Podróż z Auerswaldu do Ubersreik zajęła im pięć dni. Przez nikogo nie niepokojeni około południa dotarli pod wysokie, miejskie mury. Tam rozdzielili się, z uwagi na długą kolejkę wozów, konnych i podróżnych korzystających, podobnie jak oni, z pomocy zwierząt jucznych. Petrucio został tam z ich mułem, a pozostała czwórka wślizgnęła się osobnym wejściem do środka miasta. Przy samej bramie byli świadkami nieprzyjemnego incydentu z udziałem straży i nawet sam Keiler, który jak się okazało nie całkiem potrafił trzymać język za zębami, otrzymał od nich kilka razów. Zajście, jakich wiele utwierdziło jedynie Tamsin w przekonaniu, że jak Imperium długie i szerokie, strażnicy nadużywają swojej władzy. Szczęściem z Keilera nie dość, że był kawał chłopa, to jeszcze całkiem sprytnie potrafił się spod ciosów wywijać. Ledwie minęli strażników, kiedy dosłownie rzuciły się na nich obszarpane dzieciaki, błagając o pieniądze. W swoich prośbach na słowach wcale nie poprzestawały i dziewczyna czuła jak małe dłonie obłapiają ją szukając sakiewki. Podczas, gdy ona zastanawiała się czy powinna im sypnąć miedziakami, inaczej z problemem poradził sobie Alesio. Błysk kordelasa wyciąganego z pochwy skutecznie zniechęcił tałatajstwo do prób kradzieży i banda żebraków rzuciła się ku innym podróżnym.

Po krótkiej naradzie ustalili, że Keiler uda się do portu zapytać o transport drogą rzeczną w stronę gór, a oni uzupełnią zapasy prowiantu, niezbędnego do przeprawy przez góry. Miejscem ponownego spotkania miała być karczma “Wschodnia brama”.

Kupno zapasów nie zajęło im wiele czasu, nawet biorąc pod uwagę fakt, że miejski rynek był o tej porze dnia mocno zatłoczony, a sama Tamsin nie do końca wiedziała, czy powinna się skupiać na pilnowaniu Aimee grzecznie drepczącej przy boku, czy rozglądaniu po wszechobecnych straganach. Jedna rzecz zapadła jej w pamięć, kiedy na nieostrożną i dość niepochlebną uwagę rzuconą przez jej towarzysza oburzył się stojący w pobliżu krasnolud. Ktoś inny na jego miejscu dałby się ponieść zwadzie.  W pierwszej chwili chciała się wtrącić, w instynktownej chęci zażegnania kłótni, ale powstrzymala się zanim jeszcze pierwsze słowa wypłynęły z jej ust. Alesio nie dał się sprowokować. Spodobało jej się to. Wprawdzie nie miała wielkiego doświadczenia, jeśli chodziło o kontakty z mężczyznami zarabiającymi na życie bronią, ale domyślała się, że gdyby na jego miejscu był Petrucio, sytuacja wyglądałaby inaczej. Ba, Keiler też byłby pewnie znacznie mniej subtelny. Chociaż jakby się nad tym zastanowić, to nie widziała powodu, dla którego taka dwójka nie miałaby się z miejsca polubić. Uśmiechnęła się. Wielki leśnik często warczał i burczał, ale nigdy nie usłyszała od niego złego słowa i po prawdzie to jego obecność na tej wyprawie sprawiała, że czuła się na miejscu. Może wiązało się to z tym, że odkąd go poznała, jej życie zaczęło wracać na właściwe tory.

