Około południa dotarli do Zagórza. Na skraju wsi, tuż obok studzienki siedziała na ziemi dziewczyna. Ubrana w zwykłą, szarą sukienkę i podróżny płaszcz, z jasnymi włosami częściowo ukrytymi pod chustą nie wyróżniała się niczym specjalnym. Nie spojrzała na nich, gdy podchodzili, jakby polny kwiat, który obracała w rękach był o wiele bardziej godny uwagi niż czwórka obcych. Kwiat był czerwony, w kolorze opaski na jej prawym łokciu. Tamsin uklękła przed nią, na krótką chwilę przyciągając wzrok siedzącej.

–  Witaj, Aime. Wiesz, że od teraz będziesz podróżować razem z nami? Twój opiekun mówił ci pewnie o tym. Spójrz, jestem Tamsin, tam stoi Alesio, a tuż obok Keiler i Petrucio. Pozwolisz, że zdejmę tę opaskę? Chodź, chodź ze mną, wstań.

Cichy, melodyjny głos wydawał się nie przebijać przez obojętność dziewczyny, a jednak tamta wstała i bez cienia sprzeciwu pozwoliła się poprowadzić. Niebieskie oczy miała nieuważne, lekko zamglone, jakby spoglądała na inny niż oni świat. Nie odezwała się ani słowem, ale szła. Potulnie. Bezgłośnie. Tamsin z miejsca zrobiło się jej żal. Nie wiedzieli o tej dziewczynie właściwie niczego. Znali tylko imię i miejsce, do którego mieli ją doprowadzić. Cała reszta natomiast, wliczając w to osobę ich zleceniodawcy pozostawała tajemnicą.

Dzień wcześniej zebrali się w karczmie. “Ochocza syrena” nie była może najszczęśliwszym wyborem, przynajmniej jeśli chodziło o zdanie Tamsin, ale z ubolewaniem stwierdzała, że wielkiego nie mieli. W Auerswaldzie były tylko trzy tego typu przybytki, jednak dla kogoś, kto nie posiadał wiele złota i dodatko cenił sobie nieobecność straży miejskiej wybór pozostawał tylko jeden. Godzina była wczesna i poza nimi nie było jeszcze wielu gości. Przy kilku innych ławach siedzieli marynarze, a w odległym kącie sali formowały się pierwsze zakłady przy walczących na pięści ochotnikach. Tamsin nie miała wcale ochoty przyglądać się bójkom, wysłuchiwać zagrzewających do wygranej wrzasków, ani czego obawiała się znacznie bardziej, stać się przed końcem nocy częścią ogólnej  zabawy polegającej na niekontrolowanej wymianie ciosów i dających się rzucić przedmiotów. Zdusiła jednak smętne westchnienie uśmiechając się zamiast tego do swoich towarzyszy. Z obecnej przy stole trójki mężczyzn tak naprawdę dość dobrze znała tylko Heinza. Zarośnięty, postawny mężczyzna od zawsze przywodził jej na myśl postać nieuchwytnego pana lasu z zapomnianych legend. Ze swoją czarną czupryną, gęstą brodą i ponurym spojrzeniem, ze skórzaną kurtą narzuconą niedbale na lnianą koszulę mógł spokojnie uchodzić za stałego bywalca tego portowego przybytku. Z siedzącym obok Petrucio łączyły go dawne zlecenia, w ten sposób estalijczyka poznała i ona. Miał w sobie coś takiego… Może chodziło o złośliwy uśmieszek, jaki łapała czasem na jego ustach, może o szydercze komentarze puszczane głośnym szeptem, o śmieszną bródkę, a może o sposób, w jaki na nich patrzył, jakby nie do końca potrafił ukryć pogardę do urodzonych niżej. Dość powiedzieć, że nie całkiem przypadł Tamsin do gustu. Był jednak szermierzem. Po zdobionym dublecie i gładkich szatach wnosiła, że dobrym. Trzymał rapier blisko i miała nieodparte wrażenie, że tylko czeka na okazję, by go wyciągnąć. W obecnej sytuacji to mogła być zaleta. Dziewczyna wiedziała, że muszą opuścić miasto, a na trakcie przyda się każdy obyty z orężem. Każdego dnia mogli spodziewać się zamknięcia bram, z czego zdawali sobie sprawę tylko nieliczni. Odległe o trzy tygodnie drogi miasteczko Aver padło ofiarą jakiejś zarazy. Objęto je kwarantanną, ale Tamsin słyszała, że do kapłanek Shalyi przybyli już chorzy z tamtych stron. Podobno nieliczni. Na razie. Auerswald po cichu wywracał się jednak do góry nogami. Z okolicznego chłopstwa ściągano większe ilości żywności, wzmacnianio mury, straż się zbroiła, a statki napływały, ale już nie opuszczały portu. Ceny skoczyły w górę i nawet ona sprzedawała drożej zioła. Przynajmniej tym, od których w ogóle brała pieniądze. Grymas zmartwienia przemknął po jej twarzy. Chociaż i tak zbliżał się czas, kiedy wyruszała zbierać zapasy roślin na następny sezon, martwiła się o pacjentów, których miała teraz zostawić. Czuła się podle z tego powodu. Roztrząsała to raz za razem i za każdym razem słyszała zgorzkniały głos Eberharda w głowie. Nie była w stanie pomóc wszystkim, ale wiedza ta nie zmniejszała jej poczucia winy z odczuwanej chęci ucieczki.

