Ogromną, świątynną salę wypełniali chorzy. Przygniatający smród cierpienia i śmierci wymieszany z dymem palonych ziół zastąpił modlitewne kadzidła. Miejsce wypowiadanej gromkim głosem modlitwy zajęły szeptane cicho błagania i jęki. Zamiast kapłanów pomiędzy równymi rzędami posłań niemal bezgłośnie poruszały się dwie odziane w czerń sylwetki. Ich ptasie dzioby raz po raz pochylały się nad cierpiącymi. Oszczędnymi ruchami podawały wodę, poprawiały kompresy, zamykały oczy. Dwie milczące postacie na dziesiątki dotkniętych zarazą chorych. Tamsin, od kilku chwil stojąca w wejściu, ciasno podwiązała rękawy koszuli i ruszyła między chorych. Świadomość jak niewiele może uczynić, by poprawić los tych ludzi uwierała ją nieprzyjemnie, ale czuła też, że każdy najmniejszy nawet uczynek wart był sprzeciwieniu się wyraźnym rozkazom Inkwizytora Edwina, który życzył sobie, by trzymali się z daleka od lazaretu. Sama być może nie znalazłaby wystarczającej ilości odwagi, ale przy Einhardzie, który z niejasnych przyczyn nagle zapałał chęcią znalezienia się tutaj, rzecz stała się łatwiejsza. We trójkę więc przekradli się przez wzniesione niedawno barykady, odgradzające tę część miasta od reszty. Kłopoty, jakich mogli sobie napytać przez podobne działanie zbladły w obliczu prawdziwego nieszczęścia i dziewczyna niepomna na nic innego odłączyła się teraz od towarzyszy. Po jakimś czasie obaj zniknęli, dziwne ścieżki Einharda pchały go do gospody Pod Złotym Kogutem, znajdującej się właściwie tuż obok świątyni. Byłaby zignorowała ich odejście zupełnie, gdyby nie fakt, że tuż po ich wyjściu w świątynnej sali pojawił się sam Inkwizytor Edwin. Ostrożnie usunęła się w cień jednej z wspierającej sklepienie kolumn i zaczekała, aż przemierzy salę i zniknie na schodach prowadzących na piętra. Po drodze zatrzymał się przy odzianych w czerń medykach i wręczył im kubki wypełnione parującym napojem. Chwilę później usłyszała słowa, które wprawiły ją w lekki popłoch i wiedziała już, że by zapewnić bezpieczeństwo towarzyszom będzie musiała zatrzymać Inkwizytora swoją osobą. Kapłan bowiem miał wracać do pokoju, jaki zajmował w karczmie Pod Złotym Kogutem.
Przeniosła się bliżej schodów, tak by wracając musiał ją zauważyć i na kilka chwil wyrzuciła go z myśli. Podawała chorym wodę, lekko zwilżając szmatką spękane usta i przecierając chłodnym kompresem rozpalone gorączką czoła. Zatrzymała się dopiero przy żałośnie chudym niedorostku o twarzy pokrytej paskudnymi ropniami. Świszczał cicho przez rozchylone wargi, z wielkich, błyszczących oczu wyzierał strach. Uklękła przy nim chwytając go za wątłą dłoń. Śpiew sam opuścił jej pierś, głos z początku cichy wznosił się i brzmiał coraz pewniej. Choć łagodny i smutny powoli przepędzał zagnieżdżony w oczach chłopca strach. Wolną dłonią odchyliła znad czoła sklejone potem kosmyki śpiewając matczyną pieśń, by choć na chwilę odegnać od niego wizję śmierci. Wyprostowała się powoli przeciągając ostatnie nuty. Inkwizytor stał kawałek za nią. Na twarzy wyraźnie malował mu się gniew.

***

POGAWĘDKA CZWARTA,
CZYLI O PRZEWROTNYM LOSIE, ZAGUBIENIU I JEGO PRZYKRYCH KONSEKWENCJACH, ORAZ ŁOTROWSKIM SUMIENIU

Wszyscy zdawali się spać. Zaciągnięte kotary wpuszczały do pomieszczenia nikłe ilości nieśmiałego, wiosennego słońca. W izbie unosił się mocny swąd spalenizny, rzecznego mułu oraz krwi. Ciemny kształt na posłaniu Heinza unosił się i opadał przy wtórze chrapliwego oddechu. Bruno by nie naruszyć pokiereszowanych żeber bał się obrócić na drugi bok i spoglądał tępo w powałę. Po tym jak zbudził się i emocje po nocnej eskapadzie opadły zaczął rozmyślać nad swoim położeniem i nie zdołał już usnąć. Miał twarz napiętą jak maskę i czuł, że coś odpłynęło z niej na dobre. Wczorajsze wydarzenia były dla niego wielką drwiną losu. Ryzykowali życiem wskakując wprost w łapy zwierzoludzi i włócząc się po matecznikach by znaleźć Edwina i odpowiedzi, które był im winien. Nie patrząc na nic brnęli przez rwący nurt, mile lasu i inne nieprzyjemności. Wszystko tylko po to by samemu zabić Edwina na końcu i nie dowiedzieć się niczego. Popisowe teatrum Ranaldzie… Ale to nie to mąciło mu w głowie. Coś znacznie gorszego zadomowiło się w jego myślach i goniło je w szaloną galopadę.
