim rycerstwie. Od stóp do głowy zakuty w zbroję tak ciężką, że niemożliwym wydawało się samodzielne dosiadanie konia z jego strony. Z żółtą, herbową tuniką i proporcem powiewającym na końcu lancy. Tamsin, wychylając się zza krawędzi dla lepszej widoczności, zdążyła naliczyć trzy miecze i kuszę, przytroczone do siodła, zanim sprawiająca problemy w najmniej dogodnych momentach Aimee urządziła sobie z rycerza ruchomy cel. W jego stronę posypały się gromadnie, zebrane nie wiedzieć kiedy, żołędzie. Wyrzuciwszy całą amunicję, dziewczyna z psotnym chichotem pobiegła ku niemu w dół ścieżki. Spod drobnych stóp obsypywały się kamyki, Tamsin zakasawszy spódnicę biegła tuż za nią, ale zdążyły oddalić się od reszty na całkiem sporą odległość, zanim zrobiło się na tyle szeroko, by mogła ją bez obawy o runięcie w dół, pochwycić. Zawrócona Aimee nie przestawała się śmiać, nawet gdy usłyszały za sobą głośne:

– Hola, hola, kto zacz? – Rycerz zatrzymał konia kilkadziesiąt metrów za nimi, mniej więcej w tym samym miejscu, w którym przed chwilą Tamsin dopadła niesforną podopieczną. Obracając się ku niemu, mogła się teraz lepiej przyjrzeć zarówno jemu samemu, jak i pięknemu, okrytemu kropierzem wierzchowcowi.

Hola, hola, mości rycerzu – odpowiedziała siląc się na pogodę, choć pierwsze myśli mówiły jej, że skromne marzenie o spokojnym posiłku pod gołym niebem i ponownej kąpieli w gorącej sadzawce odpływają właśnie w siną dal. Rycerz zignorował ją kompletnie, jego wzrok omiótł ją jedynie, po czym przeniósł się wyżej, gdzieś ponad, jakby jej osoba nie była w jego oczach zupełnie godna zainteresowania. Nie warta uprzejmej odpowiedzi nawet. Spojrzała za siebie i zrozumiała dlaczego. Uwagę rycerza skupiał stojący na szczycie ścieżki Alesio i to on, przedstawiając się jako równy mu stanem, nawiązał z nim rozmowę.

Z perspektywy czasu można było powiedzieć, że kłamstwo i próby kręcenia były złym rozwiązaniem. Rozmowa nie poszła dobrze. Co prawda, widok rycerza z opuszczoną przyłbicą, w galopie, z wymierzoną do przodu lancą, należał do kategorii niezapomnianych, stojąca jednak za mężczyznami Tamsin, podziwiałaby pokaz o wiele chętniej, gdyby nie fakt, że to jej towarzysze wystawieni byli na ten atak. W obecnej sytuacji wstrzymywała oddech, bezsilnie zaciskając dłonie w pięści. Sam pęd wierzchowca mógł ich zmieść z drogi, brak miejsca właściwie uniemożliwiał jakikolwiek unik. Alesio przydadł do ściany, znajdując niezbyt głęboką wyrwę, natomiast Heinz i Sebastian, stojący dalej, bez możliwości stawienia czoła nadjeżdżającemu rycerzowi, wybrali zsunięcie się prosto w przepaść. Zawiśli obaj, przyklejeni ze wszystkich sił do boku trawiastego osuwiska, każdy chwyciwszy się wystających korzeni i skał. Bez ruchu. W chwili, gdy bretończyk mijał wciśniętego w ostre kamienie Alesio, ten ciął mieczem po nogach konia. Zwierzę nie miało szans wyhamować biegu, z kwikiem zaryło o ziemię. Zarzuciło nim na bok, na zbyt wąskim paśmie gruntu mogło się to skończyć tylko w jeden sposób. Daleko, daleko w dół upadał rycerz, pociągnięty przez własnego wierzchowca. Fakt, że nie zginął nikt więcej niechybnie zaliczał się do cudów.

Uciekli pogoni, kilkukrotnie stawili czoła śmierci czekającej na nich pod postacią paskudnych istot i pułapek,  ale dopiero teraz przebrała się miarka. Ogrom emocji, jakim  zostali poddani na przestrzeni ostatnich dni sprawił, że w końcu między Alesio, a Sebastianem wywiązała się krótka kłótnia. Drugi oskarżał pierwszego o wywołanie niepotrzebnej walki i doprowadzenie do zabójstwa niewinnej osoby. Pierwszy wymyślał drugiemu od naiwnych głupców. Niebo nie było już tak pięknie niebieskie. Przez moment.