Dziewczyna upiła łyk cydru i podniosła szaroniebieskie oczy na trzeciego z mężczyzn. Alesio.. Lubił się przedstawiać długim, melodyjnie brzmiącym nazwiskiem. Pomyślnie się składało, bo potrzebowała dobrych kilku razów, by je właściwie zapamiętać. Zachowywał się szarmancko, przynajmniej przy niej, miał także zwyczaj posługiwać się kwiecistą mową i zbijać ją z tropu komplementami. Był wyjątkowo przystojny, a choć wyglądał jak rodowity mieszkaniec Imperium i mówił bez cienia akcentu, miał w sobie z obcokrajowca coś więcej niż nazwisko. Przy pasie nosił kordelas i jeszcze okutą metalem pałkę, ale poruszał się lekko, swobodnie, bardziej jak wesoły młodzieniec, niż mężczyzna gotowy do walki. Intuicja podpowiadała Tamsin, że to może być tylko poza. Oblicze, jakie pragnął pokazywać światu. Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, kilka miesięcy wcześniej, przy stoisku na którym sprzedawała zbierane przez siebie zioła, ubrany był w białą, plisowaną koszulę z bufiastymi rękawami, smoliście czarną kamizelę i wygodne, skórzane spodnie. Jednak to nie ubiór, a jego twarz i błysk w ciemnozielonych oczach przyciągały uwagę.

– Słuchajta – nagle Keiler wyrwał ją z namysłu, pochylając się ku nim nad stołem i sciszając głoś – Tamtych dwóch – kiwnięciem głowy wskazał marynarzy siedzących kilka stołów dalej – mówi, że robota jaka będzie po zamknięciu knajpy.

To powiedziawszy wstał szurając buciorami po podłodze i skierował się ku rzeczonym marynarzom. Rozsiadł się pewnie naprzeciwko i zagadał. Jego niski głos niósł się ku nim i widzieli jak podpita dwójka przyjmuje go najpierw ze zdziwieniem, a potem nieoczekiwanie wita jak swego. Keiler dyskutował jeszcze chwilę, po czym obrócił głowę i machnął na nich ręką.

Od marynarzy dowiedzieli się, o ogłoszeniu wiszącym na miejskim słupie w rynku, z którego wynikało podobno, że po zamknięciu portowej knajpy ktoś będzie tam ludzi do pracy poszukiwał. Zaciekawieni postanowili to sprawdzić. Dwoje z nich zostało na miejscu, zaś Tamsin wraz z Alesio udali się na rynek.

Po wyjściu z karczmy natknęli się na trupa. Byli świadkami wcześniej jak dwóch rosłych marynarzy wyrzucało przez drzwi pijanego nieszczęśnika. Ten sam człowiek leżał teraz zbryzgany własną krwią i przewrócony na plecy. Miejsca ewidentnego morderstwa pilnował już jeden, oparty o miecz i przysypiający strażnik miejski. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi ani nie oglądając się za siebie, ominęli go cicho.

“Poszukuję ludzi do pracy. Zamykam knajpę w porcie”. Ogłoszenie okazało się bardzo ogólnikowe i nie wnosiło niczego więcej ponad to, co już wiedzieli. Chcąc nie chcąc musieli zaczekać do nocy. Przy okazji sprawdzili pozostałe ogłoszenia, ale choć jeszcze jedno traktowało o poszukiwaniu ludzi do ochrony karawany, uznali że nie ma dla nich nic odpowiedniego. W drodze powrotnej przekonali się, że w miejscu morderstwa zebrało się więcej osób, w sumie czworo strażników i jeden, prawdopodobnie kapłan. Żaden z nich jednak, na szczęście, nie przeszkodził im w wejściu do “Ochoczej syreny”.