Przyjemnie było tak krążyć po mieście, obserwować zajętych swoimi sprawami, spieszących tam i z powrotem ludzi, słuchać targującego się z werwą  Alesio. Zupełnie, jakby nie zmierzali wcale w nieznanym kierunku, jakby nie pchali się w góry i dalej, w obcy kraj. Tamsin chciała cieszyć się każdą chwilą. Dlatego gnębiło ją sumienie z powodu kłamstwa. Co innego unikać rozmów o przeszłości wśród obcych, zdążyła się jednak oswoić i nawet nieco przywiązać do obecnych towarzyszy podróży. Przynajmniej niektórych. Czuła jeszcze rumieniec wstydu, zdradziecko rozgrzewający policzki. Wprawdzie nie całkiem skłamała, tłumacząc estalijczykowi, powody swojej sporej niechęci do straży. Historia o nagabywaniu była skądinąd prawdziwa, ale dziewczyna i tak czuła, że zatajenie całej reszty jest właściwie kłamstwem. Ponieważ była całkiem niezła w składaniu obietnic samej sobie, pomyślała, że przy następnej okazji powie już tylko prawdę.

Poszukując kogoś, kto mógłby zdradzić im co nieco na temat najbliższych górskich przepraw, natrafili na sklep z mapami,  prowadzony przez Balina Czerwone Oko, byłego krasnoludzkiego podróżnika i poszukiwacza przygód. Witryna ozdobiona była różnego rodzaju mapami, a w wejściu powitał ich dźwięk miedzianego dzwoneczka. Wnętrze sklepu obfitowało w jeszcze więcej map, kompasów i przeróżnych, często dziwacznie wyglądających przedmiotów, których przeznaczenia Tamsin mogła się jedynie domyślać. Wysoko na ścianach zawieszone były różnego rodzaju pogłowia, straszne jakieś i odmienne. Dziewczyna nabrała natychmiastowej pewności, że widok ten będzie ją jeszcze prześladował. Zwłaszcza następnym razem, gdy zdarzy jej się zażyć mikstrurę wywołującą omamy. Sam Balin okazał się krępym krasnoludem (Tamsin nie spotkała dotąd innych) bez prawej nogi i z opaską zasłaniającą prawe oko. Alesio dość szybko się z nim rozmówił i wracając do karczmy na spotkanie z Keilerem wiedzieli już, że mogą zakupić u niego mapę z przejściem przez starą krasnoludzką kopalnię. Uniknęliby w ten sposób ewentualnego pościgu, patroli straży granicznej, rabusiów, dzikich zwierząt i zmiennej pogody. W zamian mogli ryzykować zgubienie się w ciemnościach opuszczonych tuneli, uruchomienie pułapek, z jakich znane były krasnoludy, albo natknięcie się na coś, co do tej pory mogło uznać już kopalnię za swój dom. Czym, bądź też kim mogłoby to być, dziewczyna nie wiedziała. Nie znała się dobrze na zwierzętach, które z własnej woli wybrałyby podziemia na swoje siedliska. Z cichych szeptów wnosiła jednak, że z pewnością były to jakieś potwory. O ile w ogóle istniały, oczywiście.

Zgodnie z umową, spotkali się z Keilerem we “Wschodniej bramie”. Leśnik czekał już na nich przy stole. Karczma od wejścia robiła wrażenie bardzo przyzwoitej i zdecydowanie bogatszej niż zawartości ich sakiewek. Tamsin początkowo obawiała się, że policzą ich nawet za samo siedzenie przy pustym stole. Na szczęście obawy te okazały się płonne i nie dość, że zamówili smaczny posiłek, to nawet stać ich było na wynajęcie pokoju w takim miejscu.

Podczas posiłku do ich stolika dosiadł się nieznany im mężczyzna. Jego pojawienie się, choć początkowo wzbudziło ich niepokój, wiązało się z poszukiwaniami prowadzonymi przez Keilara. Mężczyzna przedstawił się z imienia, zamówił dzban piwa i nie siląc się na większą dyskrecję zaproponował im przeszmuglowanie stada trzydziestu owiec na bretońską stronę granicy. Owiec, które jak mogli się domyślać, stanowiłyby przykrywkę dla jeszcze innego towaru.

