– Unnarr! – tubalny głos dziadka poniósł się po podwórzu. Mężczyzna stał w drzwiach niewielkiej gospody wyczekując odpowiedzi. Ukryte pod krzaczastymi brwiami oczy o kolorze bladego popiołu dokładnie świdrowały otoczenie. Bez skutku. Dziadek wymamrotał coś rozeźlony i zniknął wewnątrz przybytku. Chwilę później między deskami ogrodzenia ostrożnie śmignęła jedna jasna czupryna, a zaraz za nią następna. Wysokie trawy przy skraju ścieżyny biegnącej między niewielkimi zagonami chichotały dziecięcymi głosami. Daleko wędrował ten cichy dźwięk, aż pod rozłożystą gruszę na skraju poletka, gdzie wreszcie wybuchł z całą mocą. Chłopiec jak zwykle wspiął się pierwszy, chropowata kora i nisko wiszące gałęzie nie stanowiły dla niego żadnego wyzwania. Usadowiwszy się wysoko, ukryty głęboko pośród zielonych liści żwawo kibicował dziewczynce. Ta stała na dole nieco dłużej, ciasno splecione warkoczyki podskakiwały to w jedną, to w drugą stronę, gdy kręciła głową wypatrując najlepszej drogi w górę. Wreszcie poprawiła rzemyk przy fartuchu, podciągnęła kraj sukienki i dołączyła do brata. Tam, nie zważając na kpiący wyraz szarych oczu, raz jeszcze poprawiła fałdy fartuszka i spódniczki, zupełnie jakby sadowiła się na królewskim krześle, a nie na rozłożystej gałęzi.
Jak to jest, że nigdy nie krzyczy na ciebie? – poskarżył się Unnarr, choć wyszczerzone w uśmiechu zęby przeczyły żałosnemu tonowi. Dziewczynka roześmiała się w odpowiedzi, posyłając bratu wymowne spojrzenie identycznych jak jego oczu. Urodzili się w odstępie jednej godziny i obydwoje odziedziczyli jasnoszary kolor tęczówek po dziadku. Obydwoje mieli czupryny o takim samym pszenicznym odcieniu i te same drobne buzie. Na tym jednak podobieństwa kończyły się. Wyglądali bowiem jak dwie krople wody, z których każda potoczyła się w inną stronę. Unnarr był nieco wyższy, policzki samowolnie rozciągały mu się w bezczelnym uśmiechu, a w oczach świeciły się psotne błyski. Ubranie wisiało na nim smętnie, pobrudzone ziemią, trawą i bogowie wiedzą czym jeszcze, choć od poranka minęło zaledwie kilka godzin. Na prawym kolanie świeciła dziura, chociaż Una była pewna, że pieczołowicie łatała ją parę dni temu. Z kieszeni dosłownie wysypywały mu się okruchy, o czym ze zgrozą przekonała się, gdy sięgnął odrapaną ręką i wyciągnął z niej dorodne jabłko. Dziewczynka odebrała je z lekkim skrzywieniem brwi zanim jeszcze zdążył unieść owoc do ust. Starannie wytarła skórkę chusteczką i kozikiem, zamocowanym do paska okroiła na mniejsze kawałki. Na jej sukienkę nie spadła przy tym ani jedna samowolna pestka, ani jedna kropla soku nie splamiła fartuszka. Wyglądała przy tym poważnie, delikatne usteczka ściągnięte miała w wyrazie skupienia, co najmniej jakby podejmowała odległe poselstwo, a nie siedziała z bratem na przyogrodowej grusze dyndając nogami. Gdy kończyła zgodnie pochylili się nad soczystym owocem.
Ty po prostu nie umiesz udawać – odezwała się w końcu tonem lekkiej przygany – Na szczęście dla mnie.