W zatłoczonym już środku trwała bójka. Zadymione wnętrze wrzało od gwary, hałaśliwych okrzyków i szarpaniny. Tamsin zatrzymała się w progu otwartych drzwi i rzuciła spłoszone spojrzenie najpierw na Alesio, a potem za siebie, na stojących w mroku nocy strażników.

–  Możemy udać się do mojego pokoju – zaproponował, a gdy po chwili wahania skinęła głową, poprowadził ją pod ramię w górę schodów.  

Pokój, jak można się było spodziewać, był niewielki i skromnie umeblowany. Na całe wyposażenie składało się wąskie, zaścielone łóżko, mały taboret i stolik z dzbankiem na wodę. Na podłodze obok łóżka leżały bagaże Alesio. Dziewczyna rozejrzała się nieśmiało, niepewna jak powinna zachować się w takiej sytuacji i wreszcie usiadła na taborecie. Zapadła niezręczna cisza. Obserwowała jak mężczyzna siada na łóżku, wyciąga z torby kapelusz wyglądający jakby z powodzeniem mógł go nosić kapitan pirackiego statku, delikatnie otrzepuje go, poprawia, po czym chowa z powrotem. Przekrzywiła lekko głowę w rosnącym zaciekawieniu, ale kiedy podniósł wzrok, przyłapana spuściła ją szybko. Nerwowo przygryzła wargę.

– Chcesz spróbować nalewki? Porzeczkowa, sama robiłam. W celach zdrowotnych oczywiście – rzuciła pierwsze, co przyszło jej do głowy i zaraz zganiła się w duchu.

Co teraz mógł o niej pomyśleć? W zaciszu czterech ścian wydał jej się nagle zupełnie inny, zniknęła gdzieś pogoda, krasomówstwo i Tamsin poczuła, że tego mężczyzny, który siedział milczący i poważny tak blisko, że niemal na wyciągnięcie ręki zupełnie nie zna. Odchyliła się lekko do tyłu, pokój wydał jej się nagle o wiele za mały. Odkorkowała niewielką buteleczkę, którą nosiła przytroczoną do pasa, a ponieważ w pomieszczeniu nie było żadnych szklanek czy kufli pociągnęli po prostu po łyku. Ze zdumieniem odkryła, że nagle czuje się przy nim skrępowana. Bardziej nawet niż kiedy rzucał te gładkie komplementy, a ona myślała, że żartuje i z niej i z siebie. Przez krótką chwilę żałowała, że nie odznacza się wcale taką urodą, jaką wychwalał, że zamiast pięknych szat nosi zwykłą, zgrzebną sukienkę i wreszcie mądrością też nie może się równać z kimś, kto zapewne zwiedził pół świata. Nie chodziło o nawet o to, że mu nie ufała, nie byłoby to przecież prawdą. Zachowywał się zawsze nienagannie i wśród innych osób czuła się dobrze w jego towarzystwie. Jednak było inaczej nić choćby z Keilerem, którego wyleczyła niegdyś z ciężkich ran i nawet, gdy samotnie przemierzali leśne odstępy traktowała go mimowolnie jakby wciąż był jej pacjentem.

Cisza na dole była sygnałem, że karczemna bójka dobiegła końca i ku uldze Tamsin  Alesio wstał wreszcie i wrócili do pozostałej dwójki towarzyszy, czekającej na ich powrót przy tym samym stole, co wcześniej.  

Ledwie zasiedli przy ławie, gdy usłyszeli jak Petrucio pochyla się do Heinza i szepcze ze złośliwym uśmiechem, że zapewne poszli jedynie w ustronne miejsce. Tamsin zbladła, w milczeniu rzuciła w jego stronę gniewne spojrzenie i postanowiła sobie, że tego człowieka już więcej nie obdarzy sympatią. Alesio nie zareagował. Uderzyło ją jak różni się wydawali ci dwaj.

