Szli szybko. W milczeniu, jedynie Aimee wydawała z siebie dźwięki, awanturując się na mule. Usiłowała zerywać się z niego, biła i drapała szlochając. Zatrzymali się na krótki postój po dwóch godzinach, w leśnym zagajniku, który miał kryć ich przed wzrokiem pościgu. Rozpalili niewielkie ognisko, niezbędne by zaparzyć świeżą porcję ziół dla wciąż niespokojnej dziewczyny, a potem, gdy wylała niemal cały kubek, odmawiając picia, przygotowali je drugi raz. Praktyka wśród chorych zrobiła swoje i Tamsin, odkładając na bok współczucie, bez ceregieli wmusiła je w końcu na siłę. Prędko ruszyli dalej.
Forsowny marsz w ciemnościach nie był niczym przyjemnym. Przez kilka godzin zmagali się z miękką, zdradziecką niekiedy ziemią, zaplątującą się wśród nóg trawą, gałęzami krzaków i drzewek chłoszczącymi po ciałach, a na koniec z samymi sobą. Zatrzymał ich dopiero widok wioski, w środku nocy dotarli wreszcie w jej pobliże. Dalsze rozważania, czy należy pójść jeszcze dalej, za wieś, zmuszając się do kolejnej godziny, może dwóch podróży, uciął Alesio. Estalijczyk bez słowa zdjął z muła swój śpiwór i rozłożył na ziemi. Nie dyskutowali więcej.

Głowa kiwała jej się ze zmęczenia. Siedzała obejmując kolana ramionami i wsłuchując się w odgłosy nocy. Jej towarzysze spali. Wzięła pierwszą wartę, by jeśli znowu przyjdzie im stawić czoło zbrojnym, oni byli choć trochę wypoczęci. “Aqurk, Arfunas, Athelas…” W myślach powtarzała nazwy roślin, starając się odegnać sen. Ostatnie kilka godzin dość mocno dało jej się we znaki. Nie chciała też, siedząc sama w ciemnościach, odtwarzać w myślach wydarzeń minionego dnia. Trwała więc nieruchomo, odpędzając zmęczenie i strach. “Faxtoryll, Feuerkraut…”

Obudziło ją lekkie potrząsanie. Nieprzytomnie, z trudem otworzyła oczy, by ujrzeć estalijczyka pochylającego się nad nią z troską. Budził ją delikatnie, ale stanowczo i stawiał obok miskę z jedzeniem. Po chwili dotarł do niej zapach ogniska i pieczonego mięsa. Nie zdążyła ani podziękować, ani dobrze podnieść się nawet, gdy usłyszeli tuż obok cienki głosik.
Co to jest? Mogę trochę?
Zdezorientowani spojrzeli za siebie. Kilka kroków od nich stała mała dziewczynka. Żywe, błękitne oczy patrzyły na nich ciekawie spod nieporządnej czuprynki. Prosta, niebieska sukienka, niczym nie przewiązana w pasie, kończyła się na wysokości chudych kolan. Spomiędzy drzew biegł już ku niej duży, kudłaty pies.
Skąd się tu wzięłaś? – estaliczyk pierwszy odzyskał rezon.
Jak to skąd? Mieszkam tutaj, o tam, we wsi. – mała weszła bezczelnie między nich i spróbowała skubnąć mięsa znad ognia. Sebastian skarcił wyciągniętą rączkę i mała z oburzenia nadęła policzki, spoglądając na nich z nową czujnością. Alesio postąpił w jej stronę.
Chodź dziewczynko, odprowadzę cię w las.- Tamsin ciarki przeszły na dźwięk tego głosu, nie wiedzieć dlaczego. Poderwała głowę, bo nie widząc mówiącego, przez krótką chwilę miała wrażenie, że powiedział to ktoś, kogo nie znała.
Chyba trza nam cię będzie zabrać na wycieczkę w góry – odezwał się Keiler, ni to do niej, ni do nich.