Noc spędzili we “Wschodniej bramie”. Rankiem, gdy tylko zeszli do wspólnej sali, Tamsin wypatrzyła przy jednym ze stołów, w bocznej alkowie znajomego chłopa, Sebastiana. Siedział nad resztkami jedzenia, przy pustych kuflach porozrzucanych dookoła, z odciskiem drewnianych słojów na policzku. Ewidentny znak, że spędził noc z głową na stole. Dziewczyna przywitała go radośnie, nieco zdziwiona zarazem, zwłaszcza że ostatnim miejscem, w którym się widzieli był Auerswald nie tak dawno temu. Jeszcze większe było jej zaskoczenie, gdy Sebastian wyjawił jej, że miał podróżować do Bretonii wraz z grupą najemników, by przeszmuglować tam skrzynie z jakimiś księgami. Nocą wygrał nawet w karty mapę starej krasnoludzkiej kopalni od znanego im już Balina Czerwone Oko. Kopalnia ta mogła posłużyć jako podziemny tunel prowadzący przez góry. Niestety w czasie, kiedy on upijał się wespół z krasnoludem, jego towarzysze zostali pojmani przez straże, a skrzynie zabrane. Został więc sam, z mapą, której oni potrzebowali i chęcią dalszej podróży. Idealny wręcz zbieg okoliczności lub jak Tamsin wolała uważać, opatrzność boska. Alesio miał na ten temat zdecydowanie inne zdanie. Prawdę mówiąc, jego nieufność nie mogła dziwić, jednak zielarka, która sporo rzeczy i tak od zawsze musiała trzymać w tajemnicy, wolała nie szukać drugiego dna w nieoczekiwanym spotkaniu. Keiler wydawał się nie mieć podobnych do estalijczyka obiekcji. Zresztą Tamsin wierzyła, że on ze wszystkimi potrafi się świetnie dogadać. Jedynie z przedstawicielami szlachty miewał problem.

Wyruszyli razem, jeszcze tego samego dnia opuszczając Ubersreik. W pośpiechu, naprędce pakując rzeczy na muła. Jakby ich co goniło. Zamiast Petrucia towarzyszył im Sebastian, estalijczyk zostawił po sobie jedynie nieścisłą informację i obietnicę odnalezienia ich na szlaku. Żadne z nich nie dawało temu wiary. Starali się nie rozmawiać zbyt wiele, niczego nie wyjaśniać, dopóki nie znaleźli się na trakcie poza miastem, pewni że nikt ich nie podsłucha. Sebastian połapał się szybko kim jest Aimee, w Auerswaldzie odbył, podobnie jak oni, rozmowę z ich obecnym mocodawcą. Tylko, rzecz jasna, on się na przeprowadzenie dziewczyny nie zdecydował.

Pogoda była piękna i szło im się lekko. Aimee co rusz śmiała się radośnie, wprawiając ich tym w zdumienie. Tamsin rozglądała się za kwiatami, co jakiś czas wręczając zerwane dziewczynie i za ziołami, które mogłaby zebrać dla siebie. Sielankę przerwał dopiero Keiler, oznajmiając że zostanie w tyle za nimi, by upewnić się, że nikt nie podąża ich tropem. Poszli więc dalej sami.

Nie było go dłużej niż mówił. Zatrzymali się w końcu na polance, tuż pod zagajnikiem i czekali. Zielarka szwędała się wśród drzewek na jego brzegu, pochylając się co jakiś czas nad niewielkimi roślinkami rosnącymi wśród rzadkiego jeszcze poszycia. Prostowała się właśnie, zerkając kątem oka w stronę, z której przyszli, gdy jej uwagę zwrócił odległy błysk na szczycie wzgórza, jakby stali. Poniżej zaś, pędęm poruszała się ludzka postać. Heinz.

Ukryli się prędko w lesie, muła wprowadzając daleko między drzewa i osłaniając gałęziami. Tamsin wraz z Aimee zaszyły się wśród krzaków, zielarka z przejęcia wstrzymywała oddech, a mężczyźni przycupnęli, każdy osobno, zaraz za krawędzią drzew. Keiler zatrzymał się w końcu, na moment przysiadając na polance. Ściągnął koszulę i odsapnął głośno. Tamsin wydało się to wściekle dziwne, dopóki leśnik nie ubrał się znowu, oszczędnymi ruchami nie przyczepił sobie kawałka sporej gałęzi do nóg i nie zaczął posuwać się spokojniejszym już krokiem do przodu. Zignorował też dającego mu znaki Alesio, mijając ich całkiem. Wtedy zrozumiała.

