Nad ciałami, ułożonymi w stos i spalonymi kilka tygodni wcześniej przez Inkwizytora, wisiał elf. Otoczony błękitną poświatą, nie do końca materialny i zastygły w osobliwej pozie sprawiał mocno niepokojące wrażenie. Bardziej niepokojące nawet, niż całe stado zwierzoludzi, które towarzyszyło im na ostatnim odcinku drogi i stało otaczając ich szerokim półkolem, a jednocześnie nie zwracając na nich żadnej uwagi. Nagle zmierzenie się z całą tą sytuacją wydało się czymś niemożliwym, dawno skazanym na porażkę. To nie były już tunele krasnoludzkich kopalni z ich przerażającymi mieszkańcami, ani bretońscy rozbójnicy, nie był to nawet mag, a coś o wiele, wiele więcej. I nikt nie powiedział im jak się z tym uporać, a jedyna osoba która mogła mieć choćby mgliste pojęcie, zginęła kilka dni wcześniej w lesie. Z ich ręki zresztą. Ostatecznie więc, cokolwiek zrobili, uczynili źle.

Einhard trzymał ją w żelaznym uścisku, gdy krzycząc wyrywała się do przodu. Heinz umierał.

***

Przez szpary desek wnikał delikatny poblask księżyca. Niewielki płomyk rozpalony pod miedzianą miseczką nie rozpraszał ciemności panujących w młynie, ale nie takie było jego zadanie. W powietrzu przesyconym zapachem roztartego zboża unosił się delikatny, gorzki aromat ziół. Tamsin siedziała w kucki nad cebrzykiem wypełnionym świeżą, rzeczną wodą. Musiał spać, gdy ją przynosiła. Co jakiś czas zaglądała w ciemną, błyszczącą taflę, choć w panującym wokół półmroku z pewnością niewiele mogła tam dojrzeć. Nie sprawiała wrażenia kogoś, kto by się tym przejmował. Miała na sobie jedynie spodnią spódnicę, jasne płótno koszuli leżało rzucone niedbale na deski podłogi, a jej ciemne, nierówne końcówki włosów opadały na nagie ramiona. Palce dłoni miała w czymś unurzane i powolnymi ruchami kreśliła na własnej skórze znaki, zaczynając od ramion i dalej, poprzez szyję i piersi, a na brzuchu kończąc.
Nie wiedział co wyrwało ją ze skupienia, może lekki szelest, gdy drgnął przebudzając się, a może ledwo słyszalny świst, gdy wciągnął głębiej powietrze. Dość, że po chwili przekręciła szyję i spojrzała ku miejscu, gdzie rozłożył koc. Zanurzyła dłonie w wodzie i sięgnęła po koszulę.
Ochronne. Odpędzające chorobę. – wyszeptała gorzko, odpowiadając na niezadane pytanie.

Nie zareagował najpierw wodząc tylko nieobecnym jeszcze wzrokiem po spowitej ciemnością izbie. Cień lubieżnego uśmiechu przemknął przez jego twarz, gdy Tamsin naciągała koszulę i zniknął równie szybko jak się pojawił. Bruno wrócił do smutnej rzeczywistości. Nie potrafił się opędzić od świadomości tego co zdarzyło się w Iskrze. Nie miał ochoty mówić o tym. Z resztą cóż więcej można było powiedzieć? Nawet epitafium było niestosowne.
Trzymam kciuki by pomogło – rzucił machinalnie. Martwił się o dziewczynę, ale zreflektował się za późno i nie udało mu się sprawić, by brzmiało to przekonująco. Skarcił się w myślach.
Czuł, że musi skierować ich myśli na inny tor. Rozpacz waliła do nich drzwiami i oknami, a nie mogli sobie pozwolić na poddanie się jej. Czarne chmury zbierały się nad ich głowami od dawna, ale rozpętująca się właśnie burza wydawała się nie znać umiaru. Edwin nie żył, zwierzoludzie panoszyli się po lasach, zaraza zbierała żniwo, a Keiler… Keiler znikł. Potrzebowali latarni, która wskazałaby im drogę i zmusiła do walki z falami. Jeśli nie zrobią tego porwą ich fale, a te nie bywały ostatnio łaskawe. On to czuł, ale czy czuła to i ona? Przyjrzał się jak kuli się nad drobną miską jakby stamtąd miały popłynąć słowa mądrości, które ich wyciągną z tej matni. Beznadzieja zdawała brać w niej górę, więc musiał się wciąć.

