W pogodny dzień wzgórze zalane jest słońcem. Główki kwiatów sięgają ponad trawy ku promieniom. Jasna zieleń rozciąga się, aż do granicy lasu i dopiero tam niknie w mroku wielkich drzew. Gęsty, miękki kobierzec niemalże prosi, by usiąść i odpocząć po trudach podróży. Czyste, błękitne niebo, lasy oraz widoczne w oddali szczyty gór stanowią przyjemny widok dla oka. Na takim wzgórzu człowiek z chęcią odpoczywa. Tak myśleli. Wybrali je więc dla niego.
Dzień daleki był od pogodnego. Grzmiało, niebo było zaciągnięte chmurami. Ponad jednostajny szum deszczu nie przebijały się żadne więcej odgłosy. Jakby razem z kroplami wody oblepiała ich niemożliwa do rozproszenia cisza. Nic, ani rozkopywanie mokrej ziemi, ani układanie Alesio, ani żadne słowa nawet nie mogły jej przebić. Zimno nie pochodziło od mokrych ubrań. Zalęgło się znacznie głębiej, przyciągane okrutną świadomością, że ich towarzysz nie żyje. Leżał spokojnie, odarty z możliwości odczuwania czegokolwiek więcej. Jego zakrwawioną koszulę zdarli i cisnęli na bok. Obmyty deszczem i wodą z manierek, przebrany czekał tylko na kolejne grudy osypywanej ziemi. Zamknięte oczy miały już takie pozostać. Tamsin trzęsła się, szarpana chłodem straty. Puste spojrzenie wbiła w pierś. Tą, która miała się już nigdy nie unieść wypełniona oddechem. Martwą. Stała głucha na otoczenie, zimno, deszcz i towarzyszy. Słowa Einharda odprawiającego pożegnalną ceremonię były tylko kolejnymi dźwiękami w lekkim szumie. Ani razu nie uniosła ręki, by odegnać łzy. Dopiero na koniec, gdy przebrzmiał ostatni posępny ton, gdy nawet deszcz w jej uszach jęczał z żalu drgnęła i kolana ugięły się jej pod ciężarem obecnej tuż obok śmierci. Brakło jej sił, by przeciwstawiać się dłużej i bezgłośny szloch wyrwał się ze skutej lodem piersi. Nie była nawet pewna czy rzeczywiście poprosiła, by zostawili ją samą nad świeżym grobem. “Chciałaś go zabić” szeptała mroczna świadomość. “Byłaś gotowa” kpiła szalonym głosem. Odrętwienie zniknęło pozostawiając ją obnażoną. Na karku wciąż jeszcze czuła tchnienie upiorów. Bała się odwrócić. “Mogłaś go uratować”, powtarzały. Wystarczyło pójść w stronę otchłani…

Przyszedł, gdy siedzieli przy niewielkim, wygaszonym ognisku posilając się zimnymi kawałkami pieczeni i chleba. Nie mówili wiele, wykorzystując chwile odpoczynku. Od rana pracowicie uwijali się przy zastawianiu pułapek. Tamsin kilka godzin pochylała się nad prochem z pistoletów, przerabiając butelki w łatwopalną broń. Pozostali zaś kopali wilcze doły, szykowali gałęzie mocowane na linach i różnego rodzaju potykacze. Nie zdążyli ze wszystkim zanim się pojawił. Jeden dzień za wcześnie. Tak zwyczajnie wyłonił się z lasu, zaskakując ich całkiem, krokiem spokojnym i lekkim, jakby mieli się spotkać jedynie na przyjacielską pogawędkę. Szczupły, ciemne, gładko zaczesane włosy, znajoma wszystkim poza Einhardem twarz. Pracodawca, od którego się odwrócili. Ernko. Nie przyszedł sam. Pośród cieni drzew, rozciągnięte w półkolu tu i ówdzie migały im sylwetki jego ludzi. Doliczyli się co najmniej pięciu.