Ukryta za drzewem w krzakach trzymała Aimee za rękę. Mężczyźni zasadzili się bliżej polanki, tak, by choć częściowo mieć widok na połać traw przed nimi. Ona nie widziała nic poza gałęzami, liśćmi i miękką ziemią niemal tuż pod nosem. Zastygła w bezruchu nadwyrężała mocno swoją cierpliwość. Potem usłyszała głośny gwizd i coś, co jak jej się wydawało, mogło być furkotem strzały. Rozległy się szmery, stęknięcie i stłumiony bulgot. Przed oczami stanęły jej załzawione oczy i gardło pełne krwi. Zamrugała, odpędzając makabryczne wyobrażenie. Czekała, czując jak serce bije jej coraz mocniej. Najgorsza była niepewność. Co się tam działo? Walczyli? Tak cicho. Wreszcie usłyszała znajome głosy. Podniosła się z kryjówki, akurat by zobaczyć jak estalijczyk zbliża się w jej stronę. Uspokajał ją, ale przez moment nie slyszała, co mówił. Oczy błyszczały mu jeszcze gorączką. Biała wcześniej koszula zbryzgana była krwią. Uśmiechał się uspokajająco, tylko stojący za nim Heinz i Sebastian twarze mieli jakieś pobladłe, a miny niepewne. Nie chciała już sprawdzać, jak wyglądał brzeg lasu.

Trupa zaciągnęli do niewielkiego jaru. Idealne miejsce, by pozbawić konnych przewagi, jak powiedzieli. Tamsin ochoczo przystąpiła do przygotowywania kilku zaostrzonych pali, ale operację przeciągania ciała tropiciela, ze wszystkich sił starała się omijać wzrokiem. Udawała, że pragnie przede wszystkim ochronić chorą dziewczynę przed nieprzyjemnym widokiem, ale prawda była taka, że ze wszystkich sił chciała wyprzeć, to co się właśnie działo. Pierwszy raz miała brać udział w prawdziwej walce. Wydawało jej się wcześniej, że skoro widziała już śmierć i była świadkiem, jak chorzy odchodzili do królestwa Morra, będzie przygotowana. Myliła się. Nie chodziło nawet o strach, obawę o własne życie. Eberhard od zawsze przeciez uczył ją, by nerwy zdusić w zarodku. Wyczuwała tłumione oczekiwanie własnych towarzyszy i zdawało jej się, że potrafi poznać, który z nich, w rzeczywistości rwał się do walki. Ulokowali się po obu stronach jaru, Alesio z przodu, dwaj pozostali po drugiej stronie. Jeszcze dalej ona, Aimee i muł. Zazdrościła bydlęciu spokoju ducha. Głupie zwierzę szarpało chwasty, przeżuwając je z apetytem. Aimee czasem chichotała cicho, a ona sama udawała opanowanie większe niż czuła w rzeczywistości. Jak za pierwszym razem, gdy pod czujnym okiem opiekuna szyła rany pokiereszowanego szczurołapa. Dawno temu.