Czekanie dłużyło się okrutnie, gdy wreszcie w środku nocy do opustoszałego już wnętrza  knajpy weszła jakaś postać. Okazał się nią wysoki mężczyzna, blady o czarnych, tłustych włosach zaczesanych do tyłu i opadających na ramiona. Od stóp do głów ubrany w zadbane, szlacheckie ubranie. Z widniejącym na piersi herbem, z którego naturalnie żadne z nich nie potrafiło rozpoznać nic więcej ponad to, że przedstawiało jaszczurkę na tle przeróżnych rombów, pasków i kwadratów. Mężczyzna zlustrował wzrokiem całe pomieszczenie, śpiących marynarzy, różnej maści pijaków i wreszcie ich samych. Po czym bez chwili wahania podszedł wprost do nich i zasiadł obok wygodnie.

– Ernko jestem.

***

Zostawiwszy za sobą Zagórze zmierzali w stronę kolejnej osady, gdzie zgodnie ze słowami Keilera mogli kupić potrzebnego im muła znacznie taniej niż w mieście. We wszystko inne zaopatrzyli się jeszcze w Auerswaldzie za pieniądze, jakie na podróż dostali od Ernko. Tajemniczy szlachnic-nie szlachcic wynajął ich do przeprowadzenia przez zamkniętą teraz granicę z Bretonią swojej podopiecznej o imieniu Aime. Szesnastoletniej dziewczyny, która zgodnie z jego słowami, cierpiała na chorobę powodującą słabość umysłu, w związku z czym potrzebowała codziennej dawki leków uspokajających, i której bogaty dom, wraz z czekającą rodziną, znajdował się właśnie w Bretonii. Dostali do ręki pieniądze, podpisaną przez Ernko umowę i wreszcie nazwę miejscowości, w której będzie na nich czekać koniec podróży i zapłata. W ten właśnie sposób znaleźli się na trakcie, zostawiając za sobą Auerswald i zagrożenie związane z możliwą kwarantanną.

Wieczorem dotarli do osady, zgrupowania kilku chat zaledwie. Keiler od razu skierował się ku jednej z nich, gromkimi okrzykami witając się z gospodarzem. Widać było, że czuje się tu niemal jak u siebie. Szybko zostali ugoszczeni w izbie, a gospodarz część z nich odesłał do pomocy przy szykowaniu posiłku. Tamsin zajęta tarciem kartofli słyszała jak w obieg poszła gorzałka i zaczęły się targi o muła. Aime przez cały dzień zachowywała się dokładnie tak, jak im powiedziano. Własną inicjatywę wykazała tylko raz, gdy na trakcie mijał ich pochód konnych z bogato zdobioną karetą i kapłanem Sigmara wewnątrz. Ten jeden raz Tamsin musiała delikatnie złapać ją za rękę, bo dziewczyna wyraźnie chciała pójść w ich stronę. Czy chodziło o samą karetę i przepych jaki reprezentowała, o osobę kapłana czy wreszcie o jakiś przebłysk świadomości i potrzebę pomocy, Tamsin nie wiedziała. Choć naturalnie miała nadzieję, że nie o to ostatnie. Zaparzając jej teraz niezbędne medykamenty próbowała ustalić, jakiego mogą być pochodzenia. Wpatrywała się w kolor mieszanki, wdychała zapach, jaki unosił się nad kubkiem. Nie potrafiła sobie jednak przypomnieć. Słodki, duszący, wznosił się ponad wszystkie inne. Miała wrażenie, na krańcach świadomości, że wie skąd pochodzi ta woń i że jeśli tylko zamknie oczy, przypomni sobie nie tylko nazwę rośliny, ale też jej wygląd. Zamykała więc oczy, skupiając się. Daremnie. Zakładała, że prędzej czy później wypróbuje mieszankę na sobie. Nie teraz jeszcze, ale w odpowiednim miejscu i czasie. Z doświadczenia wiedziała jednak, że czegoś takiego nie robiło się ot, tak. Musiała się przygotować. Przekona się wtedy czy zioła miały rzeczywiście pomóc dziewczynie, czy tylko ją ubezwłasnowolnić. Taką miała przynajmniej nadzieję.

***

Zanim zapiał pierwszy kur, lekko uchyliły się drzwi chaty i na zewnątrz wymknęła się bosonoga dziewczyna. Kasztanowe włosy sięgały pasa, rozsypane w nieładzie, gdy potrząsała głową przeciągając się. Cichutko przemknęła do studni, nie budząc po drodze nawet burego kota leżącego obok wiadra. Zanurzyła palce dłoni w lodowatej wodzie mamrocząc coś cicho pod nosem. Obejrzała się najpierw za siebie, na drogę z której przyszli wczorajszego wieczora, a potem do przodu, w stronę gór i Bretonii.
Bretonia… – szepnęła do siebie szczęśliwa – Kamień z serca.

