Zapomniała przed czym uciekali. Jak okiem sięgnąć w górę wznosiły się czarne słupy dymu. Reikland płonął setkami stosów. Wiatr niósł w jej stronę drobinki popiołu i ledwo wyczuwalny z tej odległości, ciężki i mdlący odór choroby. Wszyscy zastygli w długiej chwili milczenia. Za sobą mieli ostre szczyty gór, które przemierzyli w pośpiechu, przed sobą zaś upragnioną ojczyznę. “Wojna” wymamrotał Heinz, ale dziewczyna pokręciła głową. Nie wojna. Zaraza. Przez ostatnie dni wymagającej podróży usiłowała dojść ze sobą do ładu i udało jej się uwierzyć, że powrót do Imperium przyniesie jej upragniony spokój. Teraz groza na nowo odnalazła drogę do jej serca. Groza i coś jeszcze. Wpatrywała się odległe ogniki, świadectwo powszechnej śmierci i czuła jak pokłady złości, której jeszcze niedawno nie znała powoli wypełzają na zewnątrz. Rodził się w niej bunt przeciwko tym bogom, których plugawych imion nie wolno było wypowiadać, a którzy sprowadzali podobne nieszczęścia na Stary Świat. Heinz i Einhard nosili ich znamiona, a dla niej był to tylko znak, że nieznane, paskudne byty bawiły się ludźmi, jak marionetkami. W niemym sprzeciwie zacisnęła dłonie tak, że pobielały jej kłykcie. Obejrzała się za siebie, na Heinza i przypomniał jej się dzień, w którym siedząc w karczmie planowali opuszczenie Auerswaldu. Miała wrażenie, że od tamtej pory minęły wieki, ale płonące w dali ogniska świadczyły wyraźnie, że minęło akurat tyle, by zarzewie rozkwitającej wtedy choroby wybuchło z całą mocą. Plotki okazały się prawdziwe. Drgnęła ukłuta wyrzutami sumienia, że nie znajdowała się wśród chorych, ale prędko strząsnęła z siebie to wrażenie. Powietrze zaszemrało cicho wślizgując się pomiędzy szczyty gór. W tym dźwięku rozpoznawała głosy dawnych mieszkańców Imperium i poczuła jak spływa na nią otucha. Wracała do domu. Na ziemie, nad którymi sprawowały pieczę umiłowane bóstwa, gdzie od pokoleń żyli i umierali jej przodkowie. Nigdy wcześniej nie odczuwała tego tak wyraźnie. Spoglądając z wysoka na bolesny widok miała wrażenie, że słyszy ich ciche nawoływanie. Z zadumy wyrwała ją sarkastyczna uwaga Einharda, omiotła więc spojrzeniem towarzyszy. Z miny młodzieńca jak zwykle nic nie można było wywnioskować, Heinz milczał. Zatrzymała wzrok na przewodniku. Tajemniczym elfie, którego spotkali w bretońskim lesie, a który zgodził się ich przeprowadzić przez górskie szlaki. W ciągu minionych kilku dni prowadził ich pewnie, wydając jedynie krótkie, stanowcze polecenia i ganiąc ich za każdym razem, gdy zachowali się głośniej niż oczekiwał. Miał w sobie coś, co sprawiało, że dziewczyna czuła się przy nim nieswojo. Może winne było pierwsze spotkanie, gdy otaczała go aura mistycyzmu, a może dystans, jakiego nabierał w ich obecności. Ilekroć na nią spoglądał, Tamsin miała wrażenie, jakby jego oczy potrafiły zajrzeć w głąb jej duszy. Niezbyt przyjemne doznanie. Niektóre rzeczy były zbyt świeże, by chciała się nimi dzielić z najbardziej nawet uważnym obserwatorem. Zwłaszcza obcym.

***

Myślicie, że nasza przyszłość naprawdę może być zapisana w gwiazdach? – Odkąd opuścili Raveslan wypogodziło się, nieba nie przysłaniały już ciężkie masy chmur i teraz wysoko ponad konarami drzew migotały świetliste punkciki. Skupili się przy niewielkim ognisku, niżej noce były cieplejsze, ale tutaj, u podnóża gór wiało już chłodem. Tamsin siedziała owinięta płaszczem, w nikłym blasku ognia cierpliwie obrywając pączki z kilkunastu zerwanych w ciągu dnia roślin. Na chwilę oderwała wzrok od swojej pracy i spojrzała na towarzyszy, nieco dłużej zatrzymując wzrok na Einhardzie. – Niektórzy zdają się tam w górze szukać odpowiedzi. Zawsze wierzyłam, że bogowie mają dla każdego z nas plany. Teraz zastanawia mnie czy rzeczywiście…czy naprawdę tak miało być.

