Rycerz pojawił się pod młynem jak zapowiedź kolejnych problemów. Na rumaku, którego sierść lśniła równie ciemnym blaskiem co zbroja sprawiał groźne i nieprzystępne wrażenie. Nic dziwnego więc, że Tamsin z miejsca się go zlękła. Przynajmniej w pierwszej chwili, bowiem nieznoszący sprzeciwu ton, jakim obcy odezwał się do nich i jego żądania nawet w łagodnej zazwyczaj dziewczynie wzbudziły cichą złość i chęć sprzeciwu. Zastanawiali się już z Einhardem nad porzuceniem Aver, Iskry, zarazy i wszystkiego, co się z tym wiązało i ruszeniu do Talabeklandu, a ten rycerz Morra, który pojawił się nie wiadomo skąd nawet nie prosił, a nakazywał, by zaprowadzili go do Iskry. Miejsca, gdzie wszystkie te nieszczęścia miały swój początek, choć żadne z tej dwójki nie paliło się, by mu o tym powiedzieć. Na domiar złego uznał jeszcze, że po wszystkim, jakby samej podróży do przeklętej wioski było mało, udadzą się z nim przed oblicze jego zwierzchników. Jego niezwykle blada, pozbawiona wszelkich emocji twarz o zimnym spojrzeniu pozwalała sądzić, że nie żartował i gotów był na nich podobną rzecz wymusić. Szeptali więc cicho za jego plecami, naradzając się co począć z niechcianą personą. Nie przychodził im jednak do głowy żaden sposób, by się wykręcić. Nie mogli po prostu wymknąć się przed jego wzrokiem, nie pozwalał na to bowiem stan Adelindy, cudem odratowanej po tym, jak szarpnęła się na swoje życie. Dziewczynka wciąż leżała w młynie nieprzytomna, słaba z upływu krwi, a nawet gdyby była zdrowa ciężko byłoby im w trójkę umykać po lasach przed konnym. Zrezygnowani, z zapałem dorównującym uprzejmości gościa zaprosili go do młyna, gdzie przy skromnym posiłku na zmianę uraczyli go opowieścią o ostatnich znanych im wydarzeniach. Tamsin omijała jedynie fragmenty historii, przy których mogła się potknąć, Einhard zaś zgrabnie obracał je w niedomówienia.

Herman Von Salza, bo tak przedstawił się rycerz pomógł im przenieść ranną Adelindę do wioski i zaoferował pokrycie kosztów opieki nad nią na czas ich nieobecności. Tamsin jednak, zwykle skora do zauważania tych lepszych aspektów ludzkiej natury, nie poczuła przy tym żadnej wdzięczności. Bardziej jej się zdawał rycerz zimnym posągiem niźli żywym człowiekiem i częściowo z lęku przed nim, a częściowo z niechęci trzymała się jeszcze bliżej Einharda. Wrażenie to było całkiem usprawiedliwione był on bowiem mężczyzną wysokim i żylastym, o bladej cerze i jasnych niemal kredowo białych włosach. Nosił je zaczesane do tyłu, co tylko potęgowało surowy wyraz jego pociągłej twarzy. Oczy miał na wskroś przenikliwe, szare niczym sztormowe, zimowe morze i ilekroć zatrzymywały się na zielarce miała ochotę skulić się lub umknąć. Wydatny orli nos dodawał mu drapieżności, a wąskie, zaciśnięte wargi nadawały całej aparycji raczej odpychający widok. Jakby tego było mało, niemal w całości nosił się na czarno, jego podróżny rycerski strój jedynie gdzieniegdzie przetykany był srebrem i białymi akcentami. Na szyi zaś pysznił mu się amulet z białego złota przedstawiający kruka. Znak zakonu, któremu służył. Dość, by wiedźma czuła się zagrożona. Wspomnienia o Inkwizytorze wciąż jeszcze paliły ją gorzko i ostatnim czego mogła chcieć, była obecność innego, fanatycznego sługi bożego. Bez względu na jego zamiary.