Dał się zrobić na szaro i to popisowo. Wystarczyła nutka bożej łaski, a w zasadzie jej sama obietnica by on jak tłusta, leniwa mucha dał złapać się w pajęczynę. Czy aż tak był tej łaski spragniony? Na tyle by zamknąć oczy na wszystkie przesłanki mogące go ostrzec przed tym przyczajonym w ciemności pająkiem?
Myślał o utopieniu swoich grzechów i zmartwień w alkoholowej pokucie jak robił to wcześniej, ale nie umiał się do niej skłonić. Nie potrafił po tym wszystkim opuścić gardy choć na chwilę, ale był wycieńczony i mieszał się już we własnych domysłach i refleksjach. Do tego jeszcze rozpruł się przed wszystkimi. Nie umiał grać dalej. Nie w takiej sytuacji. Nie potrafił już nawet sobie przypomnieć z czego cała ta cała rola wynikała. Z przypadku? Z chęci zwrócenia na siebie uwagi? Z dokumentów świętej pamięci Einharda von Regenwalde? Niech to cholera…
„Żyj ze sprytu, nie z miecza” mówiło przykazanie. Na samą myśl o tym w gardle rosła mdła, dusząca gula. Skołatane myśli podsuwały od razu, że kto żyje ze sprytu umiera z głupoty, zaś on się nią popisał. Głupotą, pychą i całą masą innych przymiotów nie zawsze uznawanych za chwalebne. Czuł się winny, ale ze wszystkiego najbardziej się bał. Już wiedział dobrze, że kiedy pozwala sobie by kierował nim strach dzieją się rzeczy nieprzyjemne. Teraz kiedy przerażenie przysłaniało zdrowy rozsądek, złe decyzje kosztować mogły go nie tylko skórę, ale i duszę. Czuł to doskonale dlatego pomimo świadomości tego paraliżującego strachu nie potrafił go w sobie stłumić. Był cały roztrzęsiony.
Ignorując rwący ból w piersi usiadł na posłaniu i rozejrzał się po pomieszczeniu. Była mniej więcej pora obiadu. Wziął do garści złotą monetę i obracał ją w dłoni nerwowo, by zająć czymś ręce. W okamgnieniu wskoczyła na miejsce i obracała się płynnie między drżącymi palcami. Co kilka okrążeń wyślizgiwała się i lądowała na pledzie przykrywającym mu nogi. Błyskawicznie podnosił ją i wrzucał z powrotem na miejsce przesadzonym gestem. Bezmyślne kursowanie monety przyniosło chwilowe wytchnienie. Zdołał nie myśleć o niczym. Moneta wypadała coraz rzadziej, jego oddech się uspokajał. Jego spojrzenie było zupełnie martwe. Dłoń zatrzymała się i zawinęła niezauważalnie monetę. Akt automatyczny i naturalny jak oddychanie. Zwykły obserwator pomyślałby, że zniknęła, ale to prosta jarmarczna sztuczka. Trzeba prawdziwie wyszkolonego oka by ją przejrzeć. Złapał się na analizowaniu tej sztuczki jakby zobaczył ją pierwszy raz. Może sam wcisnął się jak żółtodziób między zawodowców? Opuścił bezradnie ręce, a niewidoczna wcześniej moneta wypadła z dłoni.
Jak mógłbym przejrzeć tak potężną iluzję, która popchnęła mnie w tą matnię? Czy dało się to zrobić w ogóle? – pomyślał. Czuł, że wpadł po uszy i nie ma jak walczyć z zaistniałą sytuacją. Wzniósł oczy ku górze.