Einhard czuł na sobie spojrzenie Tamsin. Miał wrażenie, że domaga się ona jakiejś objawionej prawdy. Latarni morskiej w czasach niepewności, kiedy bliscy odchodzą, a jutrzejszy dzień jest zagadką bez odpowiedzi. Nie odrywał spojrzenia od gwiazd choć nie po to by znaleźć w nich odpowiedź, ale by zebrać myśli w dość przekonujący wykład. Odpowiedź znał już od dawna.
Fräulein, bogowie zawsze mają swoje plany wobec nas. Mają swoje niepodważalne prawa, nakazy, niezmienne idee i kary, którymi gotowi są nas raczyć. – trzymanym w garści patykiem zamieszał w ognisku wywołując kilka drobnych płomyków – Nimi kształtują nasz świat od zarania dziejów. Prawa te, znaki i inne tajemne reguły zaklęli w gwiazdach i niewielu miało czelność, by rozkodować te boskie sprawki. – mówił kręcąc dymiącym patykiem jakby wyczarowywał z ciemności gwiezdne mgławice – Ja z nauk tychże uczonych za wesołych czasów w akademii lubo korzystałem. Nałgano mi tam wiele, a i wiele również objawiono, zaś czego nie wiedziano lub powiedzieć nie chciano, sam już zaobserwowałem w swoim życiu. I powiem ja Tobie, że można boskie plany z gwiazd wyczytać. Prawda to. – zatrzymał się na krótką chwilę i kontynuował rozweselony – Jedna z prawd w zasadzie, bo tak to z prawdą bywa, że jest jej kilka rodzajów. Święta prawda, półprawda i gówno prawda. – zarechotał w duchu.
Ale wracając do rzeczy. Choć są ku temu metody, trudno jest losy ludzkie rozwikłać. To jak dojrzeć łupinę na wzburzonym morzu wśród rozbitego statku. Raz ją fala przykryje, a raz w górę uniesie. Panta rei. Ku rozpaczy astronomów rzecz jasna. „A to niby czemu tak być ma, oszuście jeden?” zapytasz pewnie. – powiedział i w udawanym gniewie teatralnie cisnął patyk w ogień – A dlatego droga Tamsin, – i od razu zmienił ton na zupełnie poważny – że choć bogowie wobec nas plany mają, to mamy niezbywalne prawo być na nie zupełnie głusi. Wolna wola Fräulein, wolna wola psuje wszystko. – podsumował wywód.
Dla przykładu, jeślibym wywróżył jakiemuś mąciwodzie, że jutro włos mu z głowy nie spadnie, a ten rankiem co sił w nogach popędzi, by dać w gębę rajcy miejskiemu wierząc w swoją nietykalność, to nici z boskiego planu, bo od razu gałgana w dyby zakują poprzednio go jak należy obiwszy. – podnosić zaczął głos jakby historia ta faktycznie się zdarzyła – Jemu się należnie oberwie po grzbiecie za ten wybryk, ale wówczas ja także swoje bęcki zgarnę za jego głupotę, jako że człowieka jak nic omamiłem. – prychnął pod nosem.
Z bogami jest jak z rodziną po części. Mają prawo twój los kształtować. Przeznaczyć ci wojaczkę, kapłaństwo czy inną ścieżkę. Pomstować będą i wygrażać jeśli się usłuchać nie zechcesz i w słuszności często będą, ale albo sami nam narzucić swej woli siłą nie zechcieli, albo zbyt wielu ludzi jest w Starym Świecie, by do tego zdolni byli. Tak czy inaczej gwiazdy nam pokazali i może po to właśnie byśmy je widzieli, a kto mądry by z nich skorzystać zdołał.

Mówicie zatem, że nie to ważne co boskie, ale co ludzkie? – dopytał Heinz grzejąc zmarznięte dłonie nad ogniskiem.
Że nie boska wola, ale nasza, ludzka górą? – dopytywał.
A takie zarazy? Wypadki jakoweś, powodzie wreszcie, lubo pożary? Czyja to sprawka? Czyja wina? Czyja wola? – obruszył się bardziej niż sam się spodziewał.
Po cóż nam w takim razie bogi? Przed czym oni nas mogą uchronić skoro przed nami samymi nie potrafią? – zakończył posępnie.