***

Wszystko układało się dobrze, aż do feralnego dnia. Wyglądało na to, że wreszcie zadomowili się w nowym miejscu. Po raz kolejny w ciągu ostatnich lat, tym razem w Ballenhof. Sklepik zaczynał prosperować, coraz więcej ludzi przychodziło do nich po poradę i medykamenty. Tamsin pracowała ciężko, ale była szczęśliwa. Codziennie wstawała o świcie, schodziła na dół i zabierała się za porządkowanie pracowni. W ostatnich latach Eberhard stawał się coraz bardziej niechlujny i zwracał mniejszą uwagę na otoczenie, jakby interesowały go już tylko same receptury. Bardziej przyziemne sprawy natomiast przerzucał na dziewczynę. Nie przeszkadzało jej to. Zjadała potem szybkie, skromne śniadanie i szła otwierać sklep. Wynajmowali niewielki, piętrowy budynek przyklejony do starszej kamienicy. Na parterze od frontu urządzili sklep, z prostą ladą i półkami pełnymi słoików, butelek i woreczków z najróżniejszymi medykamentami. Głębiej zaś zaadaptowali dwa pomieszczenia, w tym kuchnię, na pracownię aptekarską. Na górze spali. Wczesnym popołudniem do sklepu schodził Eberhard, a ona wychodziła odwiedzać pacjentów. Wracała pod wieczór i nieodmiennie dołączała do niego w pracowni. Ta rutyna dawała jej poczucie bezpieczeństwa, nawet satysfakcji. Gdzieś głęboko na dnie umysłu trzymała na uwięzi poczucie winy i obawę. Z powodu tego, co robili, gdy czasem do tylnych drzwi pukał ktoś spowity w czerń. Z powodu mikstur, które nie zawsze miały przywracać chorych do zdrowia. Z powodu radości, którą czuła, gdy wyjątkowo dobrze wyszła jej mieszanka. Taka, za którą płacił potem złotem nieznajomy w tylnych drzwiach.
Był dzień targowy i zmęczona wracała właśnie od rodziny, której zachorował kilkuletni chłopczyk. Mały gorączkował, kaszlał okropnie i płakał tak, że zanim Tamsin przygotowała odpowiedni napar, ją samą bolała już głowa. Spieszyła z powrotem, mając nadzieję, że uda jej się odpocząć choć chwilę, w ciszy własnego pokoju, zanim Eberhard zawoła ją do pracowni. Pewnie dlatego nie zauważyła, gdy zza rogu wyskoczył na nią mały ulicznik.
Tamsin! – zanim zdążyła go ofuknąć, złapał ją za rękę i pociągnął w dół wąskiej uliczki. Znała go, czasem zapowiadał wizyty nocnych klientów, a czasem po prostu zjawiał się u niej, wiedząc że zawsze znajdzie dla niego kawałek chleba. Nie był to pierwszy raz, gdy ktoś przestrzegał ją przed powrotem do domu, więc serce skoczyło jej do gardła. Zaniepokojona podążyła za nim i tam, w zaułku, powoliła by opowiedział jej co się stało.
Załamana czekała na nadejście poranka. Po świcie zaprzyjaźniony woźnica miał ją wywieźć z miasta. Nie było już skromnego pokoju, sklepu ani nawet Eberharda. Była za to śmierć kogoś ważnego i oskarżenie, jakie padło na starego aptekarza. Był odebrany dług i długa noc spędzona na poddaszu złodziejskiej, jak przypuszczała kryjówki. Niewielki tobołek spoczywał na podłodze obok niej. Ubranie, zioła, odrobinę złota i zielnik. Większość złota, jakie jeszcze posiadali zostawiała na łapówki. Machina ruszyła i chciała wierzyć, że Eberhardowi uda się wydostać z więzienia, choć tym razem sprawa wydawała się poważna. Ona musiała zniknąć, dla własnego bezpieczeństwa. Pocieszała się, że stary wyga miał znajomości, z którymi wcześniej się nie zdradzał. W świecie, którego wcale nie pragnęła bliżej poznawać. Mogła więc mieć tylko nadzieję, że okażą się teraz wystarczająco dobre. Otarła zmęczone oczy. Z całego serca pragnęła oglądać go jeszcze wśród żywych.