Rozmowa nie przebiegała po ich myśli. Nie wyszedł fortel z przebraniem elfki Rany za Aimee. Udało jej się wprawdzie podejść do mężczyzny, ale do skrytobójczego ataku już nie doszło. Zamiast tego stała teraz przygarnięta do jego boku uśmiechając się lekko. Nic z tego nie rozumieli. Ernko sprawiał wrażenie nad wyraz spokojnego, przystępnego niemal, mówił jednak z dziwną manierą, zacinając się pomiędzy wyrazami. Tamsin nie potrafiła stwierdzić, choć przyglądała mu się bardziej niż uważnie, czego mogli się spodziewać. Einhard, ukryty nieco dalej za sporym konarem dawał jej znaki przykładając złożone dłonie do czoła. Rozumiała, czego chciał, ale niepostrzeżenie kręciła głową. Bała się otworzyć. Bała się spojrzeć wiedźmim wzrokiem. Nie tutaj, nie w tym miejscu, nie po ostatnim razie. Ten strach ją wstrzymywał. Las czekał, by na niego spojrzała. Wiedziała o tym, ale odsuwała od siebie wszelkie myśli o wykorzystaniu magii. Próbowała natomiast, ze wszystkich sił i słów, jakie przychodziły jej do głowy, do spółki z Heinzem zresztą, przekonać Zakapturzonych towarzyszących Ernko, by odstąpili od jego boku. Na darmo. Alesio rozmawiał z ich byłym pracodawcą, a raczej z każdą chwilą zdawał się coraz bardziej poddawać sugestiom tamtego. Dziewczyna słuchając gniewnie zaciskała zęby, w żelaznych karbach trzymając szalejące emocje. Jakże łatwo było uwierzyć, że estalijczyk mógłby ich zdradzić. Wszakże sami raz już odwrócili się do niego. Ernko nakłaniał go do zabicia Heinza, ona sama miała być w tym wypadku nagrodą. Nie wierzyła, że wciąż jej chciał, nie chciała wierzyć, że mógłby tak postąpić, a jednak z głośnym świstem wciągnęła powietrze, gdy rzeczywiście podniósł pistolet i wystrzelił. Zaraz potem zalała ją fala ulgi i gniew zniknął z jej oczu. Wokół Ernko rozbłysła niebieska poświata. Kula śmignęła w jego stronę. Potem kilka rzeczy wydarzyło się niemal jednocześnie. Ujrzeli, jak Ernko stoi wbijając nóż w plecy Rany, właściwie tylko tym utrzymując kobietę w pionie. Drugi z pistoletów estalijczyka nie wypalił, Einhard posłał strzałę, Heinz zerwał się do biegu. Tamsin zastanawiała się tylko przez ułamek sekundy. Butelka, którą szykowała przez pół dnia leżała tuż obok niej. Rzuciła, prędko, na oślep, ręką kierowaną przez dziki gniew i rozpacz bardziej niż umiejętności. Z szansą tak nikłą na trafienie, że była zaskoczona bardziej niż sam Ernko, gdy improwizowany pocisk trafił celu i wybuchając objął go płomieniem. W jednej chwili martwy osunął się na ziemię. Tak się przynajmniej wydawało.