W ciągu dnia przebyli znaczną część pogórza, systematycznie schodząc w dół ścieżki, w kierunku rozciągającego się u ich stóp lasu. Początkowo zamierzali kierować się wzdłuż oplatającej pasmo serpentyny, ale kilka godzin po nieprzyjemnym zajściu z bretońskim rycerzem usłyszeli echo końskich kopyt i dojrzeli w oddali sylwetki dwóch konnych w identycznych, jak tamten barwach. Dlatego zmienili kierunek, uznając że las zapewni im w ostateczności więcej schronienia. Rzeczywiście, niżej droga wiodła między drzewa, coraz gęściej rozsiane po zboczu. Wczesnym wieczorem zatrzymali się na postój, właściwie nawet nie schodząc z raz obranej ścieżki. Po prostu drzewa rozstępowały się nagle, tworząc niewielką polanę. W poczuciu całkowitego odosobnienia rozpalili ogień i wreszcie mieli czas, by odpocząć. Heinz wdał się w dość ożywioną dysputę z Sebastianem. Tamsin pogrążona we własnych rozmyślaniach, nie słuchała o czym. Czuła na sobie wzrok estalijczyka i sama też od czasu do czasu zerkała za nim. Coś miało się wydarzyć. W końcu zaproponowała, że spojrzy na bandaż, opasujący mu żebra, ale zajmując się tym, czuła się wyjątkowo niezręcznie. Wymyślała sobie w duchu, ale nic nie mogła poradzić na rumieniec, zdradziecko występujący na policzki. Jak zwykle dawała się zapędzić w słowne pułapki, jakby przy nim wszystko nabierało innego znaczenia. Miała już odejść, odsunęła się nawet, wystarczyło jednak jedno spojrzenie zielonych oczu, by zamarła, jak łania na widok drapieżnika. Przygarnął ją do siebie i pocałował. Wtedy, pośród rozsypujących się bezładnie myśli, ostatnim rozsądnym spostrzeżeniem pojęła, że wszystko zmierzało właśnie ku temu. Od pierwszego spotkania. Cała ta gra, w której pierwotnie nie chciała przecież brać udziału, zmieniła się jednak gdzieś po drodze i nie potrafiła pozostać obojętna. Ucichły głosy towarzyszy. Zostali sami, trudno było pojąć kiedy i dlaczego. Las objął ich delikatnie, szeptał miękko do ucha. Chciała jeszcze zawrócić, przez moment, nieśmiała i niezdecydowana. Odzyskać władzę nad sobą, wyplątać z uścisku, zacząć myśleć przytomnie na nowo. Zapomniała. On nie był chłopcem przecież i nie przywykł się cofać.

Żona. Tak ją przedstawił. Słowo to wbiło ją w większe zdumienie, niż pojawienie się dwóch, widzianych wcześniej rycerzy, a właściwie rycerza i jego giermka. Większe nawet niż przebieg spokojnej rozmowy i jej pokojowy koniec. Bretończyk rozłożył się na noc po drugiej stronie ścieżki, wcześniej udzielając im instrukcji dotyczących kierunku dalszej drogi. Żona. Ze wszystkich kłamstw, tego spodziewała się najmniej. Świat drwił sobie z niej w pokrętny sposób. Nie próbowała rozplątać gmatwaniny własnych uczuć, z góry skazana na porażkę. Marzenia kogoś obcego. Zamiast tego wtuliła się w Alesio (skoro już udawali małżeństwo), układając do snu, który nie nadchodził. Zbyt łatwo przyszło jej pozwolić, by otoczył ją opieką. Czegokolwiek, by sobie nie powiedziała, rozmarzony uśmiech nie chciał zejść jej z ust. Jutro, pomyślała, jutro weźmie się w garść.

