Biegła przez obcy las. Drzewa krzyczały karząco, wyciągały ku niej uschnięte, poczerniałe końce. Liście opadały gęsto, oblepiając włosy, twarz i ramiona. Dotknąwszy skóry zmieniały się w pył, ciemny i lepki. Dół sukni plątał się wśród uschniętych traw. Każdy kolejny krok znaczył ziemię, każdy jeden odzierał ją z zieleni. Życiowe soki nikły spijane żarłocznymi haustami. Moc przelewała się przez nią szarpiąc i niszcząc. Zbyt silna, by dać się utrzymać w ryzach.
Dlatego padła przed nim na kolana. W nagłym akcie skruchy, zdjęta trwogą.
Postać kapłana górowała nad nią. Straszne, sprawiedliwe oczy jarzyły się płomiennym blaskiem.
Niebo rozcięte kometą i jasny słup światła w miejscu, w którym chwilę wcześniej klęczała dziewczyna będąca wiedźmą. Cienkie, uparte nici utrzymują ją przy życiu. Silne ramiona unoszą i chronią.
Któreś z nich dwojga musi umrzeć, nie ma innej drogi. Krew zalewa jej oczy, ale łka jeszcze i błaga bezgłośnie o łaskę. Nie dla siebie jednak, dla kapłana. Ziemia drży w miejscu, gdzie wsiąkają szkarłatne krople. Coś szczerzy się radośnie. Zatrzaśnięta w otumianionym ciele dziewczyna płacze z rozpaczy, ta druga, niedawno powołana do życia mściwie wykrzywia usta. Nie słyszą jej, a może tylko nic sobie z tego nie robią. Młodzieniec, ten sam który brzydzi się przemocą, ten którego noże z okupionym bólem triumfem moment wcześniej uśmierciły bestię, teraz rzuca się na kapłana. Drugi wojownik wznosi topór, skryte pod ubraniem piętno na jego ramieniu pulsuje złym blaskiem. Dopiero ścierał się z mrocznym wynaturzeniem ludzi i zwierząt. Teraz staje w jej obronie. Ręka dzierżąca ostrze nie waha się ani trochę, jakby nie liczyło się przeciw komu wystąpią.
Pasujemy do siebie, myśli dziewczyna już na granicy koszmaru. Dwóch naznaczonych piętnem Chaosu i parająca się wyklętą magią wiedźma. Potem budzi się, z twarzą mokrą od daremnych łez, bo ostatnim co naznaczyło jej myśli jest ciało umęczonego, jednorękiego kapłana opartego o drzewo. Czekającego na wybawienie.
Chrzęst rozłupanego kręgosłupa. Blask gasnących oczu.
Rzeczy, których nie da się wyrzucić z pamięci.

Skóra pod opatrunkiem pulsuje niemiłosiernie. Ból pozwala jej się skupić, wyrwać z okowów magliny. Leży bezradnie zaciskając ręce na szorstkim sienniku. W takich chwilach ludzie, spętani wyrzutami sumienia zwykli się modlić. Ona nie ma do kogo wznieść swoich próśb. W rosnącym gniewie zaciska zęby. Ciężko, tak ciężko jest ze skruchą przyjąć odrzucenie. Długo leży spowita półsnem i koszmarami, aż wreszcie niknące światło zachodzącego słońca, jak w smutnej balladzie, odziera ją z dawnych złudzeń. Złość powoli toruje sobie drogę, a ona nie ma siły z nią walczyć. Dlatego idzie tam, gdzie choć przez chwilę jak przestraszone dziecko może szukać pocieszenia.
***

Zmierzchało. Drzwi zajęczały zgrzytliwie i do środka ich izby wsunęła się Tamsin. W samej tylko koszulinie, z czołem ciasno owiniętym bandażem, spod którego wystawały krótkie, świeżo obcięte kosmyki, dłońmi kurczowo ściskała koc, którym była otulona. Deski zaskrzypiały cicho pod jej bosymi stopami. Przycupnęła na krawędzi łóżka leśnika i dotknęła jego ramienia koniuszkami lodowatych palców.
Zimno mi, Heinz. Tak strasznie mi zimno. – Twarz miała niedokładnie umytą, gdzieniegdzie można było jeszcze dostrzec ślady łez i krwi, pod oczami rysowały się głębokie, ciemne cienie. – Noc mnie woła. Krew mam splamioną, wiedźmią. Z moich dobrych chęci nieszczęścia tylko wynikają. Boję się. To boli tak, że bliska jestem wyprzeć się wszystkiego.