Zanim jednak Alesio rzeczywiście poprowadził małą z powrotem w las, okazało się, że na ciekawską wieśniaczkę na jego skraju czeka jeszcze trójka rówieśników. Świadków było zatem więcej. Ostatecznie zdecydowali się zastraszyć dzieciaki, by bały się komukolwiek o nich wspomnieć. Keiler wcielił się w rolę dziada borowego i ciężką ręką sprał im tyłki, grożąc kolejnym laniem w przypadku nieposłuszeństwa.

Przekroczywszy biegniący od strony gór strumień, jego biegu zresztą mieli się pilnować, omijali wioskę szerokim łukiem. Żywili nadzieję, że nikt więcej ich nie wypatrzy. Niespełnioną, jak się okazało. Była w tym jednak pewna zaleta. Bowiem, kiedy tylko stanęli przed pierwszą górską ścianą, szukając najlepszej do obrania drogi, z pomocą przyszedł im pasterz owiec. Oczywiście to Heinza naszedł. Jakby jego wielka sylwetka przyciągała, nawet w najmniej oczekiwanych okolicznościach, przygodnie spotykanych ludzi. Leśnik akurat sam stał nad skalnym urwiskiem. Wcześniej rozdzielili się, Heinz wraz z Sebastianem wspięli się na kamienistą ścianę, podczas gdy pozostała trójka stała na dole, czekając na odnalezienie właściwej ścieżki wśród skał.

Zostali we dwójkę pod skałą, Aimee jako towarzystwo liczyła się na równi z mułem. Przez cały ranek właściwie nie mieli okazji do rozmowy, a na pewno nie takiej, do której przymierzała się właśnie dziewczyna.
Nie rozmawialiśmy – zaczęła niepewnie – na temat tego, co wydarzyło się wczoraj. – Miała wrażenie, jakby na te słowa estalijczyk spiął się mimowolnie, ale ciągnęła dalej – Chciałabym, żebyś wiedział, że… – uśmiechnęła się słabo – …że jestem ci wdzięczna. Za to, co zrobiłeś. Że uratowałeś nas wszystkich… Wziąłeś to wszystko na siebie – Spojrzała mu w oczy. W jej własnych, szaroniebieskich tęczówkach czaił się żal. Zrobiła ruch jakby chciała dotknąć jego ręki, ale zawahała się i ostatecznie wygładziła jedynie rąbek spódnicy.
Zrobiłem to, co było trzeba. Ktoś musiał. – Chłodne, spokojne słowa. Nie potrafiła wyczytać nic z jego twarzy. Zrozumiała natomiast niechęć drążenia tematu i zamilkła.
Odczekała chwilę, gdy jednak cisza zaczęła stawać się niezręczna, zmieniła temat. Schodzący potem z góry Sebastian przerwał im w momencie, gdy już nieco na siłę starali się rozmawiać o sprawach ogólnych i łatwych. Przekazał im pomysł polegający na obwiązaniu muła liną i wciągnięciu go nieco wyżej. Do realizacji tego planu nie doszło jednak. Napotkany wyżej przez Heinza pasterz, Jokodus wskazał im inną drogę. Sami nie mieli szans na jej odnalezienie, jednak człowiek, który przemierzał te góry od lat, prowadził ich pewnie pomiędzy skałami i rosnącymi jeszcze dość gęsto drzewkami. Po pewnym czasie zorientowali się, że idąc wzdłuż strumienia, nie dość że natrudziliby się więcej, to jeszcze nadłożyliby drogi.
Pasterz, nie w ciemię bity, od razu zorientował się dokąd ich droga prowadzi. Nie raz i nie dwa zdarzało się wieśniakom za złoto przez góry ludzi przemycać. Zdradził im również, że od dwóch księżyców zbrojni do wsi przyjeżdzają, szukając kogoś i niecierpliwiąc się coraz bardziej. Bezwzględni w narzucaniu swojej woli każdego, kto im się sprzeciwił, wysłali do piachu. Przywódcą owych najemnych jest człowiek wywołujący strach wśród mieszkańców wioski. Jasnowłosy, z niebieskimi oczami o pustym spojrzeniu i gładką, na pozór łagodną mową wzbudził w nich jedynie nieufność i niechęć. Jokodus opisał go jako człowieka strasznego i przerażony, że tamten miałby dowiedzieć się o ich przeprawie przez góry, co doprowadziłoby pewnie do zemsty na niewinnych mieszkańcach wsi, obiecał że sam wskaże im dalszą drogę do kopalni. Ruszyli zatem, nie marnując czasu.