Ledwie przekroczyli bramę prowadzącą do wioski rycerz zachwiał się i upuścił róg płaszcza, na którym z pomocą kilku pachołków przenosili Adelindę. Zbladł jeszcze mocniej, choć wcześniej nie wydawało się to możliwe i upadł ciężko na ziemię. Po chwili wstał, odtrącając pomoc Tamsin i zapowiadając złowieszczo, że czeka ich jeszcze długa rozmowa sztywno ruszył ku karczmie. Tam prędko zraził do siebie gospodynię, rzecz zdawałaby się nieunikniona przy jego ujmującym usposobieniu. Szczęściem mimo tego znalazło się miejsce dla potrzebującej opieki dziewczynki i mogli ją zostawić w rękach karczmarki. Nawet jeśli wcale nie było im to na rękę. Uzgodnili wcześniej z Einhardem, że przed opuszczeniem Aver rozmówią się z Quintusem Sędziwym, teraz przyszedł czas, żeby podzielić się tym zamiarem z rycerzem. Ponieważ uparł się, żeby im towarzyszyć ruszyli ku wieży we trójkę. Nie dotarli tam jednak. Coś niepokojącego działo się z rycerzem. Z każdym krokiem marniał i słabł, jakby mierzył się z siłą, która nie chciała dopuścić go w pobliże rozpadającej się ze starości wieży. Do tego stopnia źle to na niego wpływało, że potrzebował ich natychmiastowej pomocy, by opuścić cały obszar wytyczony przez wioskową palisadę. Dopiero na zewnątrz ciężar, który go przygniatał znikł i mógł swobodniej odetchnąć. Zanim odeszli nakazał im, bo w jego ustach nic nie brzmiało jak prośba, by sprowadzili starca na zewnątrz do niego. Druga taka prośba jednego dnia. Pierwszą usłyszał Einhard, gdy o poranku wychylił się z młyna. Mogli się jedynie domyślać jakiej siły posłańcem był nieznajomy mężczyzna, który go zaczepił. Bez względu jednak na to czyim był wysłannikiem, nie mieli wcale ochoty spełniać jego żądania.

Na zewnątrz naprawdę jest sługa Morra? – podekscytowany skrzek starca, nie był tym czego się spodziewali. Rozmowa po raz kolejny nie przebiegała po ich myśli, choć tym razem dowiedzieli się wreszcie nieco więcej. Wieść o przybyciu czarnego rycerza ostatecznie pobudziła Quintusa, zamiast lęku jednak wydawał się prawdziwie ucieszony. Posłał prędko na zewnątrz jednego z uczniów, a gdy ten wrócił potwierdzając ich informację, nie oglądając się dłużej na parę swoich rozmówców jął się szykować do wyjścia. Wstąpiła przy tym w niego nowa energia i zmuszał swoje zgrzybiałe, stare członki do całkiem raźnego jak na wiekowego staruszka tempa. Tamsin usłużnie wsparła go ramieniem, Einhard natomiast wyciągnął nogi i biegiem popędził uprzedzić rycerza o nadchodzącym staruszku.

Miała powściągnąć starca nim minie palisadę, ale ten rwał do przodu tak, że nim się spostrzegła byli już na zewnątrz. Einhard stał kilkadziesiąt kroków dalej, niemal tuż przed dosiadającym własnego konia czarnym rycerzem. Mówił coś do niego, ale nie słyszała dobrze poszczególnych słów. Było coś w posągowej postaci konnego, co nie podobało jej się jeszcze bardziej niż wcześniej. Wyglądał tak samo, mówił swoim głosem, a jednak niepokój pełzł w górę jej kręgosłupa. Tknięta przeczuciem zawołała głośno imię konia, pamiętając że wcześniej, gdy sprowadzali do wsi Adelindę i rycerz powierzył jej poprowadzenie rumaka, ten parskaniem i strzyżeniem uszami reagował na swoje miano. Teraz tak się nie stało. Krzyknęła ostrzegawczo. Einhard w lot pojął zagrożenie, sam Quintus natomiast, ślepy i głuchy na wszystko inne wyciągał w górę ramiona i wołał do czarnego rycerza, czy też raczej do kogoś, kto podszywał się pod niego, serdeczne powitanie. Ciemna postać pochyliła się w siodle i wyciągając otwartą dłoń w stronę starca powolnym krokiem zbliżała się do niego. Jakby ich przy tym nie było. Jakby wcale nie stali na przeszkodzie.