Żebyś ich tylko z przyzwyczajenia z tyłu nie krzyżował – odpowiedział mu cichutki śmiech. Po dwóch dniach milczenia, po wcześniejszych krzykach i płaczu jej głos wciąż jeszcze brzmiał lekko ochryple.
W duchu wzdrygnął się na dźwięk jej głosu niepodobnego do siebie i zastałego.
Tamsin nie masz o mnie wielkiego mniemania i dziwić ani sprzeciwiać się temu nie zamierzam, bo masz ku temu wszelkie powody – zaczął poważnym tonem po trochę chcąc sprowokować jej łagodną naturę do wyrwania jej samej z apatii i do zaprzeczenia.
Gwałtownie potrząsnęła głową.
Nieprawda, przecież wiesz.
Reflektując się, że niekoniecznie musi ona zaprzeczyć, chciał ruszyć dalej. Ta jednak dała się zwabić. Dobrze było wiedzieć, że dobroć w niej nie zanikła. Nie mylił się.
To miłe, że tak myślisz – rozgrzeszył ją od razu – ale wiesz doskonale, że tej ptaszynie – spojrzał wymownie na barłóg, w którym Adelinde odsypiała ostatnie tragedie – nie zastąpię przyjaciół ni rodziny. Wszyscy żyjemy ostatnio jak zwierzęta. Nie jest jej pisany nasz podły los i nie poradzi sobie z nim.
Przytaknęła ledwo dostrzegalnie.
Nie, zbyt długo już ciągaliśmy ją za sobą.- Sama nie spojrzała nawet w kierunku dziewczynki, jakby unikanie tego mogło choć na chwilę uwolnić ją od poczucia winy. – Wiem, co chcesz powiedzieć. Wyruszymy jak tylko będzie miała dość sił.
Wstała prostując się niepewnie.
Nosi to znamiona sromotnej ucieczki, ale wszystko i tak diabli wzięli.

Przeczuwał, że ratowanie Adelinde powinno być dla wiedźmy dostateczną latarnią w tym sztormie. Czuł, że uratowanie tej zagubionej duszyczki uratować może więcej niż ją jedną. Że doprowadzenie jej z powrotem do rodzinnego domu pokaże Tamsin, że nie wszystko w świecie jest beznadziejne i zgubione. Ciekaw był czy to przeczuwała. Czy po prostu myślała, że Bruno chce się pozbyć niepotrzebnej gęby do wykarmienia? Cóż, opinia krętacza pewnie po raz kolejny zrobiła swoje – pomyślał.
Nie Tamsin, porażką byłoby pozwolić jej sczeznąć. Stanęliśmy w jej obronie dawno temu i obiecaliśmy jej powrót do domu. Przelewaliśmy za jej wolność krew. Swoją i cudzą. Przegraną byłoby odpuścić – wstał dla podkreślenia swoich słów i stanął naprzeciw niej. W burzy jej ciemnych włosów nie mógł znaleźć oczu i nie mógł przewidzieć jak zareaguje na jego przypływ entuzjazmu. Na ten szczery averlandzki gniew, który w nim gotował się od dawna i któremu dał się teraz porwać. Jeśli miał być zaraźliwy, musiał być prawdziwy i dlatego nie wstrzymywał go ani chwili dłużej nie bacząc już na śpiącą dziewczynę.
Przecież po to wracamy z zielonej, płynącej winem Bretonii, nieprawdaż? Zaraza i wszystkie te rogate łby mogą mnie w dupę pocałować, ale ten dzieciak wraca do domu. Również dlatego, że tak postanowiłem ja. Mam dość bycia marionetką w rękach inkwizycji, kupców i innych wszarzy, którzy starają się nas od tego celu odciągnąć.
Drgnęła jak smagnięta biczem.
Bruno...- szepnęła jego prawdziwe imię, zza splątanej grzywki łypnęła na niego para przytomniejszych oczu, jakby dopiero teraz ujrzała go naprawdę. Bezgłośnie pokiwała głową, z początku niepewnie, potem znacznie żywiej i szybciej. Otwartą dłonią uderzyła go w pierś zaciskając od razu palce na materiale koszuli. Jakby gestem tym mogła zaczerpnąć choć trochę tego gniewu i siły. A potem z westchnieniem ulgi odrzuciła głowę do tyłu i mruknęła tylko – Jesteś. Jak dobrze. Myślałam już, że obydwoje po tym wszystkim utoniemy.
Oczy błysnęły jej inaczej.
Zrujnuję twoją samoocenę, brzmisz poważnie i jak ktoś godzien wszelkiego zaufania.

