Ranni, pozostawieni w spokoju przez bandytów, wciąż oszołomieni, że udało im się przeżyć to spięcie postanowili zejść z drogi i zaszyć się w lesie. Od wioski dzieliło ich zaledwie kilka godzin drogi, ale w obecnej sytuacji za lepsze wyjście uznali rozbicie obozowiska wśród drzew, opatrzenie ran i przespanie się raz jeszcze pod gołym niebem. Wieczór upłynął im w milczeniu. Tamsin zajęła się obrażeniami Heinza i Einharda, pomocnik kupca znajdował się po tym w o wiele lepszym stanie, z leśnikiem niestety rzecz się miała gorzej. Po rozmowie, jaką odbyli między sobą zniknął zresztą. Dziewczyna rozumiała, że jak zwykle szukał spokoju w lesie. Sama też chętnie zagłębiłaby się między drzewa, zostawiając ognisko za sobą. Coraz więcej napiętrzało się spraw, od których pragnęłaby uciec. Ciążyła jej podjęta decyzja, ale raz skuta twardym chłodem nie wycofała się. Podczas kolacji niepostrzeżenie dorzuciła ziół do wina, które pili. Sama ledwo zamoczyła w nim usta. Nic szkodliwego, ot, zwykłe nasenne środki, które szybko zadziałały. Mężczyźni posnęli. W absolutnej ciszy przez dłuższą chwilę stała nad leżącym Alesio. W słabym poblasku ognia przyglądała się rysom jego twarzy. Pogrążony we śnie wyglądał tak spokojnie. Wyciągnęła rękę, ostrożnie, niemal trwożliwie, pragnąc po raz ostatni poczuć ciepło jego ciała, dłoń jednak nie sięgnęła celu. Wykonała gest jakby chciała odegnać złego ducha. Las zaszemrał za jej plecami. Zacisnęła mocno powieki.

Eberhard tłumaczył jej, ale nie słuchała go. Sprzeczała się z nim, ze światem, ze wszystkimi. Na próżno. Myliła się. Przypomniała sobie dzień, w którym stanęła pod świątynnymi murami. Rozgoryczona, przerażona efektem jednej z wykonanych trucizn. Obserwowała kręcące się wśród chorych kapłanki Shallyi i rozważała czy nie zrobić kroku w ich stronę. Okryta habitem mniszki do końca swoich dni pełniłaby tylko jedną posługę. Świat jednak wzywał ją zbyt mocno, albo nie umiała wykrzesać z siebie odpowiedniej dawki pobożności. Bez względu na przyczyny nie była to droga dla niej. Pamiętała, że gdy odwróciła się wreszcie w stronę domu obok niej pojawił się Eberhard. W milczeniu wrócili razem. Któregoś dnia miała zrozumieć, powtarzał. Na ścieżce, którą szła odbieranie życia było nieuniknione.

Lekkim potrząśnięciem obudziła Einharda. Położyła się na posłaniu i w napięciu obserwowała jego bezszelestne poczynania. Alesio broń trzymał blisko siebie, ale dla zręcznego studenta nie stanowiło to przeszkody. Nie zajęło mu wiele czasu podlanie nabitych prochem pistoletów wodą, ani umieszczenie zadartych szpilek przy rękojeściach. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, gdy równie cicho i sprawnie jak podszedł, oddalił się z powrotem na swój koc. Nie wykonał przy tym ani jednego niezgrabnego czy niepotrzebnego ruchu, estalijczyk nie miał więc szans się obudzić. Teraz pozostawało im zaczekać do rana.

Heinz nie był w najlepszej formie i rano nie było go z nimi. Jego brak Tamsin odczuła wyjątkowo boleśnie. Einhard nie stanowił dla niej żadnego oparcia, w rozmowie którą przeprowadziła z Alesio, ku jej zdumieniu i właściwie wbrew wcześniejszym deklaracjom częściej brał jego stronę. Powstrzymał ją też. W momencie, w którym Alesio sięgnął po broń i jad sparaliżował go akurat, gdy zdążył wypowiedzieć “Weź ten pistolet…” Einhard na przekór wcześniejszym uczynkom, uwierzył w jego czyste intencje i powstrzymał dzierżącą nóż dłoń dziewczyny. Nie pozostało jej nic innego jak odstąpić. Odpuścić. Nie dało się jednak cofnąć świadomego czynu. Odczuła to jak wyważenie drzwi. Sztaba pękła i zepsuty zamek już nigdy nie pozwoli ich zamknąć.