***

Obudziło ją uczucie przejmującego zimna. Wzdrygnęła się pod kołdrą powoli otwierając oczy. W izbie było ciemno i chłodno. Sięgnęła stopą ku krańcom łóżka, by przekonać się, że gorące cegły, które umieściła tam przed zaśnięciem teraz były ledwie ciepłe. Przez dłuższą chwilę leżała zmagając się z resztkami snu i wsłuchując się w wiatr świszczący za okiennicami. Wreszcie uniosła się na łokciach, wymacała zostawione obok na stoliku krzesiwo i zapaliła świecę. Pokój rozjarzył się delikatną poświatą. Wokół panowała niczym niezmącona cisza, a jednak czuła lekkie drżenie własnych rąk, dziwny niepokój, który dręczył ją we śnie nie zniknął. Wstała, przełamując niechęć do wysunięcia się spod chroniącej przed chłodem kołdry oraz sycząc cicho, gdy tylko stopy dotknęły zimnej podłogi. Miała zamiar wyjrzeć na korytarz, ale nagła słabość dopadła ją zanim dosięgła drzwi. Poczuła jak w jednej chwili ogarnia ją ogromne znużenie, zupełnie jakby zbyt długo walczyła ze śnieżycą i mrozem i momentalnie pojęła, skąd brały się te wrażenia. Jęknęła ze strachu. Unnarr. Zachwiała się zginając w pół i powoli, jakby każdy krok był przedzieraniem się wśród zasp wróciła do łóżka. Wytrzymaj braciszku, powtarzała w myślach, wytrzymaj. Odległe echo smagnięć wiatru sprawiło, że drżała nawet pod przykryciem. Wreszcie, gdy czuła się już całkiem sobą, poprawiła zagniecenia powstałe na kołdrze i zgasiła świecę, która paliła się jakoś nierówno, a potem leżała długo myśląc o tym, gdzie był, zanim raz jeszcze ogarnęło ją znużenie i sen.

***

Drewutnię dziadek Ulfarr zamykał na ciężką kłódę. Trzymał tam swoje narzędzia i bardzo nie lubił, kiedy ktoś używał ich bez jego pozwolenia. Poza stertami drewna znajdowały się tam skrzynie z gwoździami, dwie siekiery, piły w kilku rozmiarach i dłuta wszelkiej maści, słowem wszystko, co dzieciom mogłoby służyć jedynie do zabawy. Rzecz jasna, gdyby nie stojąca na drodze kłódka. Mało kto wiedział, że bliźniaki potrafiły obejść ten problem. Drewutnia bowiem dzieliła ścianę ze stodołą i wystarczyło w tejże stodole wspiąć się na pięterko po belach siana, a w chudych latach posiłkując się belkami podpierającymi dach, tam przeczołgać ostrożnie do rogu, odchylić jedną, źle zbitą i spróchniałą już deskę, przecisnąć drobne, dziecięce ciało przez powstałą szparę i już po drugiej stronie opuścić się na solidną półkę utworzoną z równych rzędów porżniętych pni. Una, która nie lubiła trocin ani paprochów z drewna czepiających się ubrania trzymała tam nawet starannie złożony, stary koc, właśnie na takie okazje. Bliźnięta korzystały z tej kryjówki ilelkroć pragnęły zminimalizować prawdopodobieństwo nakrycia przez innych, czyli zwykle, gdy koniecznie należało uniknąć nadciągającej bury. O ruchomej desce nie wiedział nawet żaden z pozostałych braci, należała bowiem do tych rzeczy, co do których bliźnięta zazdrośnie strzegły tajemnicy. Zamknięta od zewnątrz drewutnia należała tylko do nich.
Któregoś dnia wyjadę, zobaczysz – powiedział rozciągnięty na deskach chłopiec niecierpliwym gestem poprawiając jasnożółtą, potarganą grzywę. – Wyjadę i nie będę się musiał dłużej uczyć głupich pieśni. Zamiast tego usłyszę je wszystkie przy ogniskach. Zobaczę odległe góry, lasy i takie krainy, po których chodzą tylko najdzielniejsi podróżnicy. – oczy zapłonęły mu zapałem, dziwny, zbyt blady kolor tęczówek przesycony był żywą energią.
Zostawisz mnie?
– Nie, zabiorę cię ze sobą. Przy mnie nie będziesz musiała się bać, bo przecież Agnarr uczy mnie walczyć mieczem, a dziadek powiedział, że jak dorosnę dostanę od niego ten wielki, który wisi za szynkiem.
Siostra jedynie popatrzyła na niego powątpiewająco. Miecz był w rodzinie od pokoleń i rzeczywiście przechodził z ojca na syna, ale Unnarr wcale nie był najstarszy i wątpliwym było by akurat jemu miałby przypaść w udziale. Z drugiej jednak strony dziadek nigdy nie kłamał, nie odezwała się więc słowem, tym bardziej że nie zależało jej wcale na wywołaniu sprzeczki. Zamiast tego pomyślała o gospodzie, w której znajdował się rzeczony oręż i o blasku ognia, jaki odbijał się w nim podczas długich, zimowych wieczorów, kiedy dziadek wespół z ojcem snuli fascynujące historie. O ciepłym grzańcu i ładnie rzeźbionym stole, przy którym gromadziła się cała rodzina, razem nawet z najstarszymi braćmi, choć ci ostatnio coraz rzadziej pojawiali się w gospodzie, pochłonięci rozszerzaniem interesów. Pomyślała wreszcie o wyjeździe z domu i myśl ta wcale, a wcale jej się nie spodobała. Ściągnęła usta, poważnej buzi nie rozjaśnił nawet cień uśmiechu.
– Kiedy ja wcale nie chcę nigdzie wyjeżdżać.
– Bo jesteś baba.
– Wcale nie…
– Właśnie, że tak, a Agnarr mówi że baby zawsze siedzą w domu.