Wieś płonęła. Dym niósł się wysoko i spoglądając w dół widzieli zajęte ogniem strzechy kilku chat. Prowadzący ich Jokodus przeraził się jeszcze bardziej na widok maleńkich, czarnych sylwetek wysuwających się z pomiędzy zabudowań w stronę gór. Zaklął, wyjaśniając, że zapewne zabrali ze sobą ostatniego z obecnych we wsi pasterzy, który zdolny byłby poprowadzić ich właściwymi ścieżkami. Popędził ich do przodu i choć Tamsin nie sądziła że to możliwe, zaczęli poruszać się jeszcze szybciej.
Pogoń deptała im po piętach. Pasterz zostawił ich jakiś czas temu. Heinz zorientował się, że zostawiał znaki określające bezpieczne przejście dla swojego ziomka, ale gdy zrozumiał że w ten sposób albo poprowadzi zbrojnych za nimi, albo narazi swojego przyjaciela na konieczność kłamstwa, cofnął się by je zmienić. Zanim zniknął ostrzegł ich przed najbliższym zdradliwym zakrętem, zakończonym niebezpiecznym osuwiskiem. Zmyślny Heinz od razu to wykorzystał. Skopiował znaki pasterza na ścieżce prowadzącej właśnie tam, po czym poprowadził ich w inną stronę. Niedługo potem zatrzymali się wreszcie. Zmęczeni i lekko przemarznięci. Rozpalili niewielki ogień, kryjąc go pod pałatką i rozpraszając dym. Nie dość duży, by się zagrzać, ale wystarczający, by zaparzyć lekarstwo dla Aimee. Nie rozmawiali. Dźwięk niósł się daleko po górach, a pogoń jak im zdawało i tak była zbyt blisko. Porozkładali się w ciszy. Alesio przyciągnął Tamsin do siebie i okrył ich oboje pałatką. Dziewczyna wdzięczna była za tę troskę. Z początku sztywna, pod wpływem ciepła rozluźniła się jednak i wtulona w ramię bardziej zgasła ze zmęczenia, niż zasnęła.
Nie było im dane długo odpoczywać. Pasterz odnalazł ich ponownie i zganiwszy za wcześniejsze rozpalenie ognia, zebrał prędko i powiódł dalej. Wędrówka, w innym wypadku przyjemna, teraz jawiła się jako niekończące się pasmo głazów, które omijali mozolnie, obsypujących się spod stóp kamyków, gęstych, zdrewniałych krzewów rosnących nisko , czepiających się ubrań. Tu i ówdzie mignęło Tamsin zioło, które chętnie zebrałaby do woreczka, gdzie indziej widok zapierał dech w piersi. Wszystko to jednak rejestrowała ledwie kątem oka, skupiona na marszu do przodu, na ostrożnym stawianiu stóp i podpieraniu się poranionymi już o krawędzie skał dłońmi.
Zobaczycie drzewo, jakby z trzech splecione. Uważajcie, bo za nim przepaść się rozciąga i nieuważny podróżny, wychodzący prosto z chaszczy może łatwo omsknąć się i w dół polecieć. Ja muszę zostawić was tutaj i kobiety, które z palonej wsi uciekały, odszukać. Bywajcie zatem i powodzenia. – Tymi słowami ich przewodnik pożegnał się z nimi i odszedł, unosząc na plecach owieczkę, którą trzymał cały czas ze sobą. Niewiele później rzeczywiście natknęli się na trzy drzewka, skręcone w jedno. Na skalistym podłożu korzenie z trudem wdzierały się w ziemię i Keiler wpadł na pomysł, by drzewko obalić i pozbawić tym samym pościg charakterystycznego znaku. Mężczyźni raz dwa zabrali się do roboty. Leśnik zdjął koszulę, by czasem nie rozedrzeć materiału i rzeczywiście można było uwierzyć że, napiąwszy mięśnie nie zmieściłby się we własnym przyodziewku. Wspólnymi siłami przewrócili drzewka, choć prawdę mówiąc, co Tamsin widziała dobrze, Keiler wiele pomocy nie potrzebował.