Szczupłymi ramionami otaczała plecy skulonego staruszka. Osłaniała go ciałem, które nie mogło się równać z mocą demonicznego posłańca formującego się tuż za nią. Czuła zimny powiew od ręki, jaką wyciągał po Quintusa i wiedziała, że przegrali. Starzec nie mógł odejść w upragnionym spokoju. Nie zawahała się. W jednej chwili tuliła do siebie zgarbioną postać, w drugiej zagłębiała nóż w miękkiej, obwisłej skórze gardła. To jedno mogła uczynić.
Przepraszam – wyszeptała bezgłośnie do martwej, bezwładnej skorupy. Quintus umarł natychmiast. Ciepła, lepka ciecz pokryła jej dłonie. Demon przez moment jeszcze trwał jakby w zawieszeniu, po czym obrócił się ku Einhardowi, położył mu rękę na ramieniu i zniknął. Zapadła cisza.
Wiedźma zgarbiła się ciasno obejmując ramionami. Spod ciemnej grzywki błysnęły zgnębione własnym uczynkiem niebieskie oczy. Utkwiła je w Einhardzie ważąc kolejne konsekwencje.
Co ja uczyniłam? – ledwo słyszalny, drżący głos dziewczyny kontrastował z kobietą chwilę temu zdolną do morderstwa. Z boku dobiegła ją chłodna, pozbawiona emocji odpowiedź.
Dobrze zrobiłaś Pani. Jego dusza należy teraz, tak jak powinna, do Morra.
Gniew zawrzał w niej wypędzając smutek jak wicher wymiata resztki popiołu z ogniska. Nie mógł wiedzieć jak gęsto słał się za nią trup spychając ją coraz dalej z raz obranej ścieżki, ani nie był prawdziwie winny tej sytuacji, a jednak to na nim skupiła się skłębiona nagle złość.
Zrobiłam to, czego ty Panie nie potrafiłeś. – syknęła wściekle.
Herman Von Salza załatwił z wieśniakami i kapitanem straży kwestię zabójstwa Quintusa i zorganizował jego naprędki pochówek w zagajniku. Skorzystał przy tym z okazji poczynienia wyrzutów pachołkom, że nie zajmują się we właściwy sposób poletkiem Morra i ku ich skwaśniałej radości zapewnił, że czym prędzej przyśle im odpowiedniego kapłana. Następnego ranka opuścili Aver. Dziwna to była kompania. Einhard ze swoim śmiałym, podsycanym często niezdrową ciekawością poczuciem humoru i ten drugi, ledwie żywa figura o sporadycznych, przywodzących na myśl szubienicę żartach. Między nimi zaś wiedźma, balansująca między łagodnością, a podszeptami skrwawionych, ciemniejszych strun własnej duszy.