Z chwilą, gdy jej stopy przestąpiły nad ukrytym pod trawą kręgiem poczuła mrowienie. Powietrze zaszumiało lekko. Zamrugała klękając nad ciałem, ale zanim jeszcze dłoń prześlizgnęła się przez iluzję, wiedziała że Ernko ich omamił. Na ziemi leżała tylko martwa elfka, on zaś biegł przez polanę szerokim łukiem omijając jej towarzyszy. Od strony lasu pędził ku niemu cienisty kształt rumaka zrodzonego z magii. Nie było czasu. Krzyknęła głośno ostrzegając pozostałych. Ernko dopadł konia, a zdając sobie sprawę, że został przejrzany splótł przeciwko nim kolejny czar. Zbyt gwałtownie, wulgarnie. Tamsin poczuła jak burzą się szaleńczo krążące wokół Wiatry. Stała otoczona kręgiem ochronnych znaków, wzburzona moc odbijała się od nich jak od niewidzialnej tarczy. Poczuła mdłości, żółć podeszła jej do gardła. Ujrzała jak po ziemi suną ciemne macki kierując się ku nadbiegającym ludziom. Niebo pękło z obrzydliwym jękiem. Coś strasznego, obrzydliwego pojawiło się w tym pęknięciu. Dłonie, cienie, ręce, macki. Zło, zło okrutne. Samą obecnością kalające każdą żywą istotę. Ktoś krzyczał, nie rozpoznawała w tym głosie znajomych tonów, stała jak skamieniała wpatrując się w otwartą ciemność. Śmierć prześlizgnęła się pomiędzy nimi. Jakiś zmysł mówił jej, że oto jeden z żyjących dołącza do rzeszy upiorów. Ten moment, gdy odchodził…Ze strachem tak wielkim, że jeszcze jego dusza nim śmierdziała. Zatrzęsła się z trudem odwracając wzrok. Jej własny strach zamienił się w rozpaczliwą potrzebę, gdy ujrzała jak strzały towarzyszy chybiają celu i Ernko oddala się coraz bardziej. Pochwyciła spojrzenie Einharda, poprzez dzielące ich metry musiał wyczuć nieme pytanie, bo skinął głową. Rozmawiali o tym wcześniej. W najgorszym wypadku miała sięgnąć po środki ostateczne. Bez względu na ryzyko, choć pęknięcie nad nimi jasno przestrzegało o straszliwych konsekwencjach. Wzięła głęboki oddech i wyciągnęła przed siebie ręce. Wyrzuciła z umysłu obraz walczących mężczyzn, cienistych upiorów i wciąż otwartej pustki. Zamiast tego wyobraziła sobie własną dłoń sięgającą ramienia Ernko. Prądy śmignęły prędko, gniewnie. Próby ujarzmienia ich bardziej przypominały odpędzanie powodzi dziurawym wiadrem niż jakąkolwiek formę kontroli. Wystarczyło jednak, że jeden Heinz oparł się efektom porażenia i doskoczył do wstrzymanego czarem Ernko. Zaraz za nim Einhard i Alesio. Ich broń nie zdołała jednak uczynić mu krzywdy. Ścierała się tylko z niebieską poświatą. Ścigany wyrwał się z otępienia i w jednej chwili objął ich wszystkich ogromną kulą nieprzeniknionych ciemności. Z piersi Tamsin wyrwał się jęk zawodu. Sama była za daleko, by móc zrobić cokolwiek innego niż to, czego robić nie chciała. Musieli go złapać inaczej wszystko przepadnie. Nie myślała o niczym innym. Złość, gniew, strach i niepewność, wszystko to splotło się w jedno. Wypełniało ją tak, że niemal nie była w stanie ustać na rozchybotanych nogach, a jednak umysł, w dziwny sposób odcięty od tego wszystkiego, pchany jedną tylko koniecznością formował już następne, obco brzmiące słowa. Ciemność otaczająca mężczyzn rozpaliła się ogniem i wybuchła w ogłuszającym trzasku płomieni. Heinz zatoczył się omiatając z żaru, pozostali skoczyli za widocznym teraz Ernko. Któryś dopadł do niego pierwszy, któryś ściągnął go z widmowego rumaka. Wreszcie topór leśnika bezlitośnie rozpłatał go niemal na dwoje, martwe członki przygważdżając do ziemi. Tamsin opuściła krąg stawiając kilkanaście długich kroków, rumak na przekór wszystkiemu wciąż gnał przed siebie i dopiero kolejny płomień rozgorzały w dłoni dziewczyny, posłany ku niemu sprawił, że rozwiał się i zniknął całkowicie.
Opuściła drżące ramiona i powłócząc nogami ze szlochem wróciła do kręgu, uciekając przed nieznośnym ciężarem i smagającymi ją Wiatrami. Przed widokiem krążących pod niebem upiorów, przed świadomością otwartej otchłani. Tonęła w gęstym strachu, powietrze miało smak cmentarnej ziemi. Czuła się chora, zbrukana. Widokiem drugiego świata. Ledwo zarejestrowała, że blisko niej pojawił się Alesio. Nachylał się nad elfką, jakby nie chciał uwierzyć, że rzeczywiście leży tam bez życia. Poczuła na plecach swędzenie. Alesio wyprostował się nagle i zerknął w dal gdzieś ponad nią. Po twarzy przemknęła mu cała gama uczuć. Spojrzał jeszcze na nią, prosto w oczy i uśmiechnął się leciutko, ze smutkiem i żalem, w którym zawiera się wiedza o ostatnim tchnieniu. Nie usłyszała świstu, głucha na cokolwiek poza dźwiękiem zagłębiania się grotu w ciało. Na jej oczach upadł, krew buchnęła z potwornej rany brzucha. Umierał. Wiedziała, zanim jeszcze ręce po łokcie unurzała w szkarłacie. Przyciskała wyciekające wnętrze. Próbowała hamować upływ krwi. Na darmo. Życie uchodziło z niego szybciej niż jakiekolwiek myśli. Był skazany zanim jeszcze na dobre uderzył o ziemię. Wiedziała. Nie było nic gorszego od tej wiedzy. Duchy wyły z radości. Nie mogła go uratować. Z całą swoją wiedzą, całą rozpaczą, z całym tym desperackim żalem. Choć próbowała. Czuła moment, gdy wyrwał się z ciała pochwycony przez widmowe ręce. Moc tłoczyła się w tym miejscu, kusząc i wołając. Rozłożyła palce, ale sparaliżował ją strach. Bała się sięgnąć po nią, wykorzystać co tak usłużnie jej podsuwano. Bała się pójść za nim w stronę bramy. Wydrzeć umarłym to, co już do nich należało. Wahała się chwilę za długo. Ogłuszająca cisza była świadectwem końca. Wrzasnęła z całym bólem, jaki czuła, a potem jeszcze raz i jeszcze. Dopóki nie nadbiegli.