Pogoń zbliżała się. Nie zdążyli ujść daleko, gdy po górach rozszedł się krzyk straszny i rumor, echem odbijający się wśród skał. Heinz skinął głową w zadowoleniu, pewien że fortel im się udał i oto jeden ze ścigających zakończył swój żywot osuwając się w przepaść. Nastała chwila ciszy, w której nasłuchiwali kolejnych dźwięków i Tamsin miała wrażenie, że leśnik mruczy pod nosem “…szkoda, że jeden tylko”.

Po raz kolejny przekroczyli wijący się strumień i stanęli pod wysoką, gładką jakby ociosaną ścianą. Byli u celu. Z bliska dostępu do skalnego molocha broniły zastępy krzewów i roślin, wykorzystujące każdy piędź ziemi u ujścia wody. Gdzieś tam znajdowało się wejście do krasnoludzkiej kopalni, niewidoczne wśród gęstwin. Mogło się wydawać, że niemożliwością będzie odnaleźć je szybko, bez żadnej więcej wskazówki. Ze zbrojnymi dyszącymi im niemal na karkach. Tamsin zrobiła kilka kroków do przodu, ogarniając wzrokiem rozciągający się przed nimi gąszcz. Szukała wrażenia bardziej niźli wskazówki. Każde pęknięcie biegnące wysoko w górę, każdy załom na szarej powierzchni, każdy cień mógł zaczynać się wejściem właśnie. Przez różnobarwną zieleń roślin, przez gałęzie, gałązki, pośród mrowia poruszających się liści nie sposób było tego dojrzeć. Nie tego jednak szukała. Wreszcie, gdy wydało jej się, że rozróżnia wiekiem rosnące rośliny, że poznaje ich pierwotny kształt postąpiła tam, gdzie według niej mogła być niegdyś przerwa i poczuła chłodny powiew na nogach.
Tam. Tam jest wejście.
Keiler bez słowa złapał siekierę.

Długo szli ciemnym, coraz bardziej zwężającym się tunelem. Mijała godzina za godziną, sprawiając że coraz bardziej wątpili w prawdziwość otrzymanej od Balina mapy. Zawrócić nie mogli. Zrobiło się tak wąsko, że nie sposób byłoby teraz obrócić muła w miejscu, zresztą jakieś pól godziny po tym, jak zanurzyli się w ciemnościach usłyszeli za sobą wystrzał z pistoletu. Nieomylny znak, że ścigający weszli do kopalni za nimi. W Tamsin narastał strach, Alesio kurczowo ściskał mapę w rękach, Sebastian musiał mu ją niemal wyszarpnąć, żeby samemu zerknąć, jedynie Keiler szedł pewnie przed siebie zapewniając ich, że przecież korytarz się skończy prędzej czy później i na pewno dotrą do pierwszego z rozwidleń. Gdy tak się wreszcie stało, po kilku godzinach męczącego marszu w świetle latarni, odetchnęli nieznacznie. Tamsin chciała przyznawać leśnikowi rację, od początku powtarzał, że zejście do kopalni będzie błędem, gryzła się jednak w język i tylko szeroko otwarte oczy zdradzały, jak bardzo jest przestraszona. Nie mieli przecież wyjścia. W górach pogoń już by ich pewnie dopadła. Tutaj mogli pocieszać się, że posiadana mapa i panujące wszędzie ciemności stanowić będą dla nich przewagę. Balin nie objaśnił Sebastianowi właściwie niczego, gdy ten wygrywał od niego mapę. Potem zaś opuszczali miasto w takim pośpiechu, że żadne z nich nie pomyślało, by się udać do jego sklepu i poprosić o tłumaczenie zawartych na pergaminie symboli. Teraz więc pochylali się nad nią co chwilę, usiłując dociec, które z zaznaczonych na niej korytarzy będą bezpieczne. “Należy trzymać się dobrej stali”. To jedyne, co zdradził im krasnolud i zgadywali jedynie, co miał na myśli.