***

Gospoda “Lodowa Panna” potrafiła bez trudu pomieścić kilkadziesiąt osób. Na samym środku głównej sali wyłożonej polerowanym, ciemnym drewnem mieścił się wielki, kamienny kominek z kunsztownym obramowaniem, wokół niego zaś w starannie zaplanowanym ładzie rozmieszczone były drewniane stoły i ławy. Pod ścianą na wprost wejścia znajdował się nieduży, narożny podest, na którym często można było uświadczyć bajarza czy grajka, zabawiającego gości albo nawet samego właściciela z wnuczką śpiewającego prastare pieśni. Lada szynku, wijąca się w fantazyjnym kształcie wyłaniała się z prawej strony sali i nieco w jej głębi. Rzeźbiona była przepięknie, jak większość widocznych stropowych belek, poręczy i krzeseł zresztą. Między szynkiem, a podestem umieszczone były schody biegnące na antresolę, na której znaleźć można było jeszcze dwie, ustronne alkowy oraz ciężkie, okute drzwi, za którymi kryło się następne przejście i kolejno pokoje dla gości. Kamienne ściany przybytku ozdobione były porożami zwierząt, drewnianymi płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z legend i baśni oraz orężem. Duże okna zaś wypełniały małe szybki w ciepłych kolorach. Na ścianie za szynkiem, na równych rzędach półek stały zakorkowane butelki, ułożone od największej do najmniejszej i tak, że nawet ich kolor zdawał się równo zmieniać odcień, obok zaś kufle, w ściśle określonym porządku, każdy na swoim miejscu, każdy z wyrzeźbionym imieniem jednego ze stałych gości. Mieszkańcy Dale bowiem lubili spędzać wolny czas w “Lodowej Pannie” , a wielu z nich bywało tu na tyle często, że pewna dziewczęca ręka grawerowała starannymi znakami na zastawie ich miana. Gospoda była jednym z lepszych przybytków w mieście, nie żadną mordownią i mieszkańcy ciągnęli tu dla dobrego napitku, jedzenia i atmosfery sprzyjającej odpoczynkowi. Wszystko biegło tu bowiem zaplanowanym rytmem i rzecz dziwna, choć nie żałowano bywalcom hucznych zabaw, prawdziwe burdy zdarzały się niezmiernie rzadko. Powód takiego stanu rzeczy rozumieli mieszkańcy, natomiast przyjezdni, obcy i wyrywni poznawali szybko na własnej skórze.