Nadjeżdzało ich dwóch, trzeci zawrócił konia i pognał pędem, w stronę z której przyjechali. Obaj odziani byli w lamelkowe zbroje, z pikami przytroczonymi do siodeł, obaj pod bronią. Zatrzymali się, na widok świeżych śladów i ciała leżącego na ziemi. Wtedy Heinz wyszedł ze swojego ukrycia i jawnie zaczął im urągać. Nosił w końcu na plecach ślady ich nachajki i musiał cieszyć się na możliwość odpłaty. Młodszy ze zbrojnych wykrzywił się okrutnie i spiął konia do biegu. Tamsin zobaczyła jeszcze jak uniesiony w strzemionach, szykował się do rzucenia włóczni. Widziała, jak Alesio biegnie ku niemu, jak podnosi w zamachu kordelas. Bryznęła krew i koń zakwiczał okrutnie. Przez moment wszystko zlewało się ze sobą. Wrzask i purpurowy deszcz na tle nieba i drzew. Strzaskane kości niemal całkiem rozerwanej nogi i włócznia, która opadła nie dosięgając celu. Z daleka mignęła jej tylko młoda twarz wykrzywiona w agonii. Na jedno uderzenie serca za gardło chwycił ją paraliż, a potem szaroniebieskie oczy uchwyciły jak na ziemię zwalają się martwi i koń i jedździec. Szermierz stał pewnie za nimi, z kordelasa gęstym strumieniem ciekła na trawę krew. Drgnęła, wyrwana z transu. Ta krew… Spojrzała dalej, na drugiego konnego. Szarżował już, krzycząc z rozpaczy, dźwięk ten odbijał się echem wśród drzew, sprawiając że dziewczyna czuła ten sam żal. A jednak napięła łuk, gdy Sebastian uderzył napastnika pałką, a Keiler zamachnął się toporem od drugiej strony. Strzała poszybowała ponad nimi. Zakotłowało się, a gdy strzeliła po raz drugi, grot odbił się jedynie od płytek lamelki. Zalało ją głupie poczucie ulgi, bo przecież wcale nie chciała uczestniczyć w tej walce. Obejrzała się na Aimee, w samą porę, by zobaczyć że tamta w pogoni za mułem znacznie się już od nich oddaliła. Rzuciła łuk na ziemię i pobiegła za nią. Nie była więc świadkiem, że i trzeciego z ich napastników położył w końcu estalijczyk, ani tym bardziej sposobu, w jaki to zrobił.

Gdy złapała wreszcie uparte zwierzę i prowadziła je, razem z Aimee z powrotem, było już po wszystkim. Alesio szedł jej na spotkanie. Uśmiechnęła się nieznacznie, nie potrafiąc znaleźć właściwych słów. Ktoś musiał ich obronić i widziała w jego oczach, że brał na siebie tę śmierć. To było…. Trudne do zaakceptowania. Tam niedaleko zginęli ludzie, którzy życzyli im tego samego. Żal ściskał jej serce, ciężko było pogodzić się z faktem, że tak właśnie wyglądał świat. Tutaj, w szerokich prześwitach między drzewami, patrzyła na jasne niebo i pragnęła pogodzić się z tym, że za młodą dziewczyną wysyła się najemników, by ją pochwycili oraz że mężczyzna, który jeszcze rankiem prowadził z nią samą gładką rozmowę, stoi teraz równie spokojnie, choć przed chwilą jego broń ociekała krwią. Heinz proponował wcześniej, by sprzedali konie, jeśli uporają się z przeciwnikami, natomiast Sebastian w ciszy zaciskał palce na pałce i tarczy, zastygły w oczekiwaniu i Tamsin odnosiła wtedy wrażenie, że chciał się sprawdzić albo odkupić. Innego dnia mogłaby leczyć tamtych ludzi, a dziś czuła ulgę, że nie żyją. Okropne i złe uczucie. Stąpała miękko wśród roślin, wydeptując powrotną ścieżkę, ciesząc się, że oni sami uniknęłi śmierci. Taki był ten świat. Krew, ból i pachnący zielenią las. A jednak tym razem było inaczej i gdzieś głęboko kryło się jeszcze swego rodzaju ukojenie. Na wprost niej stał bohater i świadomość, że ze spokojem przyjmował on całe zajście, sprawiała że nie czuła się winna. Po raz pierwszy.

***

Klaus przewrócił się niespokojnie na bok. Nie mógł zasnąć i coraz bardziej bolał go żołądek. Z trudem zebrał ślinę w zaschniętym nagle gardle. W ciemnościach błysnęło coś złowrogo.