Może sprawiła to ingerencja Einharda, a może spokój prezentowany przez Alesio był prawdziwy, dość że do najgorszego nie doszło. Nic też nie zostało rozwiązane. Dalej podążali razem. Jeszcze przed południem dotarli do Raveslandu, gdzie wśród pracujących przy rzece kobiet wypatrzyli Mare. Przekazali jej prośbę o spotkanie z Zakapturzonymi, następnie zaszyli się w karczmie. Mężczyźni zasiedli do wina i kart, dziewczyna zaś, pragnąc odpocząć wreszcie od niechcianego towarzystwa i czując, że właściwie sama takie stanowi, wybrała się na spacer do pobliskiego zagajnika. Podobały jej się bretońskie lasy. Szemrały cicho chcąc opowiadać swoje historie. Kołysały się zapraszająco, wabiąc i oferując azyl. Nie dziwiło jej, że banici obrali je za swój dom i zaczynała myśleć, że mogłyby stać się domem i dla niej. Poruszając się powolnym tempem, wypatrywała w runie leśnym ziół, ale dzień chylił się ku końcowi zanim znalazła niewielką kępkę z Tarrabeth, rośliną której lecznicze właściwości pomagały hamować nawet najcięższe krwotoki. Wcześniej natknęła się na inne zioło i już z przyzwyczajenia miała zerwać je do tobołka, gdy zorientowała się, że wcale nie będzie chciała go używać. Wywoływało ono bowiem bardzo silne i ogromnie bolesne bóle brzucha, nie oferując przy tym żadnych pozytywnych właściwości. Zostawiła je więc w spokoju. Wracając między zabudowania natknęła się na Mare, kobieta z daleka dojrzała ją spacerującą i pospieszyła by przekazać wiadomość. Zakapturzeni oferowali spotkanie, trzy godziny drogi od wioski, wzdłuż południowo-zachodniej ścieżki. W karczmie siedział rycerz, dziewczyna rzeczywiście widziała tam jakiegoś wcześniej, a banici nie mieli zamiaru ryzykować pokazywania się przy nim.

Nocą wymknęli się w trójkę na spotkanie. Tamsin ukoiła ból spowodowany naciągniętym mięśniem i opatrzyła bok bretońskiego rycerza rezydującego w głównej sali gospody, ten zaś z wdzięczności uraczył ich winem i kolacją. Gest, jakkolwiek miły w obecnej sytuacji kolidował nieco z ich planami. Potrzebowali kilku godzin, by do wtóru rozmów i opowieści spić rycerza, który dosiadł się do nich, a będąc spragnionym towarzystwa nie miał zamiaru prędko zostawiać ich w spokoju. Było więc całkiem ciemno, gdy szybkim krokiem poruszali się wreszcie ścieżką pośród drzew. Zwolnili znacznie dopiero w trzeciej godzinie marszu, słusznie obawiając się zasadzki. Gęste korony drzew przysłaniały światło księżyca i gwiazd, pośród ciemnych liści niemożliwym było wypatrzeć cokolwiek. Nawet gdy obok, zdawało się, że tuż na wyciągnięcie ręki rozległ się głos nakazujący im zatrzymanie, nie dojrzeli nikogo.