Rozszalałe myśli Bruna dopiero nabierały impetu. Krew brigundiańskich przodków wrzała i chciał miotać inwektywami dalej, ale wyczuł, że nie jest to właściwa pora. Postanowił szybko zmienić ton i przekuć go w coś innego nim rozhula się za bardzo. Z właściwą sobie zawadiacką mocą zaczął:
Fräulein, galeon Bura fortuna melduje gotowość do odwetowej kanonady – i zasalutował prześmiewczo uśmiechając się pewnie.
Zabawne jak nierealnym zdawało jej się tak stać pośród ciemności opuszczonego młyna. Z każdą chwilą coraz lepiej pojmowała, że to właśnie ten młodzieniec naprzeciw był częścią prawdziwego świata, a nie gęste, urwane obrazy, które przylgnęły do jej jaźni i wciągnęły ją w głąb świata koszmarów. Jak ćma ku światłu wędrowała teraz do tego żarliwego głosu, rozgniewanego tonu i wreszcie lekkiego żartu. W głębi serca rozumiała dobrze, że musiał być równie potrzaskany jak ona, ale nie chciała teraz o tym pamiętać. Uniosła podbródek zaglądając mu w oczy.
Atakować, kapitanie, czym prędzej! Chcę widzieć jak gubią wiosła w panicznej ucieczce. – machnęła ręką wskazując wyimaginowanego przeciwnika.
Bruno uśmiechnął się półgębkiem. Świadomość tego, że są jeszcze zdolni do żartów była krzepiąca w obliczu tragedii, z którą mierzyli się. Ranald pochyla się nad beznadziejnymi sprawami, a ta bez dwóch zdań była właśnie taka. Tego w końcu uczył mistrz Goran.
Och i ja tęsknię za takim widokiem – rozmarzył się – Aż skory byłbym zbierać grosiwo na armatę. Choćby i skromny falkonecik! Mały kompromis między moją niechęcią, a zawartością mojej sakiewki – mówił podśmiechując się pod nosem. Westchnął.
Tamsin, – zaczął porzucając żartobliwy ton i zaciskając dłonie na jej ramionach – napsuły mi krwi te wszystkie psubraty i ani kropli już nie pozwolę wydrzeć. Ni sobie, ni tobie Fräulein. Nie chcę też byś myślała, że jesteśmy w tym wszystkim sami. Zmagając się o wolność możemy być pewni, że Ranald spogląda na nas przychylnym okiem. Musimy jednak nadal robić swoje i mieć otwarte szeroko oczy by dostrzec kiedy wyciągnie do nas swoją pomocną dłoń. A żeby nie ociągał się z tym, to może skusisz się na partyjkę kart przed śniadaniem? Za chwilę będzie świtać, a trzeba nam jakoś powitać nowy dzień.
“Do tej pory zawsze grali we dwóch”, przemknęło jej przez myśl. Obdarzyła go łagodnym uśmiechem, przesuwając się pół kroku do przodu, dokładnie tyle, ile potrzebowała, by na moment oprzeć policzek na jego piersi. – Dziękuję – tkliwość nadała jej głosowi miękkie, spokojne brzmienie, zaraz też odezwała się żywiej – Wspominałam już nie raz, że nie mam w tym wprawy. Nie będziesz więc nawet potrzebował swoich szachrajstw, żeby mnie ograć ze szczętem.
Tamsin, proszę nie urażaj moich religijnych uczuć – uniósł się przesadnie – Nie będziemy grać dla zarobku, a dla bożej chwały. Jakże mógłbym chcieć cię obrobić? Z resztą – wyszeptał jej do ucha jak największą tajemnicę – w kartach należy obawiać się nie tych, którzy zawsze wygrywają, a tych co zdają się wiecznie przegrywać.
Czemuż to? – zaciekawiła się dziewczyna.
Proste. To najwięksi pozujący na niewiniątka kanciarze i łowiący żółtodziobów węszących za łatwym pieniądzem. Czasem zawodowcy pracujący dla samej szulerni z jej błogosławieństwem. Z nimi z reguły nie da się wygrać uczciwie.
Marne szanse bym kiedykolwiek znalazła się w takim miejscu, chociaż…innych miejsc też się jakoś nie spodziewałam. – odsunęła się nieznacznie – Dobrze więc, złowiłeś jednego żółtodzioba…
I właśnie takie skromne słówka poprzedzały zmianę właściciela nie jednej fortuny. Nie minęłaś się aby z powołaniem Fräulein? – uśmiechnął się szczerze
Przekonajmy się – rzuciła naśladując jego zawiadacki ton.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s