Co u licha? Spróbował podnieść się na łóżku, ale ból chwycił go w pół, tak że jęknął zwijając się w kłębek. Coś stuknęło i po podłodze poniósł się dziwny chrobot. Mrugnął krzywiąc się coraz bardziej. Paliło go w piersi i miał wrażenie, jakby jego wnętrzności próbowały wywrócić się na drugą stronę. Ból był oszałamiający. Chrobot zamienił się w powolne kroki i rozszerzonymi z przerażenia oczami patrzył, jak w stronę łóżka zbliża się upiorna postać. Zaczął krzyczeć, ale z jego ust wydobył się tylko nieskładny bulgot. Wewnętrzny ogień obejmował już wszystkie członki i wijąc się niemal spadł z łóżka. Brakowało mu oddechu, policzek miał mokry od łez i piany wydobywającej się z ust. Postać pochyliła się nagle i zobaczył dziewkę z wydętym brzuchem. Oczy miała martwe, skórę obrzydliwie siną. Na potarganych włosach utrzymywały się kołduny śniegu. Niemożliwe. Był przecież środek lata. Krzyczał i krzyczał, kiedy zaciskała napuchnięte, lodowate palce na jego gardle. Dławił się, nie mogąc złapać tchu. Umierał.

Tamsin otworzyła oczy. Serce waliło jej jak oszalałe. To nie mogła być prawda. Nie znała jego imienia, tym bardziej nie wiedziała kim był. Zagryzła pięść nie potrafiąc powtrzymać żałosnego szlochu. Próbowała sobie wmówić, że to tylko sen, ale w głębi serca wiedziała. Znała wszystkie symptomy i obudzona w środku nocy potrafiła wyliczyć je bezbłędnie. Gdzieś umierał otruty człowiek. Wiedziała, bo trucizna wyszła spod jej rąk.

***

Od sioła, które miało być dla nich wskazówką, dzielił ich przynajmniej dzień drogi. Z rzeczy pozostałych po zabitych, niewiele wywnioskowali na temat ich tożsamości. Za to znaleziony przy nich pierścień z godłem Grunwaldu, miasta w Talabeklandzie przyprawił Aimee o atak niekontrolowanej histerii. Nie pomagały prośby, tłumaczenia, uspokajanie, nawet przytulanie. Potężny drwal długo tulił dziewczynę do własnej piersi, niepomny na jej krzyki, wyrywanie się i próby drapania. Głaskał ją po włosach wielką, spracowaną dłonią i szeptał, jak do chorego zwierzęcia. Tamsin obserwowała to, pomimo strapienia, z leciutkim uśmiechem, który sprawiał że jej twarz przybierała miękki, nieco rozrzewniony wyraz. Podobny widok stanowił balsam dla jej duszy. Heinz nie lubił mówić o swojej przeszłości, ale widziała w nim naturę człowieka, który nigdy nie odracał się od słabszych.

Zmuszeni ruszyć dalej, posadzili w końcu zawodzącą dziewczynę na muła i narzucili ostre tempo marszu. Tereny wokół rozciągały się jak wielka szachownica, na przemian układały się lasy i otwarte przestrzenie. Oni pragnęli znaleźć się jak najdalej od miejsca odbytej walki i znaleźć schronienie w następnych zagajnikach.

***

W zimnym pokoju stały dwa łóżka, stół i niewielki piecyk, którego ledwie tlący się teraz ogień nie ogrzewał już pomieszczenia. Przyklęknięta przy nim kobieta, ostrożnymi ruchami dokładała resztki węgla, rozgrzebując żar.

Mamo... – odwróciła zmęczone oczy w kierunku cichego głosiku. Na jednym z łóżek siedziała drobna, najwyżej kilkuletnia dziewczynka. Ciemne włosy rozsypane miała nieporządnie, z drobnej, niedomytej buzi patrzyły zmartwione, szaroniebieskie oczęta. Małe dłonie, w wełnianych rękawicach bez palców otulały cienkim kocem ledwie widoczną na łóżku, jeszcze mniejszą postać. Po pomieszczeniu rozszedł się odgłos okropnego kaszlu. Kobieta podniosła się z klęczek, nędzną spódnicą zamiatając podłogę. Na łóżku, pod czujną opieką dziewczynki spał dwuletni chłopiec. Z półotwartych, spierzchniętych od gorączki ust wyrywało mu się ciche żężenie. Kobieta usiadła obok, bezradna, znękana, bez sił nawet na łzy.