Keiler leżał w niespokojnym półśnie pełnym majaków i fałszywych dźwięków. Kroki młodej zielarki rozpoznałby jednak bez ochyby nawet z drugiego końca gospody. Ostatnimi czasy jego zmysły wyostrzyły się niepomiernie i często zastanawiał się czy szukać w tym łaskawego uśmiechu Rhyi czy też dopatrywać się efektów życia w ciągłym zagrożeniu. Skrzypienie deski, cichy szelest koszuli nocnej, przyspieszony oddech. Zastanawiał się czy sen to, a może zmysły już mu się mieszają. W jego gorączkowych wizjach twarz Tamsin zlewała się i pokrywała na przemian z roześmianą buzią Lothy i promiennym obliczem Idy. Tyle lat uciekał od przeszłości, żeby w tej zapadłej, reiklandzkiej dziurze uzmysłowić sobie jak bardzo się stoczył. ,,Jestem wrakiem” pomyślał chwilę przed dotknięciem chłodnej dłoni. Nie drgnął. Nie odemknął nawet powiek. Wyszeptał tylko:
Sumienie cię gryzie? – wychrypiał. – Czy też coś innego… Noc? Noc cię woła, mówisz. Miły jest ci ten zew? – uniósł się delikatnie na łokciu.
Zapij ten głos gorzałką, utop go w objęciach jakiegoś gaszka, wypłacz w bezsilnej złości. Nie słuchaj go jednak. – pokręcił kosmatą głową wzbijając w powietrze miliardy pyłków rozświetlonych pomarańczową poświatą kończącego się dnia.
Nie wiem o czym do ucha szepcze ci Morslieb, ale nie słuchaj go za żadną cenę. – chwycił jej nadgarstek i usidlił spojrzeniem. Jego piwne oczy gorzały chorobliwym blaskiem.
Z jego ust zawsze sączy się jad, a później krew. Raz żem go posłuchał i do dziś żałuję. Co się stało to się nie odstanie. Jesteśmy i będziemy tkwili w tym razem. Do gorzkiego końca. – uśmiechnął się blado.
Znajdź dawną Tamsin, tę która leczyła i umiała wybaczać. Ulecz więc siebie, a potem spróbuj samej sobie wybaczyć. Tyle razy udawało ci się to z bliźnimi. Teraz też się powiedzie.

Wybaczyć? – z ust dziewczyny wyrwał się ni to jęk, ni śmiech ociekający goryczą. Skrzywiła usta, nagły ruch głową sprowadził nową falę bólu. W oczach zalśniło echo łez, ale pozostały suche, płonące złością i czymś nieodmiennie przywodzącym na myśl nutę szaleństwa. – Nie ma tylu łez i nie ma też słodkich, kłamliwych słów kochanka, dzięki którym mogłabym zapomnieć o tych oczach gorejących boską mocą. Morslieb szepce o wyroku, spod którego się wywinęłam, o jego niesprawiedliwości. Zatykam uszy, a słyszę. Jeśli kapłan z wyższej woli działał, z przyzwoleniem choćby… Zatem żyjąc tylko sprzeniewierzam się teraz prawości? – Wolną dłonią sięgnęła skołtunionej brody i przesunęła po niej łagodnym, drżącym lekko gestem – Tyś mi druch najmilszy, a i ciebie jeszcze ciągnę za sobą ku ciemności. Dla mnie dzisiaj, obaj… – głos nagle odmówił jej posłuszeństwa i bardzo nieelegancko pociągnęła nosem, po czym odezwała się zgoła innym tonem – Mruczą radośnie wasze pieczęcie. Cieszą się śmiercią Inkwizytora.