Prawie świtało, gdy wrócili do karczmy w Raveslandzie. Nocne wędrówki okazały się dość wyczerpujące, a jednak Tamsin na długo przed południem opuściła swój pokój. Od gospodyni dostała kubek ciepłego jeszcze mleka i pajdę chleba z masłem, teraz niosąc to ze sobą, lekkim krokiem zmierzała nad rzekę. Usadowiła się na brzegu, w miejscu gdzie niska skarpa opadała coraz łagodniej, a woda obmywała delikatnie wąski pas piasku i trawy. Zrzuciwszy buty z cichym sykiem zanurzyła na moment stopy w lodowatej wodzie. Po drugiej stronie rzeki, na polach widziała sylwetki zgiętych pracą chłopów. W ręce trzymała chleb, świeży owoc ich znoju i jego zapach nigdy jeszcze nie wydawał jej się tak upajający. Nadgryzając kęsy grubej skórki rozmyślała o ludziach, których cicha ochrona sprawiała, że tutejsi mieszkańcy czuli się bezpiecznie, a ich domostwa nie raziły biedą. Ludziach, którzy doprowadzili ich nocą do ukrytego w środku lasu ogniska i odzianego w kaptur mężczyzny. Tajemniczy przywódca wysłuchał ich i choć zdradził, że imiona Ernko ani Elgast nic mu nie mówią, przyznał również, że rzeczywiście zauważył gdzieniegdzie postępowania banitów odstające od kodeksu, którym kierowali się wszyscy Bracia. Zakapturzeni zajmowali się takimi odszczepieńcami we własnym zakresie. Nie potrzebowali przy tym pomocy z zewnątrz i prawdę powiedziawszy właściwie nie było niczego, co kilkoro nieznajomych z obcego kraju, mogłoby dla nich zrobić w zamian za informacje. Nieznajomy przedstawił im jednak inną możliwość. Mogli do nich przystać. Z pewnością nie będzie to łatwe, wymagało bowiem wypełnienia trzech prób i wiązało się ze złożeniem przysięgi, zerwaniem z dotychczasowym życiem i podzieleniem własnego dobytku między innych. Tamsin odniosła wrażenie, że zwłaszcza to ostatnie mogło zniechęcić część jej towarzyszy. W zamyśleniu pokręciła głową. Nie, chodziło o coś więcej. Nowa droga… Większość osób wstępujących w szeregi Zakapturzonych w rzeczywistości nie miała wielkiego wyboru. Spora część już była wyjęta spod bretońskiego prawa. Oni znajdowali się w zupełnie innej sytuacji. Byli wolni i jedynie chęć odnalezienia Elgasta skierowała ich do słynnych banitów. Jedynie Elgast… Tego również Tamsin nie była już taka pewna. W którymś momencie podróży spodobał jej się pomysł przystania do banitów. Pociągały ją ich idee, kodeks. Widziała siebie mieszkającą w skromnej chacie w lesie, może nawet szałasie, zbierającą zioła i wytwarzającą leki, opatrującą rannych rozbójników i dbającą o zdrowie mieszkańców wsi. Zachichotała uświadamiając sobie, że żyjąc w ten sposób z biegiem czasu zmieniłaby się w starą wiedźmę z bajań. Uśmiech znikł z jej twarzy. Wyobrażenia jednym, rzeczywistość drugim. Wiedziała, że wejście w szeregi Zakapturzonych nie wyglądałoby wcale w ten sposób. Byli przecież rozbójnikami, trudnili się napadami, kradzieżą i nawet jeśli woleli tego unikać, zabijaniem. Pochyliła się mocno do przodu. W błyszczącej tafli poruszyło się lekko jej odbicie. Zapatrzyła się w nie szukając widocznych zmian, ale nie dostrzegła niczego. Te same ciemne włosy, te same szaroniebieskie oczy. Skóra, która straciła już swoją zimową bladość. Nic więcej. W sercu nie czuła też żadnej pustki, żadnego więcej wahania. Przypomniała sobie ostrzeżenia Einharda o potępieniu, ale odegnała je prędko. Wciąż czuła się odrobinę zawiedziona jego postawą. Nie spodziewała się, że będzie wolał wykorzystywać mordercze zapędy Alesio, zamiast odegnać go precz. Naruszył tym jej zaufanie, co zakrawało na ironię, sam ich postępek bowiem i tak był naznaczony zdradą. Jej piętno widziała wyraźnie w oskarżycielskich spojrzeniach estalijczyka. Zaskakujący był fakt, że jedynie przez króciutką chwilę czuła się z tym źle. Patrząc nań, nie widziała już bliskiego towarzysza. Domyślała się, że Alesio będzie najmniej zadowolony z pomysłu wiązania się z banitami i w tej chwili stanowiło to dla dziewczyny dodatkową korzyść. Gdyby musiała oddalać się od niego, pewnie właśnie u Zakapturzonych szukałaby ochrony. Spodziewała się, że jej postępek jeszcze będzie miał swoje konsekwencje. Gdyby Einhard jej nie zatrzymał… Cóż, nie była tak dobra, jak chciała. Było coś przerażająco wyzwalającego w tej wiedzy. Osuszyła zmarznięte stopy rąbkiem spódnicy, wzuła trzewiki i podniosła się z ziemi. Wracając do karczmy przyciągnęła kilka spojrzeń, głównie krzątających się przy domach kobiet. Kiwała ręką i uśmiechała się do nich przyjaźnie, nie zrażając się brakiem odpowiedzi. W pokoju wytrzepała własne rzeczy z tobołka pozwalając, by rozsypały się bezładnie na łóżko. Kupując je myślała już o innej przyszłości, ale wtedy nie była jeszcze pewna czy odważy się je przywdziać. Do tej pory przynajmniej skromnym strojem zgadzała się z istniejącym porządkiem społecznym. Uśmiechnęła się przewrotnie i zrzuciwszy z siebie nową sukienkę, wkładała kolejne sztuki ubrania. Błękitną, batystową koszulę, tak cienką i delikatnie wykończoną ozdobnym haftem, że już przy zakupie zdawała jej się nadmiernym zbytkiem. Skórzaną kamizelę, gorset właściwie, który ciasno teraz związany uwypuklał wąską talię i zachodził na biodra. Spodnie, z ciemnej skórki, dokładnie przylegające do długich nóg i na koniec buty z cholewką lekko rozchylajacą się przy kostkach. Wizerunku dopełnił pas z nieodłącznymi sakiewkami, fiolkami i księgą oraz drugi, cieńszy z pochwą na nóż. Dziewczyna okręciła się wokół własnej osi żałując, że w pokoju nie było lustra i nucąc cicho pod nosem pomaszerowała na dół. Choć raz nie będzie się martwić. Niech się dzieje, co chce. Urodziła się chłopską córką, była wychowanką aptekarza, trucicielką walczącą z własnym sumieniem, zielarką, niedouczoną czarownicą i niedoszłą zabójczynią. Przy tym wszystkim myśl o zostaniu rozbójniczką stawała się coraz bardziej kusząca.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s