Taką scenę zobaczył wchodzący do pokoju zielarz. Pochyloną z bólu matkę i poważne, szaroniebieskie oczy, spoglądające na niego spod potarganej czupryny.

Talecht zdrowiał. Dziewczynka czuła to instynktownie, zanim jeszcze trzeciego dnia opadła gorączka. Teraz rodzice szeptali cicho o zapłacie. Matka długo jej wcześniej tłumaczyła, dlaczego żaden medyk nie chciał się u nich pojawić. Ten, który wreszcie przyszedł, był całkiem inny. Patrzył na nią często, nawet gdy kryła się w kącie, nie chcąc zwracać uwagi ani tym bardziej narażać się na poszturchiwania gniewnego ojca. Pod skórą biegały jej wtedy dziwne mrówki. Raz jeden powiedziała o tym matce, szukając pociechy w jej długiej spódnicy. Ta zaśmiała się tylko, dziwnie jakoś i tak przeraźliwie obco.

Nie miała wielu rzeczy w swoim tobołku. Ot, kilka wstążek, fartuszek i sukienkę, która jeszcze była na nią ciut za duża. Okryta maminą, grubą chustą, ściskając kurczowo lalkę z gałganków, dreptała cicho za zielarzem. Płakać przestała kilka godzin temu, gdy opuszczali miasto. Powiedzieli jej, że tak trzeba, więc szła. Krok za krokiem, kamień za kamieniem, zostawiając za sobą wszystko, co znajome. Zielarz nie był zły. Uśmiechał się do niej i mówił ciepłym, miękkim głosem. Jakby chciał złagodzić fakt, że ubrali ją i siłą wyrwali w nieznany świat. Że matka została tam, daleko w tyle i nie będzie jej już spracowanymi rękami układać do snu. Że może więcej jej nie zobaczy. To było więcej, niż mogła zrozumieć. Gdy zatrzymywali się na postój, zaciskała powieki, ale nic się nie zmieniało. Nie było surowego pokoju, do którego znosiła chwasty, rosnące za karczmą nieopodal. Nie było starej, ciężkiej skrzyni, za którą chowała się, by uniknąć ręki ojca. Nie było matki wzdychającej ciężko nad resztką kartofli ani brata bawiącego się obok niej. Zamiast tego był las, ogromny i groźny oraz obcy mężczyzna, z kosmatym zarostem. Odziany w szarą koszulę, ciepłą kamizelę i obszerną kurtę, spod której wystawały przytroczone do pasa różnej maści sakiewki i buteleczki w skórzanych uchwytach. Pachniał dziwnie, jak mieszanka leśnych roślin i czegoś więcej. Tutaj, na otwartej przestrzeni ten zapach gubił się i nikł, ale pamiętała, jak pochylał się nad jej bratem i poza ziołami czuć było woń tłuszczu i akoholu, choć zupełnie inaczej niż od ojca, kiedy pił. Właściwie wcale się go nie bała, ale w żaden sposób nie zmniejszało to szoku, wywołanego opuszczeniem domu. Wcześniej, pogrożona w płaczu żałowała nawet przez moment, że w ogóle pojawił się u nich, wezwany do brata. Gdyby nie Talecht przecież, ona sama nie musiałaby wcale iść za zielarzem. Przeraziła się jednak prędko podobnych myśli, przełykając paskudną niewdzięczność, złość na chorobę braciszka i poczucie głębokiej niesprawiedliwości. Matka powtarzała jej niejednokrotnie, że bogowie słuchają ich zawsze i spłoszyła się, że teraz też mogliby wejrzeć w jej duszę. Usłyszała w głowie gniewne przepowiednie ojca, że złe dzieci spotyka kara przez nich zesłana i zdjęta nagłym lękiem, zaczęła szybciej przebierać nóżkami na trakcie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s