Znaczy się te kurewniki cośmy je w gaju dostali? – Heinz odruchowo pomasował świeżą blizną na ramieniu. –Pieprzyć ich. Pieprzyć ich wszystkich. Raz matka rodziła. Śmierci się nie boję. Od dawna nawet na nią czekam. A duszę moją Morr i tak gdzie indziej powiedzie i tym plugawym rakarzom nic do niej. Plwam więc na nich i ich piętna. Bo to oni jedynie mnie przeklęli? – parsknął. W jego głosie dało słyszeć się butę przyprawioną panicznym drżeniem.
A ty dziewuszko… – zsunął się z barłogu i usiadł koło niej.
Ty nauczysz się sobie wybaczać jeszcze gorsze świństwa. Taki już jest ten świat. Kto nie chce za zapieckiem życia całego spędzić ten prędzej czy później w gnoju się utytła. Pamiętaj jeno, żeby iść cięgiem do przodu. Kto jak kto, ale to właśnie Tyś się rzuciła wszystkich tych ludzi łod zarazy ratować. Zanim żem się spostrzegł już kompresy biegłaś zmieniać. Tak tak. – pokiwał głową.
Wiedźmą możesz se być. Worożychą, dziwożoną czy inną babą. Ale plugastwem nie jesteś. I nigdy nie będziesz. – podrapał się po szorstkim włosiu porastającym kark.
Takie przewiny zawsze ciążą na sercu i duszę gniotą. Pocierpisz jeszcze. – stwierdził smutno.
Koniec końców jednak nauczysz się żyć z tym i innym pomagać. Bo któż inny tym wszystkim prostaczką pomoże? – zatoczył ręką wokół.
Któż jeśli nie ty? – uśmiechnął się do niej ponownie. W tym zaś uśmiechu była głęboka wiara w nią, w jej dobroć i mądrość. Był też smutek, tęsknota i coś jeszcze. Coś z czego sam Heinz nie zdawał sobie sprawy.
Oparła policzek o potężne ramię i chlipnęła cichutko, bo wbrew temu, co mówiła nigdy dość jest łez do wylania. Rozkołatane serce uspokoiło się trochę, pocieszone jakby, bezpieczniejsze. – Nie rób tego więcej, Heinz. Błagam… Los tak nas splótł, że żadne nie chce stać nad grobem drugiego. Dziś było blisko. Boję się jednak, że czepiając się życia coś straszniejszego uczyniliśmy, a to dopiero początek. Im więcej magii ściągnę, im częściej moc będzie grzała mi żyły, tym więcej znajdzie się też kapłanów mi niechętnych. Jam już nie dziewuszka żadna, ani córuchna twoja. Błagam, nie osłaniaj mnie więcej ani ciałem własnym, ani tym bardziej toporem. Einhard też…– Dziewczyna rzuciła szybkie spojrzenie na drugie w izbie łóżko – Sama bym tego nie zniosła. Nie zdołam. A ty jakimś cudem zawsze wiesz co rzec, żeby mnie z tych najgorszych odmętów przyciągnąć.

Leśnik wzruszył potężnymi ramionami, które jakby pod ciężarem ostatnich wydarzeń zapadły się nieco.
Raz matka rodziła. Mówiłem ci już. Wiem, że Morr czarnopióry nade mną krąży. Czuję to raczej. – w izbie zrobiło się jakby cicho, tylko basowy pomruk Heinza niósł się pod niską powałą.
Nie przerywaj mi Tamisn, proszę. – wzniósł dłoń w powstrzymującym geście. –Nie rzecz w tym żeś nie jest moją córką. Małą dzieweczką też już nie jesteś. – uśmiechnął się smutno do świeżych jeszcze wspomnień z Bretonii.
Cóż ja poradzę, że nogi mnie szybciej ciągną w waszą stronę niźli łepetyna pomyśli o ratowaniu skóry? Hm? Nawet tego tam… – skinął głową w stronę leżącego szalbierza. – Nawet tego obszczymurka zasłoniłbym własną piersią. Krew nas przelana łączy. Nasza i cudza. – zmierzwił włosy, które teraz, Tamsin była tego niemal pewna, przetykane były o wiele częściej siwymi pasmami niźli przed ich wiosenną wyprawą.
A i to ci rzeknę, że lekcej jakoś umierać kiedy się pomyśli, że miało się takich jak wy druhów. – wyszczerzył się na koniec.

Lekcej czy nie, nie zabieraj się jeszcze za umieranie – szepnęła z przyganą zielarka. Wzrok jej się zatrzymał na srebrzystych nitkach skrzących się jasno wśród gęstej czupryny i przez bladą twarz przemknął grymas, jakby i za to chciała się obwinić. – Z waszą pomocą dwukrotnie się dzisiaj posłańcom Morra wywinęłam. Cudem tego nazwać nie mogę, bo wyraźnie było widać, że przynajmniej jeden z naszych bogów nie był mi przychylny. Być może jeszcze przyjdzie nam zbyt wysoką cenę za to zapłacić. Sama nie wiem, przepraszać czy dziękować… – bezradnie pokręciła głową.
Ładna z nas kompania, pokręcona. Zgryzota tylko. – Powoli, jakby z wahaniem rozciągnęła wargi w uśmiechu, ale jego ciepło nie dotarło do zagnieżdżonych w oczach cieni. – Aż trudno uwierzyć, że nikt inny, tylko my mamy się z zarazą rozprawić.