***

Jutro było już innym światem…

***

W gorącym czerwcowym powietrzu rozbrzmiewały wesołe okrzyki i śmiech. Na wielkiej łące półkolem rozsiane były wozy, rozstawiono stoły z jadłem i napitkiem, przygotowano kilka większych i kilkanaście mniejszych ognisk. Z racji wczesnej pory jeszcze nie rozpalonych. Mieszkańcy kilku najbliższych wsi przybywali tłumnie na wyznaczone tradycją miejsce. Nad rzeką Oggel, w pobliżu miasteczka Erbshauen letnie przesilenie świętowano hucznie, nawet w chudych latach. Tamsin uwielbiała to święto. Razem z Eberhardem przebywali we wsi już od ponad tygodnia, pomagając w przygotowaniach. Dziewczyna miała już szesnaście lat i czuła się wyjątkowo dumna, że tym razem zielarz dopuścił ją do zaprawiania ziołami wina, które poleje się w trakcie obrzędów. Do tej pory, choć znała odpowiednie mieszanki, a i Eberhard dodatkowo za każdym razem dokładnie ją odpytywał, nie pozwalał na żadną pomoc i odsyłał ją do mniej zajmujących prac. Wczoraj, nie dość że przygotowała wywary afrodyzjaków, które pod czujnym okiem dodawała do trunków, to jeszcze wiedziała, że w trakcie zabawy wolno jej będzie spróbować. Czuła się przez to dorosła. Spacerując poprawiała bieluśką koszulę, luźno puszczone włosy niesfornie tańczyły na lekkim wietrze. Jak inne dziewczęta, na głowie miała wianek, upleciony własnoręcznie. Wieczorem puści go na wodę,  a potem będzie tańczyć całą noc ze śmiałkiem, który go wyłowi. Wystawiła opaloną twarz ku słońcu, przymykając oczy. Po drugiej stronie łąki, przy jednym z miejsc na ognisko, stał wysoki, ciemnowłosy chłopak, mężczyzna prawie. Serce zabiło jej szybciej. Miała nadzieję, że to będzie on. Jej towarzysz z dziecięcych lat. Ostatni raz widziała go cztery lata temu, krótko po tym, jak Eberhard oddał go Ulrykowcom do nowicjatu. Obydwoje zmienili się w tym czasie. Zniknęły gdzieś patykowate ręce i nogi, zniknęła dziecięca niezdarność. Przynajmniej w jego wypadku.

Wino rzeczywiście smakowało wspaniale. Kręciło jej się w głowie od tańca i gwiazd szaleńczo migoczących nad głową, od szeptów drzew i trawy kołysanej nocnymi podmuchami. Ogień strzelał wysoko, gdy wirowała coraz szybciej i szybciej. Wianek zatonął, bogowie uznali, że nikomu nie będzie poślubiona. Ktoś jednak trzymał jej rękę, opierał dłoń na talii. Upojona, śmiała się głośno. Każdy szelest zdawał się hukiem. Pośród tych grzmotów, każde muśnięcie rozpalało iskry.  Budziło tęsknotę. Wino, to cudne, słodkie wino, lało się strumienami i gdzie nie spojrzała, tańczyły roześmiane pary. Noc wypełniona była zapachem ziół i kwiatów. Daleko, między drzewami płonęły ogniki, wabiąc ku sobie. Biegła. Trzewiki porzuciła już dawno temu i teraz chłodna ziemia smagała ją po bosych stopach. Słyszała śpiew i sama śpiewała. Uporczywie wymykała się pogoni, pośród krzewów, ciemnych korzeni i nisko zwisających konarów. Wezwana. Umilkła, łapiąc dech, dopiero przy ukrytej wśród drzew świątynce. Opuszkami palców sunęła wzdłuż drewnianej kolumny. Znajome symbole ku czci bogini. Westchnęła, czując dotyk ręki na plecach. Czuła się lekka, beztroska, szczęśliwa. Na trawie, pośród czterech filarów świątyni. Z tym jedynym. Bogini wzięła wianek.

Zwykle po przesileniu zostawali we wsi jeszcze kilka dni, zanim ruszyli dalej. Kiedyś, powodowana niecierpliwością, pytała dlaczego, a Eberhard kiwał tylko głową i uśmiechał się pod nosem. W ciągu tych dni znacznie częściej nawiedzały ich kobiety i młode dziewczęta. Tamsin po raz pierwszy zażywając te same specyfiki, po kryjomu i rzecz jasna, na wszelki wypadek, wreszcie zrozumiała dlaczego.  

Zimą zawitali do monastyru, w którym, jak słyszeli, wraz z nadejściem pierwszych mrozów, Wolf złożył kapłańskie śluby. Podróżując od dziecka z opiekunem, który nie wzbraniał się przed zabieraniem jej do karczm, nasłuchała się grajków, opiewających w pieśniach nieskalanych bohaterów i miłość rzucającą wyzwania bogom. Zrozumienie, że w rzeczywistości trzeba było czegoś więcej, niosło ze sobą słodko-gorzki smak. Głęboko pod skórą czuła, że wbrew dziewczęcym marzeniom, ich ścieżki nie skrzyżują się nigdy. Nie rozmawiali o szaleństwu, któremu jeden jedyny raz dali się porwać, wspominając zamiast tego, trochę na siłę, wspólnie dorastanie. O zawiedzionych nadziejach, ukradkowych łzach i zmarzniętym sercu, nie powiedziała nikomu. Czasem jednak czuła, że Eberhard, stary dziad, dobrze wiedział.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s