Wnętrze kopalni nie wyglądało tak, jak wyobrażała sobie wcześniej Tamsin. Z goryczą myślała o tym, licząc kroki od rozwidlenia do rozwidlenia. Sądziła, że przypominać będzie podziemne miasto, z szerokimi, kamiennymi korytarzami pełnymi uchwytów na latarnie i przyozdobione płaskorzeźbami. Mieli poruszać się po niej bezpiecznie, mijając pozostawione przez krasnoludy sale, pełne rzeźb i historii. Zamiast tego szli gęsiego, wąskimi korytarzami, czując zimne, wilgotne podmuchy, słabe światło ich własnych latarni i pochodni nikło z przodu, ginąc w nieprzystępnym mroku. Na dodatek czasem dobiegał do nich dziwny stukot, odbijający się echem wśród ścian. Kopyta ich muła dudniły podobnie o twardą posadzkę, hałasując mocno, dopóki wreszcie nie przewiązali ich dokładnie szmatami.
Zmęczeni, kolejne godziny minęły im na umykaniu pościgu, zatrzymali się na postój przed końcem jednego z korytarzy. Heinz rozłożył drobne przedmioty w odległości czterdziestu kroków z obu stron. Liczyli, że idąc, ktoś potknie się o nie i narobi hałasu, który usłyszą. Rozłożyli się na twardej ziemi, szukając choćby cienia wygody i ukojenia. W mroku, daleko poza wąskim kręgiem drżącego świata dudniło coś strasznie, raz za razem niosły się echem dziwne pomruki, odległe ryki stworzeń, których wyglądu woleli nie zgadywać. Gdzieniegdzie odzywały się piski, szemranie. Chrobot. W ciemnościach każdy taki dźwięk podrywał ich na nogi, obracali się niespokojnie, niczego nie mogąc jednak wypatrzeć. Keiler mamrotał cicho pod nosem, od czasu do czasu dało się zrozumieć część jego złożeczenia na przeklętą kopalnię. Tamsin czuła ogarniąjącą panikę, miała ochotę zerwać się z miejsca i krzyczeć, biec przed siebie, ile sił w nogach. Byleby tylko wyjść. Na powietrze, pod o wiele bardziej przyjazne niebo. Na trawę, którą rankiem, choć równie dobrze mogło to być i wieki temu, budząc się czuła jeszcze pod policzkiem. Wreszcie Alesio przygarnął ją do siebie i dziewczyna drżąc stale, starała się zignorować dobiegające ich odgłosy. Ukryła głowę w zagłębieniu jego ramienia, garnąc się do ciepła, jakby zamknięcie oczu miało spowodować, że wszystko czego się bała, zniknie. Serce waliło jej jak oszalałe. Gdzieś pod tym wszystkim wstydziła się swoich reakcji, nie potrafiła jednak zapanować nad drżeniem, ani nad potrzebą szukania oparcia. Sen zmorzył ją w końcu, ale zamiast ukojenia przyniósł dręczący niepokój i strach, jakby wciąż uciekała przed nieznanymi istotami w okropnej ciemności.

Usłyszeli krzyk. Echem poniosły się przekleństwa i nawoływania. Nie potrafili określić kierunku, dźwięk niósł się zwielokrotniony odbijając od kamiennych ścian. Wzmogły się tupoty nóg i szurania. Mężczyźni poderwali się, w całkowitych ciemnościach słychać było szelest ekwipunku i wreszcie Heinz skrzesał pierwszą iskrę. W tym niewielkim błysku ujrzeli jak przez prześwit na końcu korytarza przebiega niewielka postać z wyszczerzonymi zębami.