Od kilku godzin siedziała w zajeździe przy rozstaju dróg, nie wiedząc, co ze sobą począć. Ledwie mogła przyjąć do świadomości fakt, że została sama. Nie było z nią Eberharda, który wytyczyłby kierunek podróży, nie było Wolfa służącego oparciem. Strach ściskał ją za gardło i ledwie powstrzymywała napływające do oczu łzy. Jednak nie o siebie się martwiła. Eberhard od czasu, kiedy zabrał ją od rodziców, był surowym nauczycielem i dobrym opiekunem. Nie jak ojciec, który był zawsze zmęczony, dużo krzyczał i rozdawał razy, gdy nie dość szybko zeszło mu się z drogi. Eberhard upominał ją surowo ilekroć chodziło o naukę. Potem zaś zabierał ze sobą do karczm i pozwalał napić się piwa. Snuł opowieści, gdy bała się zasnąć i wypuszczał na dziecięce eskapady, najpierw samopas, a potem razem z przygarniętym Wolfem. Z dziecięcą naiwnością wierzyła wtedy, że wszystko to jest oznaką dobrego człowieka i prawego charakteru. Był w końcu mądry, znał się na lekach i uratował jej małego brata, gdy ten ocierał się o śmierć. Przekazywał jej też swoją wiedzę o ziołach. Naturalnie pokazywał jej również inne rośliny. Takie, których pod żadnym pozorem nie powinno się zbierać. Dlaczego to robił zrozumiała jednak znacznie, znacznie później. Wtedy, gdy głód wiedzy pchał ją już do poznawania wszystkiego, bez myślenia o konsekwencjach. Do dzisiaj pamiętała gorzki smak rozczarowania, gdy dotarło do niej, że jego troskliwość była w rzeczywistości jedynie maską oszusta, a ona sama stanowiła element jego przebrania.

Szarzało, gdy ocknęła się z rozmyślań. Nietknięta kasza stojąca przed nią zdążyła zamienićsię w nieapetyczną, zimną breję. Zajazd wypełnił się podróżnymi i dziewczyna z lekkim niepokojem rozejrzała się dookoła. Nie chciała zwracać na siebie uwagi, a samotna kobieta zwykle takową przyciągała. Schyliła głowę pozwalając, by część kasztanowych loków opadła jej na twarz. Bez względu na kierunek, dzisiaj już nie pójdzie dalej. Było za późno, by się stąd ruszać, w przeciwnym wypadku noc zastałaby ją na trakcie. Ciężko było ukryć zmartwienie. Oszczędnym ruchem przywołała dziewkę obsługującą gości i szepnęła jej kilka słów, wciskając w rekę monety. Nie było rady, musiała wynająć pokój.
Spędziła tak dwa dni, niezdolna do podjęcia decyzji. Trzeciego dnia kupiła prowiant i ruszyła dalej. Było wczesne lato, kończył się Sigmarzeit. Dni robiły się gorące, a noce ciepłe. Na trakcie dołączyła do większej grupy podróżnych, na jakiś czas ubyło jej więc jednego problemu. Szybko przekonała się, że bycie zdaną tylko na siebie jest znacznie trudniejsze niż przypuszczała. Niby wiedziała co powinna robić, ale wdrożenie tego w życie nieodmiennie okazywało się wyzwaniem. Zatrzymywała się po wioskach, wymieniając zioła i pomoc, jaką mogła okazać chorym za strawę i dach nad głową. Eberhard dobrze ją wyszkolił, ale bez jego obecności i możliwości zapytania o zdanie, niejednokrotnie chwytała ją panika, że źle rozpozna chorobę lub popełni błąd przy dawkach i efektem tego będzie czyjaś śmierć. Nocami wyobrażała sobie, że chłopi wydadzą ją wtedy, zjawi się straż i ją zabierze. Ilekroć wyprawiała się zbierać zioła głębiej w las, poza ludzkie siedziby, coś zawsze szło nie tak. Padał deszcz, choć powinno być bezchmurnie. Gubiła drogę albo zapasy. Raz zostawiła cały, kilkugodzinny zbiór pędów sosny, bo w błysku bieli między drzewami uwidziała jej się sylwetka wilka. Do tego dręczyła ją niewiedza. Chciała wracać do Ballenhof, przekonać się co stało się z Eberhardem, ale ostatecznie zwyciężały ostrożność i strach. Czasem myślała nawet, by wrócić do rodziny, choć wiedziała przecież, że od lat nie było tam dla niej miejsca. Wtedy budziła się jej duma i zagryzała zęby, biorąc się w garść. W kółko powtarzała sobie, że z czasem będzie łatwiej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s