Nie wiem czy mnie słuchasz. Nie wiem czy dociera do Ciebie cokolwiek z tego co mówię do Ciebie. – westchnął i zatrzymał się na chwilę – Nie szkodzi. Wolny duch, wolna wola. Za to to coś mnie słyszy. Na pewno. Słyszało jak mu nawymyślałem i chciało mnie teraz pokarać. Rozgryzło mnie i chciało zwieść, by mieć mnie na własność. Pewnie też wie, że się zorientowałem w jego intrydze. Wie, bo teraz trzyma się blisko. Aż czuję jego paluchy na plecach. – wzdrygnął się na myśl o symbolach na swoim grzbiecie. Zrobiło mu się niedobrze i aż nim wstrząsnął kurczący się żołądek. Obolałe żebra zawtórowały.
Jakkolwiek ciężko przechodzi mi to przez usta, to się boję. Ale przyznasz chyba, że jest czego się bać. Ta kreatura była w stanie przemienić w moich oczach parszywe glify Chaosu na Twoje święte znaki! Te same, do których ludzie się modlą. Ja się modlę! Te, które odpędzać mają wszelkie nieszczęście. Nie sądziłem, że to w ogóle możliwe! Czy to znaczy, że nie mogę już ufać niczemu? Stąd już tylko krok do szaleństwa. Tak przecież nie sposób żyć. – zakrył twarz dłonią i zmarszczył czoło. Nie miał już siły się unosić strachem, ani złością.
Nie, nie poddałem się jeszcze. Nie jest jeszcze chyba za późno by się bronić. Wiesz, choćby mi i sam Morr już teraz drzwi ogrodu swojego przed nosem zamknąć się zdecydował, to się temu czemuś nie oddam. Na złość choćby. Mistrz Goran powtarzał, że lepiej żyć i zginąć wolnym, niż cierpieć ucisk, ale tutaj chyba nie sposób tej wskazówki bezpośrednio zastosować. Domyślam się, że nie lubisz ścisłych reguł dlatego jakoś sobie przystosuję to przykazanie do sytuacji. Dopóki nie dowiem się co mnie czeka po śmierci daruję sobie szafowanie tą częścią „lepiej zginąć” i zostanę przy „żyć wolnym”. Wiesz doskonale, że od początku najbardziej do mnie przemawiała zresztą. – westchnął bezradnie i uśmiechnął się mimowolnie. Zdał sobie sprawę jak wielką cenę miała wolność, której tak bardzo pragnął. Zawsze chciał by kosztowała kroplę krwi i kilka osłodzonych słów, ale nigdy przecież nie mogło się to sprawdzić. Kosztowała go już utratę domu, rodziny i zdrowia, a teraz przystąpił do targowania się o swoją duszę.
Myślisz, że było warto? Mniejsza. Chyba nie chcę wiedzieć. Wiesz, nie przypominam sobie nic o przebaczeniu w naukach Gorana. Nie oceniasz nas tak jak inni, prawda? Nie o to chodzi w tym wszystkim, mam rację? Po prostu sprzyjasz nam, albo nie. Nie dbasz o resztę. Jak ktoś ma mi wybaczyć to wszystko, to chyba najpierw muszę to być ja sam. Inaczej nie dam rady działać dalej. – przerwał na chwilę odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy.
Wierzę, że mnie słyszysz Ranaldzie. Nigdy chyba nie będę wiedział, ale wierzę. Mam wrażenie, że chciałeś do mnie wyciągnąć rękę. Czuję, że byłem blisko. Ty byłeś. Minąłem Cię i dlatego to wszystko legło w gruzach. Ja będę robił swoje szachrajstwa jak dawniej. Zajdę swój upragniony kościół. Znam w końcu nauki i przykazania, wedle których mam żyć. Goran wierzył, że przygotował mnie na wszystkie przeciwności i próby i przekazał wszystko czego mogę potrzebować by Cię znaleźć. To chyba jedyna sensowna rzecz jaka mi została. Jak los przyniesie stosowną pokutę, to ją wypełnię na Twoją chwałę. Usłyszę znowu grzechot kości. A ty przebrzydła kreaturo wiem, że słuchasz. Nigdy więcej nie pozwolę sobie ciebie nie docenić. Bądź przeklęta!
Milczący monolog toczony w myślach ustał. Heinz dalej leżał pogrążony w ponurych snach, a w izbie obok Tamsin opłakiwała pewnie zabitego przez nich kapłana. Drobinki kurzu dryfowały przy parapecie w świetlistej smudze, z dworu dochodziła wrzawa z targowiska. Wszystko wydawało się teraz nieprawdopodobnie spokojne, więc zamknął oczy zdeterminowany by zasnąć. Umysł wycieńczony burzą w końcu odpuścił i pozwolił świadomości szukać ukojenia zesłanego nocą przez Morra. Za nią jednak już snuł się Cień głębszy i straszniejszy od koszmarów. Już zawsze obecny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s