Zgaś światło – szepnęła zdjęta kolejną falą strachu dziewczyna, w naiwnym przeświadczeniu, że ciemności tym razem mogą na ich korzyść zadziałać. Nie posłuchali jej jednak i kilkanaście gorączkowych ruchów później zapłonęły pochodnia i sztormowa latarnia. Alesio zerwał się chwytając za broń jedną ręką i latarnię drugą. Zatrzymał się dopiero przy krawędzi rozwidlającego się korytarza. Wyjrzeli zza róg. W świetle latarni zobaczyli nadlatujący z prawej strony pocisk, coś wylądowało między ich nogami z lekkim plaśnięciem. Tamsin kopnęła to i stopa ugrzęzła jej w miękkim, smrodliwym gównie. Następne trafiło ją prosto w czoło, krzyknęła cicho z obrzydzenia. Estalijczyk z wściekłością rzucił się za uciekającym stworem, Tamsin zakładała, że był to goblin, choć nigdy wcześniej nie widziała żadnego. Małe, paskudne i najwyraźniej wredne istoty pasowały do opisu tych lęgnących się w jaskiniach i kopalniach. Próbowała krzyknąć za nim, ocierając się, ale ten prąc do przodu, grzmiał już mocnym głosem.
Sebastianie za mną. Tarcza! – Wywołany wahał się tylko chwilę, nie dłuższą niż mgnienie oka, potem posłuchał. Oddalali się szybko, niosąc ze sobą źródło światła. Tamsin niewiele widziała z tego, co działo się przed nimi. Usłyszała za to głośne uderzenie w drewnianą tarczę, czegoś o wiele twardszego, niż zwierzęce odchody. Keiler klnąc wręczył jej kolejną latarnię. Ciągnęła za postronek muła, spoglądając za Aimee i próbując ogarnąć sytuację przed nimi. Heinz został przy niej, trzymając wyciągnięty topór w pogotowiu. Usłyszeli za sobą tupot, ciężkie kroki czegoś wielkiego i ryk. Tamsin, bardzo, bardzo nie chciała spotkać stworzenia, które tak ryczało. Szczególnie tu, w nieprzyjaznym mroku, pośród zamkniętych wokół ścian, gdzie ucieczka mogła oznaczać tylko zgubny bieg na ślepo. Stała jak wrośnięta w ziemię, Keiler nakazał jej wypatrywać źródła hałasów. Niepotrzebnie i bez tego oglądałaby się za ich plecy. Niosący się wciąż głuchy pomruk przerażał ją o wiele bardziej niż nieduże gobliny, od tamtych oddzielała ją przecież dwójka uzbrojonych mężczyzn. Zwłaszcza, że nie wątpiła w umiejętności Alesio w tej materii. Jedna sekunda przeciągała się w drugą, potem kolejną i kolejną. Nic nie pojawiło się z tyłu, za to obaj mężczyźni z powrotem znaleźli się obok nich. Tamsin nie wiedziała, czy atakujące ich stworzenia zostały zabite, czy same z siebie zniknęły kpiąc z nich w ciemnościach.