A może z tym jak z driakwią jest. Czem gorsza tem lepiej leczy? – pocieszał ją leśnik. –Tyś wszak zielarka i sama najlepiej wiesz jak to z lekami bywa. – poklepał ją delikatnie po plecach. –Może i takich jak my, nic dobrego, potrzeba tam gdzie święci mężowie rady nie dali. Nie wszystko złoto co się świeci… – parsknął nagle. –Eh, starych bab mądrości to to. Ja ci zaś po chłopsku rzeknę, nic nam po tych dochodzeniach nie przyjdzie. Mus nam się z robotą rychtyk sprawić i tak też zrobimy. Nie na moją prostą głowę te zagwozdki, dylematy. – wzruszył ramionami i poklepał się po udach wstając z łóżka. – Zrobim tak żeby było dobrze. Jak – nie wiem. Ale zrobim. Z powodu jakiegoś to nas wybrano żeby ten ambaras zażegnać. – spojrzał wymownie na zielarkę. – Nie wierzę, aby to był przypadek. Za długo już w tej kompaniji zelówki zdzieram.

Przypadek czy nie… im dłużej idziemy tym wszystko trudniejszym się zdaje zamiast prostszym. Pojmuję już czemu tak często burczysz pod tą swoją zarośniętą brodą. Zresztą to chyba jedyna rzecz, którą rozumiem coraz lepiej. Skąd brało się posępne milczenie czy w kufel zaglądanie. Bo i ja dziś nie mam ochoty pięknego słonka wychwalać. Zamiast tego dławię się własnymi słowami. Zaradzimy coś, Heinz, a jakże. Tyle, że jak strachy do małego dziecka wypełzają do mnie z kątów sprawy, którym żeśmy nie zaradzili. – Dłonie dziewczyny zacisnęły się na krawędzi siennika. – Dziś to nie przyszłość mnie dręczy.
Jutro wstanę i nie będę więcej o tym mówić. To jedna z niewielu rzeczy, jaką mogę obiecać.

Ah… – zachłysnął się jakby. – Przeszłość… tak. Każdy z nas dźwiga ją za sobą niby garb jaki, albo worek pakuł i kamieni. Śmieci znaczy. –jego zasępiona twarz skryła się w mroku rodzącej się nocy. –Niechaj zatem przemówią dziś duchy przeszłości. –wydobył z juków Einharda owiniętą słomą flaszę okowity.
Obiata! – uniósł gliniankę. –Tak mawiają Kislewczyki. Piją za zmarłych, za przeszłość. –jego słowa przeszły w ochrypły szept. –Pijmy więc za naszą niechlubną przeszłość. Za nas samych, tak już martwych dla świata. –w gęstniejącym mroku zabłysły dziko białka jego oczu. –Dzisiaj pogrzebiemy naszą przeszłość. Żegnam więc Heinza, niechaj Morr łaskawym mu będzie, pijaka i skrytobójcę. Złego ojca i męża. Na pohybel! – zaskrzeczał i w izbie dało się słyszeć donośny gulgot przełykanego płynu.
Na pohybel! – syknęła dziewczyna przejmując flaszkę od tej nieznanej, spowitej cieniem postaci. Uśmiechnęła się wrednie – Tak! Pożegnajmy też Tamsin, wioskową zielarkę i trucicielkę. Naiwną dziewkę co rzewnie płacząc wciąż pchała innych w objęciach śmierci. – od ścian izby odbił się wysoki, podejrzanie radosny śmiech – Niech wieczność całą tańczy z duchami! – zakrzyknęła ciemnowłosa wiedźma. Poderwała się z miejsca i nie zważając na rany wykręciła piruet w niewielkiej przestrzeni między łóżkami, by skierować się wreszcie ku temu, który dotąd bez słowa zajmował swoje posłanie. Na koniec zaś zastygła w pół ruchu wodząc między nimi spojrzeniem szarych, tchnących przekroczoną granicą oczu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s