Nie mniej, ani nie więcej, a prędzej jednako. Choć też gdzie ludziom do bogów?! – uśmiechnął się nad absurdalną myślą – Jak mówiłem, bogi dla ludzi najróżniejsze mają prawa i najróżniejsze kary. Głupi byłby ten, który przeciw wszystkim bogom iść zechce, bo złość ich wielką być potrafi. Ala na co waszą uwagę chciałem zwrócić, to że po prawdzie między samymi bogami pewno zgody nie ma. Jak i między ich kapłanami na ziemi. Ulryk nawołuje do wojny, Shallyia do miłości, Sigmar chce porządku, a Ranald woła napitku. Jak kapłani się kłócą, to idzie wojna, stosy płoną, wrzawa i guzy murowane. A kiedy boscy ich patroni biorą się za bary, biada tym, którzy wmieszają się w te straszliwe potyczki. Stąd pewnie swary, pożary i inne nieszczęścia. Jak napisał poeta:
„Tańczą, walczą, zieją żarem, zioną chłodem,
Mimochodem spalą w pył, zetną w lód.
Swego boga za słomiana szarpią brodę,
By im dał nadziei źdźbło, ładu łud.”
Einhard zamyślił się na chwilę, bo nie chciał kompanów w tak ponurym nastroju zostawiać. Dość w świecie jest smutku i rozpaczy, a swoich trzech groszy dodawać doń nie chciał.
Co nie znaczy, że taki jest ich zamysł. Bogowie jakby skłóceni i zaborczy nie byli jednak chcą dla nas dobrze. My jak marnotrawne dzieci nie zawsze to pewnie widzimy, a i często ich oczekiwaniom nie umiemy podołać. Rzecz w tym, że każdy z nich chce dla nas dobrze, a inaczej. Szczęście nasze takie, że wybrać sobie możemy, którego z nich usłuchać. Raz nas pewnie Manann skusi morską bryzą na morze chcąc prowadzić, to Sigmar posadą urzędniczą i prostym pieniądzem błyśnie, a to Ranald zachęci cały majątek w karty postawić w pijanym widzie. – Einhard zamyślił się nad swoim wywodem. Wciąż nasuwała się ponura myśl, która tłumaczyła zarazy, pożary, wojny i katastrofy, które trzęsą Starym Światem. Tłumaczyła je i domagała się wypowiedzenia. Einhard jej uległ powodowany cichą złością.
A wszystkie nasze bogi z prawdziwym wrogiem ludzkości się zmagają, – tu zniżył głos do tonu, którym nie zwykł mówić wcześniej – co człowieczą duszę na manowce chcą sprowadzić. Małe nieszczęścia mogą być efektem ludzkich lub boskich utarczek, – szeptał popijając ze skórzanego bukłaka – ale te które serca ludzkie w mrok sprowadzają, w szaleństwo i rozpacz, nie inaczej a sprawką są Niszczycielskich Potęg. Uosobień rozpaczy, złości i strachu. W walce z nimi człowiek nigdy sam być nie powinien. – na leśniku spoczęło spojrzenie jego niebieskich oczu – Po to choćby są bogowie Heinz. Po to by rzeczy takie – spojrzał na ramię rębacza z ponurym zrozumieniem – nie miały miejsca w naszym życiu.

Dziewczyna słuchała uważnie każdego słowa. Rysy to ściągały jej się w skupieniu, to rozpogadzały lekko, gdy bezwiednie reagowała na zmienny ton mówiącego. Wreszcie odchyliła się lekko do tyłu podpierając ręką, odsunęła opadające na twarz ciemne kosmyki i wypuściła powietrze z ledwo słyszalnym westchnieniem.
Wiedziałam to, dawniej. Dopóki ścieżką szłam prostą nie trudno było też dawać temu wiarę. We wszystkie te plany, zamierzenia lub jak kto woli przeznaczenie. Masz rację Einhardzie, dopiero ten nieszczęsny wybór gmatwa sprawę. – Skrzywiła się z lekkim uśmiechem.
O ile łatwiej by było, gdybyś spojrzał w gwiazdy i odrzekł po prostu “Tak, mają bogowie zamysł jakiś na ciebie. Ubierz tedy trzewiki żelazne, kostur żelazny weź w rękę, a do sakwy włóż chleb kamienny i idź przed siebie. A zanim to, czego szukasz znajdziesz, zniszczysz trzy pary trzewików żelaznych, zedrą się trzy żelazne kostury, którymi się podpierać będziesz i zgryziesz trzy chleby kamienne.” – Potrząsnęła lokami, w geście tym zawierając niecierpliwość jakąś i odrobinę złości.
Będąc młodszą często pytałam o tę drogę i zawsze jedną słyszałam odpowiedź. “Będziesz wiedziała”. Długo się na to zżymałam, aż przyszedł moment kiedy zrozumiałam to tutaj – uniesiona do góry dłoń zacisnęła poły płaszcza na wysokości serca. Głos dziewczyny wypełnił się żarem, a zaraz potem zajęczała w nim jakaś cicha, samotna nuta. – A co jeśli serce głupie? Powiedziałeś, że mądry dojrzy wskazówki. Chcę powiedzieć… – zaśmiała się głucho – Sama już nie wiem. Po cóż w takim razie straszyłeś mnie potępieniem kiedy nikt nie zna odpowiedzi? – Zerwała się z miejsca i przemierzyła kilka kroków, jedynie po to, by zaraz zawrócić i wyciągnąć rękę po bukłak, z którego popijał młodzieniec. Obu ich obrzuciła dziwnym spojrzeniem. – Chcę odpłacić tym, którzy odpowiedzialni są za nasze nieszczęścia. Za te plagi, cierpienie i śmierć. Zwodzenie na manowce i chytre kłamstwa szeptane w mrokach. Za ciąganie na sznurkach losów, jakbyśmy byli tylko kukłami. Za wszelkie zło. Chciałabym też wiedzieć czy w tych głuchych, milczących gwiazdach to właśnie jest nam pisane. Inaczej… na co to wszystko?