Ruszyli na prawo. Minęli kolejne rozwidlenie. Prosto. Tutaj korytarz szeroki był na sześć metrów. Szli szybko, przed nimi, w ciemnościach przemykały nieduże sylwetki. Tak przynajmniej zdawało się Tamsin, wyobraźnia podsuwała jej coraz gorsze obrazy. Korytarz rozchodził się na prawo, przyświecili, badając ostrożnie, po czym minęli odnogę. Nie uszli daleko. Kolejna taka odnoga kryła niespodzianki i niebezpieczeństwo. Idący przodem Sebastian otrzymał mocne uderzenie w tarczę. Szczęściem słuchając wskazówek Alesio, trzymał ją cały czas w gotowości przed sobą. Na jej drewnianym przodzie rozpłaszczyło się małe, pokraczne stworzenie i spadło. Podniósł się straszny jazgot, Tamsin idąca za estalijczykiem nie miała wglądu w odnogę korytarza, ale widziała jak kolejny pocisk uderzył w tarczę z taką siłą, że Sebastiana odrzuciło pod przeciwległą ścianę. Stęknął z wysiłku przyparty do kamienia. Coś żywego drapało w tarczę, czepiając się jej pazurami. Zdusiła krzyk. Na korytarz wypadło kilka goblinów, rzucając się na idących z przodu mężczyzn. Stała, mając muła z jednej strony i ścianę z drugiej. Patrząc, jak tamci walczą. Słysząc, jak od boku narasta człapanie, dyszenie i ryk. Oczami wyobraźni widziała istotę, która miała się stamtąd wyłonić i prawie odwróciła się na pięcie w odruchu ucieczki. Gorączkowo zacisnęła ręce na kosturze. Głupia. Ledwie dzień wcześniej, na postoju, estalijczyk pytał czy potrafi tym kosturem walczyć. Uderzyło ją wspomnienie pobłażliwego uśmieszku, choć starał się go maskować. Nie cofnęła się jednak. Hałas narastał, dźwięk był okropny, grzmiało jej w uszach od ryku, tłukące się wściekle serce wtórowało z równą mocą. Wyczekała moment i na pierwszą oznakę ruchu zamachnęła się, uderzając z całej siły. Trafiła w nogi. Stwór był tak wielki, że ramiona zabolały ją od uderzenia, prawie upuściła kij. Olbrzymi, czarny, niemożliwie brudny i ryczący wściekle paszczą pełną wystających kłów. Zamachnął się tasakiem, ale jej atak wybił go z rytmu. Zmienił krok i ostrze wylądawało na głowie muła, rozrąbując ją i przyszpilając martwe z miejsca zwierzę do ziemi. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Gdzieś zza niej do potwora doskoczył Keiler, zanim jeszcze odgrodzony przez gobliny estalijczyk zrobił to samo. Nogi ugięły się pod nią, w uszach wciąż szumiało wściekle. Śmignęły topór i kordelas. Zarejestrowała, że stwór pada, a mgnienie oka później Alesio krzyczy. Z latarni, którą moment wcześniej rzucił na ziemię wylewa się olej i płonie. Na ręce wisi mu, trzymając się zębiskami i gryząc, ominięty wcześniej goblin. Nie pomyślała. Momentalnie rzuciła się, uderzając kijem. Estalijczyk szarpnął ręką i cios trafił w uwieszonego goblina, odrywając go. Stworzenie spadło na plamę oleju i stanęło w ogniu. Przeraźliwy wrzask odbijał się od ścian, kiedy żywa pochodnia rzuciła się do szaleńczej ucieczki w boczny korytarz. Kilka kroków dalej Sebastian rozprawiał się z pozostałymi. Było po wszystkim. Stali ogłupiali jeszcze kilka sekund. Patrząc na pobojowisko, krew, ogień i stwory, na martwego muła. Na Aimee znikającą w oddali za rogiem. Heinz i Tamsin zaklęli niemal jednocześnie.
Ogłuszający rumor usłyszeli zanim dobiegli do zakrętu, za którym zniknęła. Tamsin prawie się przewróciła, potykając ze strachu, że nie ujrzą już dziewczyny żywej. Żyła jednak. Balansowała na krawędzi przepaści, która sądząc z odgłosów i chmury pyłu powstała ledwie chwilę temu. Obiema rękami trzymała wiszącego nad dziurą goblina. Alesio pierwszy do niej dopadł. Opadające ostrze odrąbało goblinowi ręce i stworzenie runęło w dół pozostawiając po sobie jedynie kikuty w zaciśniętych dłoniach dziewczyny. Tym razem Tamsin nawet nie próbowała odwracać oczu od tego widoku. Odciągnięta od krawędzi Aimee śmiała się, wyciągając przed siebie ręce. Śmiała się…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s