Tym razem w Iskrze poza nimi nie było żywego ducha. Wiedzieli jednak, że powinni skupić się na poszukiwaniu przeklętego przedmiotu, którego elf miał użyć do zatrucia nieszczęsnych mieszkańców. Tamsin i Einhard postanowili więc rozejrzeć się za studnią i kapliczką, czarny rycerz zaś, który był tutaj po raz pierwszy skupił swoją uwagę na stosie spalonych ofiar. Oddalając się od niego słyszeli monotonny zaśpiew modlitewnych słów. Szybko odnaleźli studnię, wydobywał się z niej okropny smród rozkładających się ludzkich szczątków. W przeciwieństwie do pogrzebowego stosu, gdzie ciała zostały już poświęcone, te w studni, choć martwe i rozczłonkowane wciąż zdawały się być toczone zaawansowanym stadium choroby. Stojąc blisko cembrowiny poczuli jak buty grzęzną im w czymś ciemnym i miękkim. Głos rycerza poniósł się większym echem sprawiając, że obrócili się za siebie. Von Salza klęczał przy stosie zaciskając jedną dłoń na drugiej, wyraźnie zranionej i zanosząc błagania do Morra. Z pomiędzy palców płynęła krew, jaką ofiarowywał. Tamsin głębiej wciągnęła przesiąknięte zarazą powietrze i ujrzała dwa ciemne wiry kłębiące się nad nimi, jeden bezpośrednio nad stosem ciał, drugi nad studnią. Od strony Von Salza ku studni płynęła cieniutka strużka ofiarnej krwi, a jego modlitwa cienkim płaszczem powoli okrywała czarną moc. Zbyt jednak krucha była, zbyt słaba by samotnie przeciwstawić się raz wzbudzonej obrzydliwości. Zbyt mało krwi w żyłach jednego człowieka. Wiedźmie serce drgnęło, gdy pojęła że gotów był poświęcić wszystko, a chcąc wierzyć że bardziej dla ludzi to czynił, niż dla swego boga prędko podbiegła mu pomóc. Uklękła obok i bez zastanowienia głęboko nacięła własne, lewe ramię. Czekając, aż pociekną pierwsze strużki czerwieni ujęła rycerza za rękę. Z pewnym wahaniem dołączyła do jego modlitwy. Nie czuła się dość godna, by prosić Morra o pomoc. Wezbrał w niej jednak żal ogromny, boleśnie wypełniający ją od dawna, na myśl o wszystkich tych, którzy tego wybawienia potrzebowali, a także o tych, dla których już nigdy ono nie nadejdzie i gorące łzy dołączyły do spadających na ziemię karmazynowych kropli. Ciepła dłoń chwyciła ją za rękę, bardziej poczuła niż zobaczyła, że Einhard klęka obok nich. Ten dotyk i świadomość, że tkwili w tym razem pozwolił jej powtarzać jedno słowo po drugim dopóki upływ krwi nie odebrał jej sił i nie zemdlała.

Pierwszym, co ujrzała po odzyskaniu przytomności były duchy, ciemne i złe, z ledwie widocznymi konturami, o sylwetkach i licach wiecznie zmieniających się chorób. Z niesłyszalnym dla nikogo innego świstem wydobywały się z przedmiotu, jaki trzymał w zaciśniętej garści przemoknięty od stóp do głowy Einhard. Opierał się cembrowinę studni i zamglonym jeszcze umysłem pojęła, że musiał zanurzyć się w niej i wydobyć z dna talizman należący do elfa. Nie chciała myśleć ile już takich zjaw rozpierzchło się z niego po ich świecie.
Einhard, połóż to na ziemi. – jęknęła podnosząc się z trudem. Zawirowało jej przed oczami, ale zacisnęła zęby opanowując słabość. Wiedziała jak raz na zawsze odpędzić te zjawy i zniszczyć talizman.
***

Ranek spędziła wśród nielicznych straganów na targu, ciesząc się ciepłem wstającego dnia, przekomarzaniem wieśniaków i spokojem odsuniętej od świata wioski. Nieco później żwawym krokiem podążyła ku gospodzie, do Heinza siedzącego na wąskiej ławie opartej o drewnianą ścianę gościnnego przybytku. Strugał coś jak zwykle i nie nawet nie uniósł brody, gdy sadowiła się obok pobrzękując nowo zakupioną bransoletką.
Powstrzymaliśmy zarazę – pochwaliła się z dumą. Odpowiedzią było jedynie mruknięcie. Przymknęła oczy i z lubością wystawiła twarz ku słonecznym promieniom. Po policzku spłynęła jej łza. Pozory mylą, powiedział rycerz. Otworzyła oczy i obraz wioski zniknął. Siedziała na brzegu rzeki, trzy dni drogi od Aver. Jasne niebo, śpiew ptaków i ciche szemranie wody, wszystko to było prawdziwe. Sielskie. Tylko Heinza z nimi nie było. Pomyślała o kołujących nad studnią duchach zarazy i nagle z bolesną pewnością pojęła, że wsi, jaką znają też już nie będzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s