Na pohybel… – wyszeptał Heinz wstając. Odchrząknął.
Na pohybel im wszystkim! – dodał już głośniej, pewniej. –Tym wszystkim przeklętnikom, guślarzom i szalbierzom. Na pohybel tym co los ludzki próbują tkać niby przędzę i wszystkimi niby psiarczyk na smyczy ogarami zawiadywać. – cedził przez zęby cichym, monotonnym i złowróżbnym głosem. –Mówicie, że człeka rzecz co zrobi, ino boskich przykazań winien się trzymać. Może to i racja, że czegoś w życiu się trzymać trzeba. Ale jeśli bogi nie słuchają? Jeśli głuche są? Albo, co gorsza... – ciałem olbrzyma wstrząsnął mimowolny dreszcz.
Co jeśli jeno nasze bogi nie słuchają, za to tamte… – spojrzał wymownie na Einharda i odruchowo potarł znamię na prawym ramieniu.
Za to tamte na nas tylko czyhają, jak nie przymierzając, tłusty kocur na mysz w spichlerzu zagubioną.

Na pohybel, nie inaczej – odparł Einhard krztusząc się sucharem wyłowionym wcześniej z pakunków i wznosząc do góry skórzany bukłak – Ja chętnie do tego pochodnię przyłożę, jak to w Middenlandzie mawiają. – dodał łapiąc oddech, gdy płyn wrócił mu mowę.
Ale proszę, wy Heinz nie gdybajcie tak bo człowiekowi aż uszy więdną od słuchania. Rzecz ma się tak, że bogi swoje zajęcia mają. Nie jest tak, że jak kto jest bogiem, to już tylko na boskim zydlu siedzieć będzie i pierdzieć w niego w swej boskości. O nie! Rhyia na ten przykład wiele się natrudzi by drzewa wiosną pobudzić, albo deszcze zesłać kiedy ludzi susza nawiedza. Co wy myślicie, że to takie proste pączki z drzew wycisnąć? – powiedział, a suchy badyl trzasnął w jego rękach.
Ja wiem co sobie myślicie, to bogini, ale jedna przecież. A drzew w całym świecie ile? I nie ona jedyna tak mozolne ma zajęcie. Ile to ludzi w dzień jeden może zemrzeć jak zaraza jaka, albo wojna? Wszystkich ich przecież Morr przyjąć musi. Tym co śpią, to kto niby co noc sny zsyła? Też on. A mimo to słucha czasami. Może milczy, ale słyszy. Ja pewien jestem, że jak się zadumacie, to pomnicie z życia chwilę, kiedy to na pewno bogowie wam przyszli w sukurs. – spojrzał po towarzyszach z niezachwianą pewnością. Przerwał na chwilę zamyślony.
A są też ludzie, którzy posłuch u bogów mają prawdziwy i nie jarmarczne sztuczki, a prawdziwe cuda na ziemię ściągają na chwałę bożą. Mało to o nich w kronikach? Ba, skąd byśmy wiedzieli, że Sigmar bogiem został gdyby do wiernych się nie odzywał przez kapłanów? Nie tylko więc słuchają, ale i przemawiają od czasu do czasu.
A co do tych drugich – krzywiąc się zawiesił głos na chwilę – to przez to, że pożytku z nich żadnego, słuchać mogą cały czas, knuć i dybać na nas. – wycedził. Odraza w jego głosie była niemal namacalna. Splunął w ognisko, które odpowiedziało sykiem.
Ale może dość już o bogach i losie. Jeszcze nas kto w ogień cisnąć zechce za takie pomysły – dodał żartem, który niestety nie mógł być nim bardziej niż tylko w połowie. Z szelmowskim uśmiechem spojrzał jeszcze raz w gwiazdy, od których zaczęło się to wszystko – Głowy do góry, Sznur Limnera świeci wyjątkowo jasno. Gdziekolwiek podążacie, pewnie traficie tam bez problemu. Ja wybrałem i oto zmierzam na spoczynek, a wam problem wolnej woli na razie zostawię.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s