Patrzyła na mężczyznę, który go zabił. Drżącymi ze strachu palcami usiłował nałożyć kolejną strzałę. Heinz już szedł ku niemu. Powiedziała coś. Uciekaj? Wargi same ułożyły się w bezmyślne słowa, jakby mówiła to inna jeszcze osoba. Nie mógł uciec przed gniewem, przed okrutną sprawiedliwością. Śmierć za śmierć. Mało. Nie drgnęła, gdy Heinz bez wysiłku przyciągnął bezwładne jak szmaciana kukła ciało. Jeden cios, drugi. Odrąbana głowa potoczyła się obok Alesio. Spuściła tylko wzrok. Na twarzy łzy mieszały się z grubymi smugami szkarłatnej krwi. Z rąk, zabarwionych nią aż po łokcie kapały niewielkie krople. Ktoś wrzeszczał w jej środku, paznokciami drapał w mur opanowania, jaki z wysiłkiem stawiała. Płakał znajomym, dziewczęcym głosem. Nie było wytchnienia.

***
Einhard Pogawędka trzecia

Niech to cholera, inaczej niż nasze to ich wino człowieka upija. – rzucił idąc za potrzebą i rozsupłując po drodze gacie. Kiedy zaszedł już za gospodę oparł się czołem o mur i chwiejąc się podlał ją wcześniej wypitymi napojami. Odbił się używając samej głowy, a robiąc niepewny krok w tył odzyskał równowagę po czym rozejrzał się błędnie po majdanie. Wieczorny chłód ciągnący od pól przyniósł lekką ulgę. Westchnął głęboko. Wciąż padał lekki deszcz, ale nie zawadzało mu to wcale. Stanął kiwając się mimowolnie. Zawahał się przez chwilę czy nie zalec już we stodole bo był zupełnie skołowaciały od wieczornej hulanki i zmęczony wydarzeniami ostatnich dni, ale wiedział, że musi pić dalej. Musi się umartwiać. Odpokutować swoją głupotę.
Co mi do ciężkiej cholery strzeliło do głowy?! Ładować się w całą tą zasraną historię z ukrywaniem dziewki! Tfu! Dureń jestem przeklęty! – rzucił po czym zamilkł na chwilę. – Ta, przeklęty kurwa! – rzucił gniewnie i kopnął niezdarnie starą skorupę ze zbitej flaszy walającą się pod murem po czym oparł się ręką o ścianę gospody by na powrót odzyskać równowagę. Wzbierała w nim bezsilna wściekłość, która nijak nie mogła znaleźć ujścia. Na siebie, na magów, na towarzyszy i na cały Stary Świat. Dyszał ciężko. Tymczasem lekki deszcz zaczął powoli znajdować drogę przez jego ubranie do rozgrzanego alkoholem ciała i studzić emocje.
Zgrzeszyłem, wiem. Dałem się ponieść gniewowi, dałem przysłonić sobie oczy strachem i wściekłością. Teraz to cholera widzę, chociaż żadne to ma znaczenie. Jest za późno. Niech to demony porwą! Za długo żyłem w strachu i niepewności, a ten człowiek był ich powodem. Kurwi syn! Pod sam koniec jedyne czego chciałem to jego krew. Wiem, że mnie potępiasz za to, ale pewien jestem, że też rozumiesz. Jestem do diaska tylko człowiekiem. – oparł się cały o ścianę i powoli osunął się ogarnięty bezsilnością i poczuciem winy. Wiszący u pasa miecz zawadził o ziemię i o niemal wytrącił go z równowagi. Zaklął szpetnie.