Krzesło odtrącone do tyłu z hukiem uderzyło o podłogę. Zachrobotał przesuwany stół, gdy czterech mężczyzn odskoczyło od niego sposobiąc się do bitki. Trzasnęły spadające kufle, piana z piwa zmieszała się na podłogowych deskach z błotem, jakiego nanieśli. Jeden z nich wrzasnął wściekle, drugi podciągnął rękawy, inny sięgnął po nóż. Karczemny gwar podniósł się, gdy mężczyźni skoczyli ku sobie, skupiając zdziwione spojrzenia reszty gości. Co ciekawscy poczęli podnosić się z siedzeń, zanim jednak na dobre zdążyli opuścić miejsca skrzypnęły cicho drzwi prowadzące z zaplecza i wyłoniła się z nich młoda, jasnowłosa dziewczyna. Zmrużyła oczy z niezadowoleniem obejmując całą scenę i odstawiła na blat szynku trzymaną w rękach tacę. Sam ten ruch sprawił, że ciekawscy, jeden po drugim klapnęli z powrotem na tyłki. Ucichły wszelkie rozmowy, ludzie wyciągali jedynie szyje, by odprowadzić ją wzrokiem, gdy bez namysłu ruszyła ku kłócącym się mężczyznom. Nikomu nie przyszło do głowy, by ją powstrzymać. Przeciwnie, z niektórych stron dobiegły ją spłoszone westchnienia ulgi. Stąpała pewnie, zła coraz bardziej, na tych obcych, którzy ośmielili się niszczyć jej dziedzictwo i na miejscowych, którym nigdy nie przyszło do głowy, by właściwie zareagować, a powietrze wokół niej gęstniało jakby każdy zawieszony w nim pyłek poddawał się ten cichej złości. Błękitna spódnica zawinęła się wokół jej nóg, gdy zatrzymała się nagle, unikając szerokiego wymachu ramieniem jednego z mężczyzn.
Precz! – nie podniosła głosu, ale zimne, stalowe nuty połączone z absolutną ciszą, jaka naraz zapadła w gospodzie sprawiły, że walczący zamarli. Jakby rozkaz zatrzymał pół ruchu ich nieposłuszne nagle członki. Obrócili się ku temu głosowi, porzucając na moment własne niesnaski, a ten który dzierżył w dłoni nóż z paskudnym uśmiechem parsknął obrzucając spojrzeniem szczupłą, dziewczęcą postać. Zaraz jednak uśmiech zamarł mu na ustach, jasna twarz uniosła się bowiem ku niemu i mężczyzna zadrżał widząc dwoje bladych jak wymarły popiół oczu. W ułamku sekundy wwierciły się w niego i zdało mu się, że stoi naprzeciw odzianego w błękit i srebro lodowego posągu. Ogarnęło go zimno, gdy nagle każdy popełniony przez niego paskudny uczynek zapragnął wyrwać się na światło dzienne.
Precz! – powtórzyła posągowa postać ledwo otwierając usta, a on wbrew sobie zapragnął skurczyć się i odejść, byleby tylko uniknąć tych oczu. “Lodowa Panna”, przypomniał sobie naraz szyld wiszący nad wejściem i przemknęło mu przez myśl, że trudno o trafniejszą nazwę dla tego miejsca i tej…postaci, kimkolwiek była. Opuścił uzbrojoną rękę, bo choć nie raz zdarzyło mu się siłą przymusić do posłuszeństwa kobietę, to nie potrafił zmusić się, by zrobić to samą z tą dzierlatką. Dziewczyna leciutko przekręciła szyję i spojrzała ponad nim, na krzesło które wcześniej przewrócił. Coś złego przemknęło jej przez twarz, gdy odnotowała długie pęknięcie biegnące wzdłuż rzeźbienia oparcia, a on poczuł się jak nędzny robak niegodny nawet oddychania tym samym, co ona powietrzem. Kątem oka widział jak jego towarzysze, tchórze, jeden po drugim zbierają rzeczy szurając butami i odchodzą. Nie pozostawało mu nic innego, choć gdzieś w głębi duszy wciąż trudno mu było w to uwierzyć jak podążyć ich śladem. Ten przeklęty wzrok prześladował go dopóki nie zamknął za sobą drzwi karczmy.
Una odetchnęła głęboko, gdy ostatni z niechcianych obcych zniknął na zewnątrz, opuściła sztywno wyprostowane ramiona, a ten mimowolny gest zwolnił też blokadę z reszty bywalców. Zaszemrały głosy, gdy skupieni przy stołach ludzie wracali do swoich rozmów i zabierali się do komentowania zajścia. Raz jeszcze obrzuciła wzrokiem pobojowisko, delikatnie podniosła pęknięte krzesło i ignorując wszystkich wróciła na zaplecze wydać odpowiednie dyspozycje.

***

Miała niespełna trzynaście lat, gdy postanowiła, że to “Lodowa Panna” będzie jej domem. Przybyli właśnie do miasta z terenów zwanych Północnym Dale, jak wielu innych ludzi wykorzystując fakt, że smok wreszcie został pokonany i dziadek Ugnarr, zostawiwszy za sobą położoną na wiejskich terenach gospodę zapragnął otworzyć świetniejszy przybytek w mieście swojego dzieciństwa. Jej ojciec zaś oraz dwaj starsi bracia, Agnarr i Odvarr planowali zająć się skupem i sprzedażą napływających do miasta coraz bardziej wartką rzeką towarów. Szybko więc powstał sklep wypełniający się po brzegi materiałami i przedmiotami codziennego użytku, a zaraz potem kolejny. W kamienicy nad pierwszym z nich, o dumnym szyldzie “Ottarr i synowie”, w mieszkalnych pokojach natomiast powoli zaczęły zalęgać się stosy papierów, ksiąg i wszelakich umów, dając widomy wyraz braku kobiecej ręki w tym męskim towarzystwie. Bo choć ojciec pragnął, by córka zamieszkała wraz z nimi i przysposabiała się do kupieckiego rzemiosła podobnie jak starsi synowie, dziewczynka ku jego zdumieniu postąpiła inaczej. Nie pytając nawet o zgodę, spojrzała tylko na niego szarymi oczętami i oznajmiła zwyczajnie, że zamieszka z dziadkiem w “Lodowej Pannie”. Wtedy Ottarr przekonał się po raz kolejny, że jego nadzwyczaj spokojna latorośl jest także nieprzeciętnie uparta. Prędko też okazało się, że dla wszystkich dom jest tam, gdzie Una i dziadek Uttarr zacierał pod wąsem ręce powiększając zaplecze karczmy o kolejne pokoje.

Reklamy
Otagowane

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s