Jeszcze niedawno dałem Tamsin kierować się strachem przed Alesio. Kto wie, może jeślibym się za nią ujął wcześniej, nie doszłoby do tej koszmarnej sytuacji z igłami i trucizną? Wtedy jeszcze miałem to za przejaw rozsądku. Nie ładować się między te dwa gołąbki dla własnego spokoju i ostatecznie bezpieczeństwa. Ale tak mogłem sobie tłumaczyć własne obawy. A teraz i tak Diestro poszedł ad patres. – Wzdychnął i chciał podkręcić wąs, ale palce trafiły na pustkę. Mruknął tylko z dezaprobatą.
Wiesz, brak mi w tym wszystkim przewodnictwa. – powiedział i wzniósł oczy ku zasnutemu burzowymi chmurami niebu, które dalej milczało zasłaniając gwiazdy i ich tajemnice. – Niech to cholera, nie radzę sobie chyba. – słowa te zabrzmiały mu jak wyrok i aż się wzdrygnął od ich ciężaru i zdziwił, że je wypowiedział. Zamknął oczy i oparł potylicę o wilgotny mur, a krople niesione wiatrem znów zaczęły sięgać jego twarzy nawet tu. Szum deszczu i gwar z gospody były jedynymi dźwiękami nocy.
Nie. Po stokroć nie, do cholery! Masz rację, nie jest tak. – pijackie oburzenie wzięło górę nad rozpaczą – Plwam na te znamiona i tych kurewników, którzy je postawili! – zerwał się na równe nogi plącząc z przydługim mieczem po raz kolejny – Chędożone kurwy czarcie! Wam gówno żreć, a nie o mojej duszy decydować! Nie będziecie, sucze wy syny mnie pod sobą nigdy mieć! Ha! – porwał miecz i zaczął grozić nocnej pustce – Nie takich jak was jeszcze zrobię na numer! Chędożę was! Was i waszych zawszawionych sługusów! Sępy wy eteryczne, duchowe złodziejaszki, garbarze snotlingowe! Kurwy jedne. Kurwy! Gnębić was będę, szczać na was i śmiać wam się w pyski za co mnie możecie w dupę pocałować, o! A najlepsze jest to, – spojrzał z odrazą na trzymany w garści miecz jakby był źródłem jego grzechów i wszelkich pokus głupoty – że zrobię to w wielkim stylu. – mówiąc to ostentacyjnie rzucił brzeszczot w kałużę i pomaszerował do karczmy chwiejnym krokiem. Podśmiechiwał się pod nosem – Ha, garbarze snotlingowe…
– Człek napruty by wziął i zapomniał – wybełkotał chichocząc do siebie półprzytomnie i wrócił po żelastwo leżące na ziemi – Ale nie myśl sobie, że się policzyliśmy – wyszeptał do wiszącego u pasa wojennego narzędzia. Po chwili otworzył z rozmachem drzwi karczmy i zaanonsował gromkim śmiechem swój powrót do alkoholowych zmagań stojąc w ciepłym świetle przybytku. Gwar wzmógł się, a on zamykając za sobą drzwi z nabożną lubością i zawadiackim uśmiechem na twarzy rzucił się w wir słusznego pijaństwa, by ten pochłonął go do reszty.
Rano żałował, ale przez umęczoną, zapuchniętą od wina twarz i podkrążone oczy znów przebijał się łotrowski błysk.
***
MG

Przeszedł kilka kroków starannie omijając rozbity dzban leżący na ziemi i wyciągnął z radością zasiedziałe członki w stronę słońca. Przenikliwe spojrzenie odprowadziło grupę oddalającą się od zajazdu. Z rozbawieniem przyjrzał się mieczowi obijającemu się nieporadnie o nogi młodzieńca.
Teraz jednak liczyło się tylko ciepło kojących promieni słonecznych.

Padało trzy dni.

Ile dni pozostało do następnej burzy?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s